środa, 20 września 2017

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Kasia

Historia Kasi:


O sobie 

Kasia i Paweł, razem towarzyszymy Wam w dniu ślubu jako Lowmi. Osobiście stoję też za marką ozdób do włosów jaką jest Jeżka. To tyle o tym gdzie nas spotkacie, teraz będzie mała historia opowiadająca o szczegółach prowadzących do dnia, i o dniu, kiedy to przysięgliśmy sobie miłość po wieki. ;)

Spotkaliśmy się lat temu… siedem, to po prostu było przeznaczenie, co tu dużo gadać ;) Kolejnym etapem były zaręczyny dwa lata temu, niezwykle romantyczny wyjazd niespodzianka do cudownego miasta jakim jest Budapeszt. Wspaniały (naprawdę polecam) widok na miasto nocą z góry Gellerta i ja. Oszołomiona zaistniałymi bodźcami mówiąca "tak" i z atakiem niewysłowionej radości na twarzy proponująca przyszłemu mężowi szybkie wstanie na nogi. Pierścionek obejrzałam dopiero po zejściu z góry w mocnym świetle latarni. Miło wspominać. :) 

Przygotowania 

Cały ten wspaniały wir przygotowań strasznie przypadł mi do gustu. Chyba miesiąc po zaręczynach mieliśmy już wybrane miejsce, w tym kościół (Opactwo Cystersów w Sulejowie), następnie poszczególnych usługodawców i… przez prawie rok nie robiliśmy nic, bo było za wcześnie. Choć ja to bym chciała już, na pełnych obrotach. Wybraliśmy kolory – paletę ciepłych barw i motyw geometryczny. W ostatniej fazie projektowania dekoracji pojawił się też element rodzinno-historyczny w postaci zdjęć.

Faktyczne przygotowania rozpoczęły się w październiku. Był to miesiąc niezwykle zimny lecz owocny. Mieliśmy sesję narzeczeńską, zdjęcia wykorzystaliśmy do zaproszeń (niestety nie ma ich na zdjęciu z zaproszeniem) i podziękowań dla rodziców. Wówczas odbył się też mój… w sumie to dzień panieński bowiem zaczął się o godzinie 10:00, na szczęście rozbudzającą kawą i ciastkiem w gronie wspaniałych kobiet, które przyjechały do mnie z całej Polski. Do ostatniej chwili nie wiedziałam kto będzie, co było jeszcze większym zaskoczeniem. Szczegóły to temat na oddzielny wpis. W listopadzie ruszyły prace nad papeterią, następnie poszukiwania sukni itd. aż do czerwca coraz szybciej.

Suknia, łatwo nie było. Początkowo miała być sukienka z sieciówki, która ostatecznie stała się suknią "od rana". Uznałam, że jednak nie będzie pasować do miejsca, że to jednak ślub kościelny, a nie polny cywilny. Z sukienki porannej byłam bardzo zadowolona, a ta oficjalna w pełni spełniła moje oczekiwania. Przede wszystkim… była lekka i wygodna! O sukni długo by się rozpisywać, zwłaszcza jej warstwowy dół skradł moje serce. Kolczyki były ślubnym prezentem od Męża, natomiast jeż w bransoletce nawiązywał do stanu panieńskiego. Ubiór Pana Młodego był… zrządzeniem losu, cudnym przypadkiem. Idąc na zakupy wiedzieliśmy jedno, nie szukamy jednolitego czarnego ani granatowego klasycznego garnituru. Udało się, choć całość była kompletowana w kilku sklepach. Prezentem ślubnym dla niego były perfumy, których godzinami szukałam wypróbowując swoje możliwości zapamiętywania zapachów. ;)

