czwartek, 27 kwietnia 2017

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Martyna

Historia Martyny:

O tym, że nasz ślub odbędzie się 3.09.2016 zadecydowaliśmy pod koniec stycznia tego samego roku. I strasznie się cieszę, że przygotowania trwały jedynie 7 miesięcy, gdyż idea planowania ślubu przez 2 lata byłaby dla mnie totalną bzdurą. Może też dlatego od początku nie chciałam typowego wesela, nawet przyjęcia i w moim przekonaniu tu chodzi o ślub, a nie o salę którą trzeba zamawiać na 2-3 lata do przodu. Moją idealną wizją był kameralny ślub z rodzicami i najbliższymi przyjaciółmi na Wyspach Kanaryjskich, ale że Panu Młodemu zależało na przyjęciu, stanęło więc na luźnej imprezie w postaci bankietu. Moim celem było znalezienie miejsca blisko natury i impreza miała trwać nie dłużej niż do północy.

Organizacja przyjęcia poślubnego w 7 miesięcy, w Polsce, nie mieszkając w kraju na co dzień? Zdecydowanie pomogła moja codzienna praca i umiejętność zdalnego zarządzania projektami i ustalania priorytetów. Dobra organizacja to podstawa, trzymanie się planu i budżetu dzięki temu nigdy nie zawiodło, szczególnie było to ważne ostatnie 72 godziny przed godziną zero! Było kilka rzeczy za które wiedziałam, że chcemy zapłacić więcej: obrączki – bo na cale życie, fotograf – bo pamiątka na całe życie, garnitur (droższy niż moja sukienka) - bo założy go dużo więcej razy niż ja, no i każdy facet powinien mieć fajny garnitur w szafie.
Nie zależało mi na tym, aby niepotrzebnie wydawać pieniądze na rzeczy, które nie miały dużego znaczenia, tym bardziej że odkładaliśmy na wkład własny do kredytu na domek. Tak więc nie mieliśmy ani zawieszek na butelki, winietki na stół wypisywałam ręcznie o 23:00 w przeddzień ślubu. Wszystkie dekoracje na stołach były robione ręcznie, zamawiane przez internet (Amazon jest niezastąpiony!) albo kupowane w sklepach typu za 1 Euro (np. samoloty w kwiatach).
W dzień przyjęcia o 8:00 rano koleżanki jechały pod Hale Mirowską i kupiły różnej maści białe kwiaty, które były poustawiane w wazonach z IKEI (kupionych na dzień przed przyjęciem). Za nami nie było ściany z kwiatami, zamiast tego szklana szyba z widokiem na Wisłę. Nie mieliśmy Zespołu czy Wodzireja, a DJ-a klubowego, który porywał wszystkich do tańca tym, co grał, a nie tym, co mówi. Był absolutny zakaz disco polo, a i tak parkiet był cały czas pełen tańczących par. Nie mieliśmy oczepin, fajerwerków, puszczania baniek czy balonów. Nie mieliśmy też na swoim przyjęciu dzieci, co spotkało się z niezadowoleniem tylko jednej mamy (reszta miała wystarczająco dużo czasu, aby zorganizować opiekę), bo dla mnie przyjęcie ślubne to raz - nie kinderbal, dwa - odbywało się na łódce.

Wybór miejsca na przyjęcia padł na River Club, czyli barkę na Wiśle w Warszawie. Mimo ze pochodzę z Łodzi związana z  Warszawa byłam i jestem nadal, mieszkałam tam 10 lat... Dla naszych zagranicznych gości ze względów logistycznych też było to idealne rozwiązanie, gdyż niektórzy przylatywali dopiero w sobotę rano. Wybór miejsca był także podyktowany tym, że organizacja imprezy była pod klucz: czyli jedzenie i alkohol w jednym. To zdecydowanie zaoszczędziło czas na jeżdżenie i kupowanie alkoholu (a czas dla nas był kluczowy, bo w Polsce byliśmy przed ślubem 3 razy, nie licząc tygodnia przed ślubem!), a cenowo wyszło zdecydowanie lepiej niż organizacja przyjęcia w jakimś dworku czy typowej sali weselnej.

