piątek, 12 stycznia 2018

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Iga

Historia Igi: 

Chodząc po wielu polskich ślubach i weselach, słuchając księdza, który znudzony odbębniał jedną ceremonię za drugą, słuchając disco polo w czasie zagryzania kiełbasy, patrząc na pana Staszka z dużym brzuchem, który wykręcał ręce w tańcu wielu dziewczynom, myślałam sobie zawsze, że mój ślub musi być inny. Nie podobały mi się lokale z białymi gołębiami ani parasolki reklamujące marki piwa pod którymi wszyscy palili fajki.
Nie łatwo jest znaleźć fajne miejsce na ślub i wesele, tym bardziej jeśli nie odbywają się one w dużym mieście. Po spędzeniu paru lat w Szwecji i wybraniu na partnera życiowego Szweda myśleliśmy obydwoje o pięknej skandynawskiej prostocie z lekką nutką gustownego przepychu.


Na ceremonię ślubną wybraliśmy podwórko moich rodziców w Beskidzie Niskim, którzy parę lat temu rzucili życie w mieście i przeprowadzili się do łemkowskiej chaty. Tam stworzyli sobie raj, w przepięknej drewnianej chacie z prysznicem nad strumykiem, paleniskiem w wiacie i skrzypiącymi drewnianymi schodami.
Nie wyobrażałam sobie lepszego miejsca.

Parę lat temu rodzice wybudowali również małą wiatę, która wisiała nad strumykiem, nie miała żadnych specjalnych funkcji, więc stała się naszym miejscem zaślubin z gośćmi siedzącymi na snopkach siana w wąwozie.
Efekt był rewelacyjny, a goście z Polski i z wielu innych krajów świata byli oczarowani.

Po pięknej, wzruszającej ceremonii z szampanem na podwórku pod jabłonią wybraliśmy się w stronę naszego miejsca weselnego, które znajdowało się jeszcze bardziej na skraju świata niż chata moich rodziców.


Miejscem wesela była chata weselna w małej miejscowości Polany, przy granicy ze Słowacją. To malutka wieś leżąca za siedmioma górami i lasami, gdzie zasięg telefoniczny zanika, a wilki wyją nocami.
Wesele z polską orkiestrą, DJ-em i wodzirejem w międzynarodowym towarzystwie sprawdziło się fantastycznie. Jedzenie tradycyjne i wegetariańskie smakowało wszystkim, a goście bawili się do białego rana.

Następnego dnia odbyły się poprawiny przy kuchni polowej oraz ognisku w innej pięknej chacie łemkowskiej. Zmęczeni goście mogli się wylegiwać na snopkach siana.
 

Zdjęcia: Paweł Rzeźnik, Michał Sikora
Film: Michał Sikora








Iga+Roger. Highlights from michalsikora.com on Vimeo.
 

Kilka słów od NPM: 
Pamiętacie wesela sprzed wielu, wielu lat? Jesteście na tyle starzy? ;) Ja pamiętam jedno,  jedno z kategorii tych, które mam na myśli. Ślub w urzędzie i kościele, a potem wesele - na podwórku rodzinnego domu Panny Młodej. Otoczone rodzinnym dobytkiem, czasem w błocie, czasem z widokiem na siedzące w klatkach króliki bacznie obserwujące całe wydarzenie (to dopiero atrakcja dla dzieciaków! i te króliki i te błoto ;)). Bardzo, bardzo cieszy mnie, że to tego, choć częściowo (bo zostawmy sobie luksusy, które nam to wszystko ułatwiają), wracamy. Tak jak u Igi i Rogera - ślub na podwórku domu rodziców, wesele w pobliskiej chacie. Nie w pałacu, nie w trendowej stodole, w najważniejszym i najbliższym miejscu na świecie. Czy to nie tak powinno być?
Podoba mi sie to jak Iga określiła ich wyobrażenie o wyglądzie tego dnia: "skandynawska prostota z lekką nutką przepychu". Czuć to tu idealnie i choć dopatrzycie się tu tego co modne, to zobaczycie też to co wyróżni ich spośród tysięcy innych :)

piątek, 5 stycznia 2018

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Agnieszka

Historia Agnieszki:

O nas 

Kojarzycie te wzruszające historie: ona piękna i młoda, on młody i zabójczo przystojny, spotykają się, patrzą na siebie i już wiedzą, że to TO. Od tego czasu są nierozłączni. On się szybko oświadcza, potem biorą ślub i mają gromadkę dzieci?

