piątek, 20 października 2017

Jak stworzyć listę gości, która będzie Was cieszyć?

Braedon Photography / Once Wed
Jeśli usadzenie gości uważam za jedno z najtrudniejszych zadań podczas przygotowań, to numerem dwa na mojej liście będzie... stworzenie listy tych osób. Dlaczego? Bo selekcje w ludziach rzadko bywają przyjemne. Wymagają nie tylko przyjrzenia się każdej z osób, ale i wstępnej wiedzy o tym jakie wesele chcecie zorganizować. O preferowanej jego wielkości, o Waszym budżecie, o tym kto wesele współfinansuje i z czyimi opiniami będziecie się liczyć.

Określenie liczby zaproszonych osób to także jeden z pieszych punktów jakie musicie wykreślić z listy zadań, aby ruszyć z przygotowaniami i widzieć jakiej wielkości sali poszukujecie. Więc... do działa!


Poniżej przedstawiam Wam listę pytań, do Was samych, które choć odrobinę powinny Wam pomóc w podjęciu decyzji o tym kogo zaprosić na wesele:

 
Pytania podstawowe:

 1. Jak wyobrażacie sobie dzień ślubu? 

Chcecie zorganizować obiad dla zaproszonych czy wesele? Jeśli wesele, to jakie i jak duże? Ile osób w tym dniu chcecie przy sobie mieć?
2. Kogo chcecie zaprosić?
Najbliższą rodzinę? Dalszą rodzinę? Przyjaciół? Znajomych? Delegacje pracy? Sąsiadów? Wszystkich z dziećmi? Wszystkich z osobami towarzyszącymi? Osoby na których ślubach byliście daaawno temu? Całe rodziny, bez pomijania nikogo? Kogo na ceremonię, a kogo na wesele?
Stwórzcie listę potencjalnych gości. Postarajcie się uwzględnić wszystkie osoby, które planujecie zaprosić i, jeśli bierzecie pod uwagę sugestie rodziców, te które oni rekomendują.
Dobrym pomysłem jest początkowo stworzenie nie jednej, a trzech list gości: listę Panny Młodej, Pana Młodego i wspólną (ze wspólnymi znajomymi). Dwie pierwsze powinny zostać podzielone na rodzinę bliską, dalszą, przyjaciół, znajomych, inne osoby. W ten sposób będzie Wam łatwiej je analizować.

Pytania najważniejsze: 

1. Czy wyobrażacie sobie swój ślub bez tej osoby?
2. Czy dobrze czujecie się w towarzystwie tej osoby? Czy będziecie się w jej obecności komfortowo czuć? Płacząc, śmiejąc się, szalejąc na parkiecie. Jeśli ją uwielbiacie, możecie przy tej osobie być sobą i czujecie, że to ktoś kto cieszy się Waszym szczęściem, to... wiecie :) 
3. Czy spędzacie z tą osobą święta, urodziny, rodzinne lub towarzyskie imprezy? Czy cieszy Was ten fakt?
Yhy, dokładnie, to osoby w które warto inwestować :)

Pytania do osób nad których zaproszeniem się wahacie:

Przeanalizujcie każde nazwisko zastawiając się czy:

1. Czy znacie tę osobę? Jeśli bierzecie pod uwagę sugestie rodziców, to może zdarzyć się, że kogoś znacie tylko przelotnie lub dalekiego, 30-letniego kuzyna pamiętacie w wydaniu słodkiego pięciolatka. Czy chcecie mieć takich gości na weselu? Jak będziecie czuli się w towarzystwie ludzi z którymi nie utrzymujecie kontaktu? Co w sytuacji w której rodzice płacą za wesele lub chcą zapłacić za "swoich gości"?
Pamiętajcie, że najbezpieczniej dla Was będzie już na samym początku organizacji, przed rezerwacją sali, porozmawiać i ustalić jasne granice do których rodzice mogą mieć wpływ na listę gości. 
2. Kiedy ostatni raz widzieliście tę osobę? Ale nie tylko przelotnie, rozmowę zaczynając i kończąc na "część"? Kiedy ostatni raz z nią rozmawialiście? Jaki odcinek czasu to dla Was za długo, aby zapraszać? Rok, dwa, a może pół? Czym będzie dla Was spotkanie z dawno niewidzianym kuzynem: czymś zbędnym czy okazją do odnowienia kontaktów i nadrobienia zaległości? Czy przyjaciółka z podstawówki na pewno jest jeszcze przyjaciółką?
3. Czy spędzacie z tą osobą jedynie oficjalny czas? Np. w pracy. Czy rozmawiacie o swoim życiu prywatnym? Czy spędzacie wspólny czas poza pracą?