Wracając do tematu miejsca, opactwo uwiodło nas nie tylko swoim urokiem, ale i fantastyczną możliwością spędzenia całego dnia w jednym miejscu. Wspaniały zabytkowy kościół jest oddalony zaledwie o 100m od hotelu. Dodatkowo hotel oferował noclegi dla wszystkich gości. Było to ważne, wszyscy goście jadąc do nas pokonywali niemałe odległości. Najmniej satysfakcjonującym dla nas  punktem był namiot. Leciwy i na co dzień udekorowany zwisającym z sufitu nieatrakcyjnym dla nas prześwitującym materiałem. Ostatecznie namiot był... po naszemu, bez materiału, a pod sufitem rozciągały się sznury lampek. Czarne krzesła o które poprosiliśmy idealnie współgrały z "nowym" wyglądem namiotu. Niewielka ilość stołów pozwalała na swobodne przemieszczanie się. Układ był symetryczny, a w nim i nasz stolik, na końcu w rogu, mający nr 5. Niczym nie różniący się od innych. Ach, jedynym odstępstwem były kolorowe wstążki na naszych krzesłach (Azea, dziękuję).

W przygotowywaniu ślubu i wesela nie było między nami żadnych spięć, niedomówień, zgadzaliśmy się we wszystkim, a podział "prac" do wykonania wszystko usprawnił. 

Ślubny weekend

Piątek 

Przyjechaliśmy do Hotelu już w piątek, przyjechały też lampki i część gości. Jak to zwykle bywa… wszystko działo się na raz, biegaliśmy w przelocie witając się z gośćmi. Na 19-tą byliśmy umówieni wraz ze świadkami na ostateczne podpisanie dokumentów -  ksiądz zapomniał, że się z nami umówił, przez co czekaliśmy pod kościołem dobrą godzinę. W tym czasie goście bawili się już przy ognisku na hotelowym dziedzińcu. Był nawet stół pięknie udekorowany, z kwiatami, kieliszkami itd. co ogólnie mnie pozytywnie zaskoczyło, bo spodziewałam się po prostu stołu i krzeseł, bez dekoracji. Niestety ten pierwotny stan stołu nie był mi dany do pełnej analizy wzrokowej, ze względu na wyżej wymienioną sytuację. Przy ognisku zrobiliśmy kameralne podziękowania dla Rodziców. Chcieliśmy uniknąć pompatycznych sytuacji typowo weselnych w dniu ślubu. Było to całkowitą niespodzianką i zostało pozytywnie odebrane przez wszystkich.

Sobota 3.06.2017r. = dzień ślubu

Sobota... sobota, wielki dzień, a ja... a ja w łóżku do 13:00 modląc się żebym się dobrze czuła i wstała. Nerwy petarda, zamknięte koło, a tam tyle do zrobienia, łącznie z serwetkami, które miałam składać, wieszać dekoracje. Paweł uwijał się jak mrówka, a ja tak strasznie dziękuję wszystkim przyjaciołom, którzy pomogli bo bez nich nic by nie wyszło. Na szybko wysyłałam przyjaciółce link do instrukcji składania serwetek (wymyśliłam sobie po swojemu je zrobić). Takiego scenariusza nie przewidziałam, niestety. Wspaniałym wybawieniem był fakt obecności fryzjera i makijażystki na miejscu. Nie wiem co by było, gdybym musiała np. na 11 być u fryzjera gdzieś w mieście. Czarno to widziałam, ale oto stał się cud i po godzinach leżenia i opieki najbliższych nade mną oto wstaje. Wstaje, ubieram się i dzielnie idę wbić się w kolejkę do fryzjera. Czas nagli, w między czasie lecę do dziewczyn od kwiatów ustawiających swoje dzieła w namiocie, na dopasowanie dł. wstążek itd. Widok wspaniałych dekoracji i bukietu jak ze snu (poważnie, był idealny) poprawił mi znacznie humor. Później makijaż i szybkie ubieranie. Mój wspaniały plan przygotowań na luzie, niestety nie wypalił, któż to mógł przewidzieć, raczej rzadko się to zdarza i nikomu nie życzę.