Cały ślub i przyjecie miały motyw przewodni podróży. Zanim z Jamesem zamieszkaliśmy razem mieszkaliśmy w osobnych krajach, lataliśmy do siebie co 2 tygodnie, spotykaliśmy się czasami w połowie drogi, na różnych lotniskach, w różnych miejscach. Dla mnie szczególnie było to trudne, bo co 6 miesięcy w związku z pracą przeprowadzałam się i tak kursowałam pomiędzy Anglią, Polską, Czechami i Niemcami. Tak więc samoloty i motyw podroży: począwszy od naszych zaproszeń, które były biletem i kartą pokładową, przez pudełko z obrączkami z zawieszką z samolotu (remove before the flight), spinki do mankietów męża w kształcie samolotów, w kwiatach samoloty, po standy na stolach, które zamiast numeracji były nazwane od kodów lotnisk i tort, który symbolizował walizkę, nawiązywał do naszych zaproszeń, był na nim Pałac Kultury i Big Ben oraz my z samolotem.
Wiele pomysłów w mojej głowie rodziło się w trakcie przygotowań, inspirowana zdjęciami z różnych stron o ślubach. W ten sposób znalazłam personalizowane wieszaki, czy zdecydowałam się na Fuji Instax zamiast fotobudki. Pomysł na to, co dać gościom w prezencie pojawił się na promie z UK do Francji parę dni przed ślubem – mini tic taci, żelki i polskie cukierki z manufaktury cukierków z Nowy Świat.

Organizacja międzynarodowego przyjęcia do łatwych nie należy, trzeba się przygotować na różne przygody i trudności. Mieliśmy cyrki z dokumentami męża, bo nazwisko w akcie urodzenia miał inne niż w paszporcie. W sprawę musiała być włączona Ambasada Polski w Londynie. Gdyby się nie udało, ślubu cywilnego w Polsce by nie było, a jedynie na barce złożylibyśmy sobie przyrzeczenia (a ślub zorganizowali w UK). Mimo całkiem niezłej znajomości języka polskiego przez mojego męża, potrzebowaliśmy na cito w urzędzie tłumacza przysięgłego (inaczej termin by przepadł). Kierownik USC w Warszawie na Andersa był strasznie pomocny i dzięki niemu przebrnęliśmy przez biurokratyczny koszmar.

Przed samym ślubem, jak wspomniałam wcześniej, w Polsce byliśmy 3 razy. Pierwsza wizyta w marcu, gdzie podpisywaliśmy umowę na przyjęcie, rezerwowaliśmy termin w urzędzie, udało mi się też znaleźć sukienkę (miałam na to całe 3 dni!). Szukanie sukienki dla mojej figury też było wyzwaniem, bo raz że chciałam coś klasycznego, dwa nie chciałam wydać początkowo więcej niż 1500zł. Niestety wypożyczalnie nie mają sukienek w moim rozmiarze, w komisach nic nie znalazłam. Stanęło na sukni z salonu z Łodzi, w której czułam się dobrze, ubrana, a nie przebrana. Welon, z którego chciałam na początku zrezygnować dodał lekkości figurze, a bolerko i odpowiedni krój sprawiły, że wyglądałam elegancko i nieksiężniczkowato.
Kolejny raz już oboje byliśmy w kwietniu, wtedy też wybraliśmy obrączki. Tutaj też każde z nas zdecydowało się na inny fason. Jedyne co je łączy to to, że są z białego złota i są satynowane. Podczas tej wizyty złożyliśmy też potrzebne dokumenty z tłumaczeniami i podpisy w urzędzie (w Anglii czeka się 30 dni na zaświadczenie o braku przeciwwskazań do zawarcia małżeństwa). Następna wizyta w czerwcu – odbył się mój wieczór panieński, pierwsza przymiarka sukni, odbiór obrączek, makijaż i fryzura próbna – przetestowane w trakcie panieńskiego. Natomiast przed samym ślubem przyjechaliśmy 5 dni wcześniej, wtedy też dopiero zaczęłam ogarniać tematy takie jak bukiet ślubny czy biżuteria ślubna. Wszystko inne załatwialiśmy zdalnie włącznie z fotografem i DJ-em.

Ten dzień był połączeniem tego, co chciał mój mąż i ja, i uważam ze to jest najzdrowsze co mogło być i każdej parze to serdecznie polecamy. Dziewczyny, nie fiksujcie się na to, że to tylko Wasz dzień, pytajcie Pana Młodego na czym jemu zależy. Mój wtedy narzeczony bardzo chciał aby ślub odbył się w Pałacu Ślubów na Starówce. Co było też atrakcją dla gości zza granicy. Ja nie chciałam wynajmować samochodu, więc stanęło na hotelowym czarnym mercedesie, który kosztował nas 1/3 mniej i podobał się mężowi, bez żadnych kwiatków i dekoracji, a po przyjęciu wracaliśmy taksówką z korporacji.