Kiedy wg mnie nie warto osoby zapraszać?

Jeśli osoby nie znacie, nie utrzymujecie z nią kontaktu (nie wysyłacie sobie kartek na święta i życzeń na urodziny, a ostatni raz rozmawialiście... hm... nie pamiętacie) i nie planujecie tego zmieniać, to tylko znajomy z pracy.

Pamiętajcie, że  lista gości powinna być ułożona zgodnie z Waszymi przekonaniami i to Wy, jako gospodarze, macie cieszyć się z widoku każdej bliskiej twarzy.

środa, 18 października 2017

Opowiem Wam o czymś, o czym marzycie :)

Wszystko co robimy przygotowując się do ślub robimy dla podkreślenia wagi tego dnia i dla każdego następnego. Nie dla efektów, nie dla gości, nawet nie dla siebie. Dla uczucia, którym chcemy się cieszyć i chwalić światu (a co, niech świat zazdrości). Dla uczucia, które ma być najpiękniejszą historią miłosną – trwającą pomimo czasu.


Zgodzicie się ze mną, że najbardziej wzruszają historie o miłości na całe życie? Takie jak ta, gdy po 60 latach ona i on, ciągle patrząc na siebie z uczuciem, odnawiają przysięgę.

Dona Rosa i Seu Russo to brazylijska para (tak, tak się wkręciłam w temat, że tłumaczyłam teksty z portugalskiego ;)), która 60 lat temu wzięła ślub. Ze skromnym weselem na podwórku krewnego, w przygotowanym przez dziadka ogrodzie, z tortem pieczonym przez ciocię, suknią szyta przez matkę chrzestną. Rodzina zebrała się, aby uczcić ich miłość. Niestety wspomnienie tego dnia pozostawało jedyne w ich pamięci, gdyż nie mieli pamiątkowych fotografii.

Na szczęście osoby znające ich historię postanowiły to zmienić.

Drugi ślub był równie wyjątkowy. Odbył się w Chacara Terra Prometida w São Paulo, a celebrantka opowiadała gościom o ich niesamowitej historii miłosnej. Późniejsze świętowanie przeniosło się do udekorowanego lampkami, kwiatami, zabytkowymi meblami i przedmiotami ogrodu. Uczestniczyli w nim sami najbliżsi - dzieci, wnuki i prawnuki. Trochę tak... jak 60 lat temu :)

Zdjęcia i film: São Paulo Fotografia, @saopaulofotografia 
Celebrant: @pais_em_paz, Lokalizacja: @chacaraterraprometida, Dekoracje: @vai.peralta, Uroda: @corealmaoficial, Suknia: @rcamposatelier, Strój Pana Młodego: @villaroma.limeira, Bukiet: @grabarriviera 
































poniedziałek, 16 października 2017

Kilka praktycznych informacji o wejściu, wyjściu i zachowaniu w kościele

StockSnap
To nie będzie wpis o tym jak zachować się w kościele, jak wejść i wyjść, aby wszystko było zgodne z zasadami kościelnego savoir vivre. To, dla biorących śluby kościelne, powinno być oczywiste lub dokładnie omówione z księdzem. Ja napiszę Wam o tym co sama myślę, z czym wśród Waszych pytań się spotykam i co wyciągnęłam z rozmów z fotografami. Będzie więc o tym jak się zachować, aby goście poczuli się docenieni i aby mieć ładny ślub na zdjęciach :)