To nie są historie o nas. Nasza znajomość dojrzewała powoli. Spotkaliśmy się na pierwszym roku studiów, często bywaliśmy na tych samych imprezach, na których za każdym razem musiałam się przedstawiać, ponieważ Filip nie miał pojęcia kim jestem. Skojarzył dopiero na czwartym roku, kiedy podczas jednej z imprez założył się z kolegami, że mnie poderwie. Nie muszę chyba mówić, że wygrał :) Było to ponad osiem lat temu. Od tego czasu jesteśmy parą. Na początku nie chcieliśmy ślubu, potem zmieniliśmy zdanie :)



Klamka zapada 


Nigdy nie  należałam do dziewczyn, które wyobrażały sobie siebie w białej sukni przed ołtarzem. O ile uwielbiam wszelkie rytuały, ten wydawał mi się zbędny, zarezerwowany dla osób wierzących, do których się nie zaliczam. Do tego drogi i nadęty.
Podobny pogląd na instytucję małżeństwa miał Filip.

Wszystko zmieniło się w 2015 roku, kiedy odszedł mój brat. Wtedy w głowie zaczęła kiełkować myśl, że jestem jedyną osobą, dzięki której moja mama będzie mogła przeżyć ślub dziecka. Parę miesięcy później gościliśmy na weselu przyjaciół w Anglii. Było pięknie, wzruszająco i rodzinnie. Szczęście, które unosiło się w powietrzu, porwało mnie całkowicie. Zamarzyłam o byciu panną młodą. Angielskie wesele zmiękczyło też mojego partnera ;) Coraz częściej zaczynaliśmy rozmawiać o sformalizowaniu naszego związku, ale nie były to konkretne plany. Do czasu, kiedy znalazłam na Facebooku ogłoszenie, że Kawkowo ma jeszcze wolne terminy na nadchodzący sezon. Od razu poczułam, że to przeznaczenie. Marzyłam o weselu w stodole, a ta w warmińskim gospodarstwie wydała mi się idealna. Podobnie jak całe siedlisko. Niewiele myśląc zarezerwowałam wstępnie termin i zaczęłam namawiać Filipa na ślub w lipcu (był październik). Początkowo nie był zachwycony. Zdenerwował się, że odbieram mu przyjemność oświadczyn, ale mój argument, że nie zależy mi na pierścionku, tylko obecności wszystkich bliskich był dla niego przekonujący. Wpłaciliśmy zaliczkę i zaczęliśmy przygotowania.


PRZYGOTOWANIA :)

 
Jesteśmy z Warszawy, także logistyka organizacji przyjęcia tak daleko od domu pochłonęła wiele czasu i energii. Filip miał obawy związane z rezerwacją miejsca, w którym nigdy nie byliśmy. Ja czułam, że to dobry wybór. Już pierwsza wizyta w Kawkowie potwierdziła moje przeczucia. Zostaliśmy oczarowani zarówno miejscem, jak i gospodarzem - Staszkiem. Jego ciepło i niezobowiązującą gościnność spowodowały, że od razu poczuliśmy się jak w domu. Właśnie na tym nam zależało -  weselu, którego motywem przewodnim będzie bliskość i luz. Wiedzieliśmy, że nie chcemy szpilek i krawatów, kelnerów i złotych tac. Zależało nam na beztroskiej atmosferze.

Od początku wiedzieliśmy, że największym wyzwaniem będzie catering. Oboje kochamy jeść. Chcieliśmy, żeby było pysznie i piknikowo. Nie mieliśmy ochoty na klasyczne, podawane posiłki. Wymyśliliśmy bufet przekąsek oraz grilla, który miał się palić przez całą noc, z menu mięsnym i wegańskim. Z pomocą przyszedł nam kumpel Filipa – Wiktor. Wiktor jest szefem kuchni i bardzo się zaangażował w poszukiwania firmy cateringowej a finalnie sam wszystko przygotował, ponieważ żadna firma z Olsztyna i okolic nie chciała się podjąć tego wyzwania. Wiktor i jego ekipa spisali się tak znakomicie, że goście do dzisiaj wspominają przepyszne potrawy. Menu wzbogaciliśmy lokalnymi produktami – chlebem i ciastem drożdżowym wypiekanymi przez panią z sąsiedniej wsi, smalcem z pobliskiej masarni oraz cydrem z Kwaśnego Jabłka.