Dodatkowo chyba jedną z najbardziej niepoprawnych rzeczy była obecność na ślubie i przyjęciu naszego psa Coco, który skradł serca wszystkim gościom. Tym bardziej był to szok dla niektórych gości, bo "jak to bez dzieci, ale pies będzie"?

Na samym przyjęciu mieliśmy grilla i przepyszny bufet zimnych i ciepłych dań. Nie zabrakło rosołu i pierogów, aby nasi goście także poczuli inne smaki oprócz smaku polskiej wódki. Mieliśmy serie przemówień, od "Best man ", po mojego męża, moje 2 najlepsze przyjaciółki, i moją ciocie. Nasz pierwszy taniec był to piosenki Lionela Richie "All night long", bo to była nasza piosenka, a nie jakieś smutasy, gdzie się kręci po parkiecie, a ludzie w kółeczku tańczą wokół... W połowie przyjęcia zupełnie spontanicznie stwierdziliśmy z mężem, że zaśpiewamy dla gości jedną z naszych ulubionych piosenek i z mikrofonem w ręku daliśmy performance życia!
Nie mieliśmy podziękowań dla rodziców, raz że nie wszyscy nasi rodzice pojawili się na przyjęciu, dwa uważaliśmy, że takie rzeczy można zrobić kameralnie, bez całej publiczności.

Dla nas oczywiście dzień był wspaniały, mnie uśmiech nie schodził z ust prawie cały czas. Myślałam, że się rozpłacze, chociaż troszkę ze szczęścia. Nic z tego! Osobiście jednym z najpiękniejszych momentów było ubieranie mnie przez moje 2 najlepsze przyjaciółki i mamę, miałyśmy około 45 minut dla siebie, tylko my cztery, czas na rozmowy, wspominki i takie pożegnanie, bo jestem pierwszą z nas, która mimo trzech dych na karku wychodziła za mąż. Ola i Basia to są najważniejsze, obok mojego męża, osoby w moim życiu, bo z dziewczynami znam się 24 lata... Drugi ważny moment to był first look, w lobby w hotelu. Mój mąż, uśmiechnięty, z iskierkami w oczach, mówiący, że wyglądam ślicznie, lekko zdenerwowany, przejęty. Bardzo się cieszę, że się na niego zdecydowaliśmy.

Organizacja przyjęcia w luźnej atmosferze była najlepszym wyborem, nie tylko dla nas, ale i dla gości. Pamiętajcie, aby być sobą, i nie robić niczego na pokaz.  Pamiętajcie,  aby się nie przejmować tym, co się nie udaje, a jeszcze bardziej celebrować to, co wyszło wspaniale. Ja się dowiedziałam od gości, że to było najlepsze przyjecie na jakim byli, bo inne, nietypowe, bez pompy i nadęcia. Panowie nie musieli zakładać garniturów, nikt nikogo nie zmuszał do tańczenia, do zabaw czy konkursów, bo takich nie było. Jedna z koleżanek zapytała się mnie czy nie żałuję, że nie miałam wesela z oczepinami i poprawinami, że nie wzięliśmy kamerzysty albo że nie mieliśmy zespołu. Odpowiedziałam, że nie, bo dla mnie ten dzień był cudowny, może nie idealny, bo kilka rzeczy poszło nie po mojej myśli, albo po prostu ich nie uwzględniłam na etapie przygotowań. Tylko, że tu nie chodzi o ten dzień, a o te kilkanaście lat, które spędziły razem po Ślubie, jako mąż i żona.

Wpadki:
- Na 3 tygodnie przed ślubem zostaliśmy bez fotografa, szczęście w nieszczęściu (bo para się rozstała) udało nam się znaleźć Anie dzięki stronie Zankyou.
- Kwiaty odebrane z kwiaciarni, a dokładniej hortensja w moim bukiecie, zaczęła więdnąć około godziny 10:00, narobiłam takiego rabanu, szczególnie że bukiety dla druhen miały się dobrze. Kwiaciarnia przywoziła mi nowy bukiet o 12:00.
-  Buty kupione w czerwcu nie zostały przeze mnie dobrze rozchodzone i musiałam zdjąć je już około godziny 17:30-18:00 i zmienić na balerinki.
- Kilka dekoracji zamówionych z Amazona okazało się być totalną klapą (w tym pudełeczka na prezenty dla gości) i skończyło się na celofanowych woreczkach z naklejkami "Thank you " i niebieską wstążką.