Kilka praktycznych informacji o wejściu, wyjściu i zachowaniu w kościele

Wejście do kościoła
0. Pamiętajcie o odpowiednich zasadach ubioru. Zakrytych ramionach, dekolcie i sukienkach odpowiedniej długości.
1. Goście na Parę Młodą powinni czekać w kościele, nie przed.
Do kierowania i informowania gośćmi możecie oddelegować świadków lub swoje rodzeństwo.
2. Wchodząc do kościoła i kierując się w stronę ołtarza pamiętajcie o patrzeniu wszędzie, byle nie pod nogi i nie na sufit. A jest gdzie patrzeć, bo możecie zerkać na ołtarz, na narzeczonego, na gości.
3. Jeśli do kościoła wprowadza Was ksiądz, dzieci niosące obrączki, druhny itp., postarajcie się iść kilka większych kroków za nimi. Tak, aby goście i fotograf/filmowiec mogli Was podziwiać :)
4. Jak ogarnąć prowadzenie przez tatę, przywitanie z narzeczonym i odsłanianie twarzy z welonu?
Np. tak: Dochodząc do Pana Młodego ojciec całuje w rękę córkę, podaje swoją dłoń Panu Młodemu, następnie podaje mu rękę córki. Ten całuje ją w rękę, odsłania jej twarz (ewentualnie welon może zostać opuszczony do momentu złożenia przysięgi) i razem dochodzą do ołtarza.

Msza
1. Świadków usadźcie nie bezpośrednio za Wami, ale po Waszych bokach lub w pierwszej ławce. Niech Was nie zasłaniają.
2. Poproście rodziców, aby usiedli we wspólnej, pierwszej ławce. Pozostałych gości też zachęćcie do zajmowania miejsc jak najbliżej ołtarza. 
Fajnym pomysłem jest, podobnie jak na weselu, przypisanie miejsc najbliższej rodzinie.
3. Bukiet jest nie tylko fajnym gadżetem do zdjęć, ale także w stresujących chwilach pozwala zająć ręce. Są jednak momenty w których bukiet najlepiej zostawić na klęczniku, krześle lub przekazać świadkowej.
4. Podczas mszy patrzcie na siebie, uśmiechajcie się, trzymajcie za ręce.
5. Podczas przysięgi patrzcie na siebie, nie na księdza. To nie jemu ślubujecie.
6. Punkt ekstremalny. Jeśli uda się Wam przy zakładaniu obrączki podtrzymywać prawą dłoń partnera, a obrączkę trzymać w dwóch palcach, to... będzie ją lepiej widać na zdjęciach :))) 

Wyjście z kościoła
1. Po skończonej ceremonii ksiądz najczęściej podchodzi do pary młodej, aby złożyć gratulacje. Następnie po krótkiej modlitwie możecie ruszyć do wyjścia lub do bocznej nawy (zostawić bukiet), a potem nawą główną w kierunku wyjścia.
2. Zastosujcie punkt nr 2 dotyczący wejścia :)
3. Kto powinien wyjść z kościoła pierwszy, Para Młoda czy goście? W wersji dopracowanej i perfekcyjnej para nie powinna wychodzić ani razem z gośćmi, ani przez pusty kościół. Powinna wychodząc móc ich obserwować, pozdrawiać, wymieniać uśmiechy. To przecież pierwszy moment, gdy para ma okazję zobaczyć wszystkich zaproszonych i cieszyć się ich obecnością. Następnymi osobami, które powinny wyjść za parą są świadkowie i rodzice, potem reszta gości.
Jak połączyć to z sypaniem konfetti i obecnością gości w drzwiach wyjściowych? Jedyną opcją jest pod koniec drogi skręcenie w bok (w nawę boczną, pod chór), zatrzymanie się na chwilę (na modlitwę? na obejrzenie obrączek? uśmiechy radości wymieniane ze sobą?), czekając aż goście opuszczą kościół.

Na zachętę, moje ulubione wyjście (to tempo, te uśmiechy do gości, ten pocałunek na koniec... i proszę się nie czepiać, że niespontaniczne ;)):

czwartek, 12 października 2017

7,5 miesiąca do ślubu, czyli dzień dobry, poznajcie Ulę :) [Ula]

panajiotis
Dzień dobry, dzień dobry! Piszę do Was z busa jadącego do Rzeszowa. O 5 rano mamy przesiadkę do Dwernika, a stamtąd już prosto na szlak. Tak, tak, postanowiliśmy rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady. Niezły początek opisu ślubnych przygotowań, nie? ;) Życiowy kierat dał nam ostatnio w kość i musieliśmy choć na chwilę wyrwać się ze szpon codzienności.