Kolejnym problemem była lista gości. Budżet nie pozwolił nam na zaproszenie wszystkich, których nosimy w sercach. Dlatego wpadliśmy na pomysł, żeby dzień wcześniej wziąć ślub w Warszawie, na którym postaramy się zgromadzić wszystkich, o których ciepło myślimy, a w Kawkowie zgromadzimy tylko najbliższych, których i tak  wyszło sporo. Mamy szczęście do ludzi. Towarzyszą nam fantastyczni przyjaciele i duża rodzina, którą oboje uwielbiamy. Finalnie na wesele zostało zaproszonych ponad osiemdziesiąt osób. Imprezę postanowiliśmy poprzedzić uroczystością według naszego pomysłu, żeby zachować model – część oficjalna, a po niej zabawa.
 

Na samym początku miałam romantyczną wizję zaangażowanej panny młodej, oczyma duszy widziałam, jak przygotowuję dekoracje weselne rodem z Pinteresta. Zbieram polne kwiaty i układam z nich bukiety.  Pod wpływem rozmowy z zamężną przyjaciółką, zdecydowaliśmy się skorzystać z pomocy florystów. W końcu zależało nam, żeby cieszyć się sobą i chwilą, a nie stresować wystrojem. Zwłaszcza, że mój talent manualny nie jest imponujący. Wybraliśmy kwiaciarnię "W Te Pędy" z Olsztyna. Chcieliśmy, żeby aranżacja podkreśliła magię Kawkowa. Zdecydowaliśmy się na małe bukieciki na stołach oraz babcine firanki w drzwiach stodoły i miejscu uroczystości. Jedyne, co mogło być bardziej okazałe, to mój bukiet. Tutaj zostawiłam wolną rękę florystce. Justyna, zapytała o parę szczegółów i stworzyła dzieło, na widok którego popłakałam ze szczęścia. Każdej pannie młodej życzę takich emocji.
 

Potem przyszedł czas na wybór muzyki. Początkowo mieliśmy zrobić playlistę i nie zatrudniać DJ-a (o kapeli nie było mowy). Na szczęście trafiliśmy na DJ-a z Wąsem. Po raz kolejny zaufałam intuicji i najpierw zapłaciłam zaliczkę, a potem usłyszałam jak gra. Błażej okazał się nie tylko fachowcem, ale i fantastycznym człowiekiem. Rozkręcił imprezę tak, że goście następnego dnia narzekali na zakwasy. Wszystko bez disco polo (poza "Jesteś Szalona" zamówioną przez przyjaciela Anglika) i gier, na które reagujemy alergicznie. Daliśmy się tylko namówić na pierwszy taniec. Długo szukaliśmy piosenki. W końcu wybraliśmy "Z tobą chcę oglądać świat" Wodeckiego i Sośnickiej. Ilekroć ją teraz słyszę, wpadam w romantyczny nastrój ;)
 

Pozostałe przygotowania poszły błyskawicznie. Wszystko dzięki naszym utalentowanym przyjaciołom.
 

Zaproszenia zaprojektowała nam koleżanka po ASP. Delikatne dmuchawce, na kremowym tle, zachwyciły nas tak bardzo, że posłużyły też jako grafika zdobiąca  księgę gości i pamiątkowy album. Makijaż i fryzurę dostałam w prezencie od przyjaciółki wizażystki. 
 

Jeśli chodzi o suknię ślubną - miałam dwie. Tę do urzędu kupiłam za niecałe 100 zł przez Internet, natomiast do Kawkowa uszył mi w prezencie przyjaciel. Nie miałam konkretnej wizji, poza tym, że powinna mieć dekolt w literę V, składać się ze spódnicy i topu oraz pasować do kowbojek, bo od początku wiedziałam, że właśnie te buty wyjmę z szafy na wesele. Sebastian bardzo się denerwował, nie dość, że to pierwsza szyta przez niego suknia ślubna, to jeszcze dla mnie ;) Ja byłam spokojna. Wiedziałam, że będzie pięknie. Nie spodziewałam się tylko, że aż tak. Suknia idealnie korespondowała nie tylko z moją sylwetką, ale i charakterem. Swobodnie mogłam w niej jeść i szaleć na parkiecie. Jest jedną z najpiękniejszych pamiątek.
 

Kolejną wyjątkową pamiątką są robione przez Mariografię zdjęcia. Z Marysią poznałyśmy się sześć lat temu w pracy i bardzo szybko stałyśmy się nierozłączne. Kocham ją jak siostrę. Uwielbiam jej wrażliwość i sposób patrzenia na świat. Mam ogromne szczęście, że w tak ważnym dniu chciała obdarować nas swoim talentem.
 