Dalej... ach, first look w krzaczorach  za kościołem (słowo krzaczory zostawiam tutaj specjalnie dla Mileny). Po wstępnych oględzinach swych niecodziennych wizerunków czekaliśmy, aż goście wejdą do kościoła. Za minutę 16:00 a oni nie w kościele, nagle pieśń, ksiądz przy ołtarzu, a my nawet nie w drzwiach, ładnie. Co by było zabawniej dopadła mnie wtedy moja panika z cyklu – "nic z siebie nie wyduszę". Ponoć prawie "biegliśmy" do ołtarza, a ja dobrze pamiętam jak przed ruszeniem Paweł do mnie mówi "powoli, krok za krokiem". Byłam przekonana, że idę jak ślimak… biegłam, a kościół nieduży, to się ludzie nie napatrzyli. ;) Siedzimy już na miejscu, oddycham ledwo co, kwiaty to mają ze mną jak na fotelu z masażem. Księdza odprawiającego mszę poznaliśmy… w czasie mszy, wizytacyjnie ksiądz z Donbasu (o swojej historii wspomniał nie raz). Natomiast w czasie kazania pan organista walczył z mikrofonem. Ostatecznie mówiliśmy przysięgę bez mikrofonu, bo było jakiś zwarcie (kiedyś miałam marzenie mówić bez mikrofonu – uważajcie o czym marzycie). W czasie wesela dowiedziałam się, że to zwarcie było pode mną! Ależ moje nerwy musiały pole wyzwalać. :) Przysięga... hym... niektórzy myśleli, że płacze, inni że taka fajna jestem, bo się śmieje, a to była moja reakcja na te wszystkie dotychczasowe atrakcje tego dnia. Ale powiedziałam, uf, brawa dla mnie za sukces życia. ;) Przecież dobrze wiedziałam, że jakikolwiek stres w dym dniu jest irracjonalny, a jednak. Na szczęście po kościele cały stres sobie gdzieś poszedł. Pod kościołem goście rzucali płatkami kwiatów z przygotowanych wcześniej rożków, a ja w końcu zobaczyłam gości. Później zdjęcie grupowe i życzenia. Następnie udaliśmy się pod bramę hotelu gdzie odśpiewali nam sto lat, wznieśliśmy toast i zbiliśmy kieliszki. Nie było typowego chleba i soli, sam szampan na przywitanie. Pierwszy raz zobaczyłam udekorowany w pełni namiot... byłam w pełni zadowolona. Przy namiocie mieliśmy rozstawione fotele ratanowe, stolik z polaroidem i księgą gości, ogromne LOVE – będące też tłem do zdjęć rodzinnych. Dania w trakcie wesela były serwowane, z boku namiotu stał długi stół z zimnymi zakąskami, ciastami itd. Było to bardzo dobre rozwiązanie, jednym z plusów był estetyczny wygląd stolików. Kwiaty i dekoracje nie zniknęły pod toną surówek, ziemniaków itp. Dodatkowo bufet integrował ludzi z różnych stolików. Jak już jesteśmy przy jedzeniu, to pora na alkohol. Zdecydowaliśmy się na barmana i w przypadku naszych gości był to strzał w dziesiątkę!

W trakcie obiadu w tle leciała cicho muzyka, jazz i soul, później ta muzyka stopniowo przyspieszała, a goście dostali zaproszeni do wspólnych zdjęć, spędzania czasu na powietrzu. Taki mini koktajl. Pogoda wyśmienicie dopisała i lepszej nie mogliśmy sobie wymarzyć. Chwilę później poszliśmy na sesję zdjęciową, a impreza toczyła się swoim rytmem. Wróciliśmy zastając tłumy na parkiecie. Plan z brakiem pierwszego tańca wypalił bez problemu. Czas mknął w bardzo szybkim tempie – chwila moment i już przyszedł czas na zimne ognie + tort. Cała akcja odbyła się na dworze, goście utworzyli szpaler, a my szliśmy w stronę tortu. W tle leciał utwór Armstronga -  utwór wybrany przez DJ, trafił idealnie. Sam tort był naprawdę przepyszny, czekoladowy z porzeczkami, z wierzchu miał białą czekoladę zamiast tony lukru. Jednak nie obyło się bez małej wpadki. Tort przyjechał do hotelu przytwierdzony do podstawy pełnej migoczących cekinów. Tutaj ukłon do obsługi hotelowej, która dała z siebie wszystko, aby to "cudo" zasłonić.