Porady:
- Jeżeli robicie ślub w Warszawie na Starówce, to załatwcie na Starówkę 2 przepustki – jedną dla Was, a drugą dla fotografa – będzie pewność, że zdąży i nie będzie szukał miejsca parkingowego.
- Proście gości, aby robili jak najwięcej filmików i zdjęć na imprezie, bo fotografki wszędzie nie może być. Za to poproście gości, aby nie robili zdjęć w urzędzie.
- Jeżeli rozdajecie zaproszenia, róbcie to z dużo większym wyprzedzeniem niż 2-3 miesiące. Jeżeli ktoś Wam odmawia, od razu dopraszajcie z listy rezerwowej. Dzięki temu nie mieliśmy prawie w ogóle osób, które wykruszały się na dzień czy dwa przed.
- Koszyczek w łazience damskiej się bardzo sprawdził, bo było gorąco – był dezodorant, woda micelarna, a największą furorę robiły mokre chusteczki dla dzieci.
- Jeżeli możecie,to urządźcie imprezę all inclusive – nie musiałam się martwic o to ile wódki czy wina kupić na przyjęcie, mieliśmy dobre alkohole i cenowo za 8h open baru wyszło nam dużo taniej niż talerzyk na niejednej weselnej sali bez alkoholu.
- Jeżeli nie macie dużego budżetu albo szkoda Wam pieniędzy na pewne rzeczy: szukajcie alternatywnych cen i nie gódźcie się na to, że za słowo "ślub" cena idzie 3 razy w górę.
 
Usługodawcy z których korzystałam i polecam:
Fotograf: Anna Dedo (Ania Małojło)
Miejsce: River Club Café
DJ: Marek Panek – DJ Marco Pi
Tort, który wzbudzał zachwyt!: Kawa z Wypiekami (moja koleżanka Dorota)
Wieszaki "Amazing Wife" & "Best Husband": Spersonalizowane Wieszaki
Fryzura:  Agnieszka Wybierek
Paznokcie: rewelacyjne dziewczyny (tym razem Marcelina) z We Love Nail

Suknia: Salon Sukni Ślubnej Barbara, ul. Więckowskiego w Łodzi, model sukni Lisbeth
Obrączki: Salon Excelsior na Jerozolimskich w Warszawie
Kolczyki:  W.Kruk 

Bransoletka: Pandora, prezent od narzeczonego
Buty: firma włoska Gianmarko, kupione w podziemiach w Centrum

Garnitur: Ermenegildo Zegna
Krawat I koszula: Savoy Tailors Guild
Spinki: zasoby własne

























































Kilka słów od NPM:
Powinnam zacząć od czegoś najważniejszego w relacji Martyny, ale… zacznę od tego o czym ostatnio myślę (bo piszę wpis). Pies na weselu – to temat kontrowersyjny, wywołujący często burze (bo jednym szkoda psa, drugim gości), a tu pięknie widać, że się da. I pies bezboleśnie to przeżywa :) Życzę więc powodzenia  wszystkim walczącym o psy, także na ceremoniach. Nie dajcie się :)
U Martyny widzę wszystko to co mi się wyjątkowo podoba: motyw podróży (swoją drogą – zmiana miejsca zamieszkania co pół roku ze względu na pracę? moje marzenie, gdyby się dało pracować z mężem ;)), ślub z obcokrajowcem (bo to wesela… cofnij, przyjęcia, zawsze z inną energią), świetne miejsce (a mnie coraz bardziej podobają się barki, bo są tak… "normalnie inne" na tyle stodół i starych budynków po fabrykach).
I najważniejsze, a zarazem chyba najtrudniejsze. Realizacja ślubu i przyjęcia, które są zgodne z wizją obojga narzeczonych. Tak szczerze, bez wymuszanych szantażem kompromisów. To coś tak ważnego, że warto dla tego poświęcić marzenia o najidealniejszym, ale tylko własnym, weselu.