Ostatnim prezentem, o jakim marzyłam, a nie śmiałam prosić był koncert akustyczny w wykonaniu naszych kumpli – bardzo zdolnych muzyków. Przed ślubem czytałam dużo relacji weselnych. Elementem, który robił na mnie bardzo duże wrażenie były występy od serca przygotowane przez młodych lub ich bliskich. Nie umiem opisać radości, jaką czułam, kiedy usłyszałam od chłopaków propozycję zagrania w Kawkowie. To było jak najpiękniejszy sen.

TEN DZIEŃ A W ZASADZIE TE DNI

 
Piątek, dzień ślubu cywilnego, przebiegł dość standardowo. Poszłam na makijaż do przyjaciółki, wróciłam do domu, gdzie czekali już świadkowie i pojechaliśmy do urzędu. Zaskoczyła nas ilość osób, które chciały nam towarzyszyć, mimo, że był to środek dnia roboczego. Trafiła nam się cudowna urzędniczka, która tchnęła ducha w dość oschłą urzędową formułę. Było pięknie i wzruszająco, ale ogromne emocje miały dopiero nastąpić ;)
 

Zaraz po ślubie planowaliśmy wyruszyć do Kawkowa, oczywiście nie obyło się bez przygód, które kosztowały nas trochę nerwów. Wszystko miało szczęśliwy finał, ale bardzo opóźniło przyjazd i zweryfikowało plan odebrania zamówionych produktów już w piątek. Musieliśmy się pożegnać z wizją leniwej, relaksującej soboty.
 

Kiedy dotarliśmy na miejsce, większość gości już na nas czekała. Padał deszcz, co nas niepokoiło, ale nie mieliśmy czasu myśleć, pochłonięci spontaniczną mini imprezą. Stres dopadł nas dopiero w nocy. W efekcie prawie nie spaliśmy i całą sobotę chodziliśmy jak zombie, a mieliśmy tyle na głowie! Od rana biegaliśmy kosmicznie zestresowani i w niedoczasie. Na szczęście, dzięki pomocy bliskich i świadków, którzy nas wozili oraz przygotowali przepiękny fotokącik, wszystko się udało. Dopisała też pogoda. Było pięknie, ciepło, ale nie upalnie, czyli idealnie na ślub i wesele w plenerze.

Jak już odebraliśmy jedzenie, cydr i gości z dworca w Olsztynie, mogliśmy zająć się sobą.   Byłam malowana w dużej sali, gdzie koleżanki wizażystki upiększały mamy, babcie i wszystkie chętne kumpele. Było bardzo wesoło i babsko. Potem przyszedł czas na ubieranie, które przebiegało już w bardziej kameralnej atmosferze. Tylko ze świadkową i Sebastianem (przyjacielem od sukni ślubnej ;)) Znaleźliśmy czas na złapanie oddechu i toast.
 

Godzinę przed uroczystością zdaliśmy sobie sprawę, że nie wybraliśmy muzyki. Filip wymyślił melodię końcową, mi zostawił tę na wejście. Jedna z koleżanek rzuciła żartem "Marsz Imperialny". Uznałam to za świetny pomysł. Wyobraźcie sobie miny gości, kiedy orszak panny młodej wchodził w rytm „Gwiezdnych Wojen”.
 

Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Ceremonia pod jabłonkami była chyba najbardziej wzruszającym momentem w moim życiu. Tata Filipa pełnił funkcję mistrza ceremonii. Jego brat towarzyszył nam, trzymając obrączki, którymi ponownie się wymieniliśmy. Przysięgami udało się doprowadzić do łez nie tylko siebie, ale i dużą część gości.

Po ceremonii wznieśliśmy toast lokalnym cydrem i udaliśmy się do stodoły, gdzie bawiliśmy się do rana. Najważniejszymi momentami była przemowa świadków, którą zawstydziliby niejednego stand uppera oraz odśpiewanie "Bohemian Rhapsody", hymnu naszej paczki jeszcze od czasu studiów, zakończone pogo, którego jedyną leżącą na ziemi ofiarą byłam ja – panna młoda ;) No i oczywiście, wspomniany koncert. Cały wieczór był magiczny, szalony, przepełniony miłością i dobrą energią, z której czerpiemy do dziś. Następnego dnia wielu gości powtarzało, że to było najlepsze wesele, na jakim byli, że czuli się jak na fantastycznych koloniach, z których żal im wracać. My utwierdziliśmy się w przekonaniu, że najlepsze, co nas w życiu spotyka to ludzie, z którymi możemy dzielić najwspanialsze chwile.
 