Goście bardzo chwalili repertuar muzyczny. Nie było żadnych weselnych przyśpiewek, żadnego "Idziemy na jednego" ani "Gorzko gorzko". Gdzieś ok. 23.30 była zabawa - bukiet ze wstążkami. Wersja zmodyfikowana, nad obcinaniem wstążek pracowaliśmy wspólnie z Mężem. Ja z zasłoniętymi oczami wskazywałam wstążki, on je odcinał. Wszyscy zadowoleni, nie było bitwy o bukiet ani uciekania. A panna, która wygrała bukiet bierze ślub w przyszłym roku – działa (informacja ta dotarła do nas miesiąc po weselu). To tyle z oczepin. Po północy był jeszcze ciężki dym jako mała atrakcja dla tańczących gości – mało kto ma okazję tego doświadczyć, a ludzi na parkiet wyszło więcej niż zwykle. 

Niedziela 

Wraz z najbliższą rodziną wracaliśmy do domów dopiero w poniedziałek. Niedziela była więc wspaniałym dniem odpoczynku, wspominaniem dopiero co minionej nocy.

Od dnia ślubu minęły ponad trzy miesiące, bez wahania powiem, że było warto, że jestem zadowolona z efektu jaki osiągnęliśmy w miarę naszych możliwości. Dzięki niespodziankom od losu, niekoniecznie wpasowującym się w nasz plan, mamy przynajmniej weselne anegdoty do opowiadania. Choćby człowiek naoglądał się niezliczonej ilości ślubów, ten jego będzie zawsze inny, do końca nieprzewidywalny i emocjonalny na sobie tylko znany sposób.

Fotograf: D&AWedding Photographers 
Miejsce : Hotel Podklasztorze w Sulejowie
DJ: Agencja Muzyczna Lena 
Florystyka/dekoracje: Azea 
Suknia: Panna na wydaniu 
Fryzura: Łukasz Jach 
Makijaż: Niezastąpiona Ania ;), Anabell Make Up 
Tort: Piekarnia-Cukiernia Chaładaj 
Barman: Barman4you 
Topper: Malinowa Beza 
Napis: Wielkie LOVE 
Papeteria, ozdoba do włosów, poduszka na obrączki: Panna Młoda 
Podziękowania dla Gości – personalizowane ciasteczka od Będzie słodko





























































Kilka słów od NPM:
Chyba się powtórzę, ale… Są śluby na które czekam bardziej. Są Panny Młode, które są mi bliższe, takie które były ze mną jeszcze przed moim ślubem (i z których usługa sama korzystałam). I to dokładnie jest Kasia, której relację szalenie miło mi tu publikować :)
A wracając do wpisu… Jak brzmi jedno z najczęściej zadawanych przez Pary Młode pytań? Hm, wiecie? "Jak uniknąć pierwszego tańca?". W relacji Kasi znajdziecie idealne rozwiązanie. Bez głowienia się nad zastępstwami, bez zastanawianiem się "a co na to goście", bez spiny – że jest lub że nie ma. Tak normalnie i naturalnie.
Ten wpis jest trochę taką receptą na to jak niektóre rzeczy zorganizować i rozwiązać. Kiedy zaaranżować podziękowanie rodzicom? Gdzie siedzieć, jeśli nie chce się być "na piedestale"? Jak zorganizować rzucanie bukietem, jeśli boi się o jego kondycję po rzucie, chce mieć ładne zdjęcia i zero uciekających przed nim dziewczyn? Czy ciężki dym jest atrakcją jedynie w czasie pierwszego tańca? Co robić dzień przed i po ślubie, aby przedłużyć sobie frajdę? :D
I pięknie pokazuje, że nie na wszystko można mieć wpływ i nawet lepiej nie narzucać sobie obowiązku posiadania wszystkiego pod kontrola. Bo życie zaskakuje, a dzięki temu – wspomnienia są ciekawsze, żywsze i bawią bardziej niż standard ;)