Wszystko, co niepoprawne:
– Oświadczyny, a raczej ich brak. Bardzo się cieszę, że nie postąpiliśmy tradycyjnie.
– Rezerwacja miejsca, które podpowiadało serce, bez wcześniejszej wizyty i to jeszcze tak daleko od domu.
– Grill zamiast podawanych posiłków.
– Samoobsługowe nalewaki z piwem zamiast popularnych drink barów.
– Toast lokalnym cydrem, zamiast szampanem.
– Znoszone kowbojki jako buty panny młodej.
– Pole namiotowe dla gości.
– Jednorazowe naczynia, żeby nikt nie musiał zmywać.
– "Marsz Imperialny" zamiast "Marszu Mendelsona".
– Całkowity brak zabaw i  przyśpiewek weselnych, "Cudownych rodziców mam", tortu itp.
– Pogo.
– Brak szczegółowego planu, postawienie na luz, wolność i spontaniczność

RADY DLA PRZYSZŁYCH PANIEN MŁODYCH
Dziewczyny, ślub to zbyt ważna sprawa, żeby chodzić na kompromisy z kimś więcej niż Wasz narzeczony, no i może portfel ;) Nie dajcie sobie narzucić, czegoś, czego nie czujecie. To Wasz dzień i ma być po Waszemu, nawet jeśli niekonwencjonalnie.
Wesele nie jest tanią imprezą, ale można znaleźć oszczędności. Nasze rodziny na początku były zaskoczone, że część gości ma spać pod namiotami a reszta płacić za swoje noclegi (miejsca do spania zapewniliśmy tylko najbliższym), ale okazało się to świetnym pomysłem. Nikt się nie obraził, a nam pozwoliło to zaoszczędzić pieniądze. Kolejnym pomysłem był alkohol na weselu. Kupiliśmy wódkę, piwo i cydr, ale na więcej nie pozwolił nam budżet. Dlatego na ślub cywilny poprosiliśmy o prezent w postaci wina, które potem podaliśmy gościom w Kawkowie.

Bez względu na to, czy organizujecie wielką imprezę, czy kameralny obiad, skupcie się na sobie. Róbcie to, co Wam serce podpowiada. Wszystko za szybko mija, żeby przejmować się konwenansami.
Delegujcie zadania. To jedyna rzecz, którą bym zmieniła, gdybym mogła cofnąć czas. Za dużo wzięliśmy na swoje barki, żeby nie obciążać innych, co było błędnym myśleniem, bo w efekcie i tak musieliśmy korzystać z pomocy, za to w dużo większym stresie, niż gdybyśmy poprosili o to na samym początku.
Pamiętajcie, że to jedyny taki dzień w życiu. Cieszcie się nim do upadłego!

Zdjęcia: Mariografia
Miejsce: Kawkowo
Kwiaty i firanki: Kwiaciarnia W te pędy
Suknia ślubna: Sebastian Siccone
Wizaż: Anna Kral
Catering: STEWIA
Księga gości: Papierowe Sztuki
Grafika na księdze gości: Julia Karwan Jastrzębska

































































Kilka słów od NPM: 
Powtórzę Wam to co napisałam Agnieszce: Czasem mam tak, że dostaję czyjąś relację ze ślubu i wesela, jestem nią totalnie zauroczona i nie mogę się doczekać publikacji. Dokładnie tak miałam tym razem i z myślą o tym ślubie spędziłam Sylwestra :) Teraz kolej na Was: czytajcie, oglądajcie i zachwyćcie się ze mną: historią, ślubami i przyjęciem, podejściem do całego wydarzenia (pole namiotowe to mój prywatny hit), myślą, że motywem przewodnim ma być bliskość i luz :)
Zastanawialiście się kiedyś po co organizuje się wesela? Bo ja tak, ale chyba jeszcze nigdy nie wpadłam na to co w tym wydarzeniu, poza faktem celebrowani miłości i chęcią podzielenia się tym z najbliższymi, jest większą wartością dla pary. Agnieszka odkryła to za mnie: "Cały wieczór był magiczny, szalony, przepełniony miłością i dobrą energią, z której czerpiemy do dziś.". To jest to! Niech ten dzień, ten ślub i wesele, ta pozytywna energia od Was i os ludzi Wam towarzyszących będzie czymś co będzie Wam ładowało akumulatory przez długi, długi czas. Mnie się bardzo podoba taka wartość dodana do organizowanego wesela :)