Cieszę się, że NPM pojawiło się w Sieci, miejsce związane z branżą ślubną, ale przy tym bardzo kameralne i tworzące społeczność panien młodych przed, w trakcie i po. :) Jestem wdzięczna za pracę, jaką Milena, a także Dagmara, Jagoda, i inne NPM włożyły w stworzenie tego miejsca, bo wydała ona piękne owoce i w rezultacie ja sama postanowiłam podzielić się naszą historią. Na początek mała autoprezentacja i historia pt. "Jak do tego w ogóle doszło?". ;)

Nadwrażliwa blondynka i twardo stąpający po ziemi brunet, oboje najlepiej odnajdujący się w lesie, na szlaku, albo z kotem na kolanach. Marzący o życiu prostym, skromnym i blisko natury. Tymczasem, jak na złość, oboje są prawnikami. Cóż, nikt nie jest  idealny. ;) Po wielu latach razem, pobieramy się prawie w dzień naszej siódmej rocznicy i w Dzień Mamy - 26 maja 2018 r. 

Jak się poznaliśmy?

Byłam dziewczyną, której serce długo nie mogło zaznać spokoju. Wielkie miłości na zabój (najczęściej realizujące się tylko w mojej głowie ;) ) i wielokrotnie złamane serce doprowadziły mnie do punktu, w którym się poddałam, stwierdzając, że mój Jedyny po prostu nie istnieje.

Paweł dotarł do podobnej konkluzji jeszcze wcześniej. ;)

Widywaliśmy się na imprezach naszej wspólnej znajomej. Moją uwagę bardzo szybko przykuł przystojny, odrobinę tajemniczy brunet, ale oczywiście założyłam, że albo kogoś ma, albo jest zimnym draniem. Bo czy ktoś o tak zniewalającym wyglądzie mógłby być sam?! No nie czarujmy się.
Paweł z kolei – jak mi później wyznał - był skutecznie odpychany przez pole siłowe mojego sarkazmu i aurę wrednej suczy jaką wokół siebie roztaczałam (choć teraz tak bardzo trudno w to uwierzyć). Dziewczyna przeklinająca jak szewc, paląca jak smok, w skórzanej kurtce, w czerni i nieodłącznych martensach zapewne nie zachęcała do "cześć maleńka, często tu bywasz?" ;) 

Aż pewnego dnia – to był 28 maja – dostałam smsa od znajomej, że umówiła się na oglądanie meczu w knajpie z dwójką swoich kolegów z liceum (fani piłki nożnej na pewno pamiętają tę piękną rozgrywkę między FC Barcelona i Machester United! :) ). Pamiętam, jakby to było dziś – byłam akurat w parku i miałam do wyboru – skręcić w lewo na autobus do domu, albo iść tam, gdzie moja znajoma umówiła się z kumplami. Chwilę biłam się z myślami, ale że nie miałam nic do roboty, a lubię piłkę nożną, postanowiłam się z nimi spotkać.
Strach się bać, jak potoczyłoby się nasze życie, gdyby mój wewnętrzny dzikus jednak zwyciężył i pokierował mnie do domu! :)

Mecz mijał w świetnej atmosferze i potem skoczyliśmy jeszcze uczcić sukces Barcy kebabem i piwem (tu pojawia się romantyczna historia, jak to leżeliśmy na trawniku w środku miasta i trochę mniej romantyczna - jak Paweł w trakcie tego leżenia zastanawiał się, czy nie położył się prosto w psią kupę ;) ). W miarę jak rozmawiałam z Pawłem, okazywało się, że wiele nas łączy, i pojawiła się nieśmiała myśl, że ten błysk w jego oku chciałabym oglądać częściej. W którymś momencie P. zaproponował, abym usiadła mu na kolanach... i tak już zostałam, na sześć lat z okładem. :)

Pamiętam, że po dwóch tygodniach randkowania kumpela wyśmiała mnie, kiedy ze śmiertelną powagą stwierdziłam, że on, to po prostu On. "Skąd możesz to wiedzieć po dwóch tygodniach" - zapytała. A ja wiedziałam już wtedy. Naprawdę.

Oj, widzę, że strasznie się rozpisałam, a to dopiero wstęp... Wybaczcie mi proszę, zwięzłe formułowanie myśli nigdy nie przychodziło mi łatwo. :)

Kolejne lata minęły jak sen. Niedługo po tym jak zaczęliśmy się spotykać, rzuciłam palenie i zaczęłam powoli zrzucać z siebie kolejne warstwy zbroi, jaką się starannie opancerzyłam. 

W styczniu tego roku, w okolicach święta Trzech Króli wyjechaliśmy pod Grójec do malutkiej, starej chaty w Pomłyniu (wszystkim lubiącym takie klimaty serdecznie polecamy! Tylko trzeba uważać na psa, to diabeł wcielony ;) ). Trafił się nam największy od lat mróz: -30 stopni. Ponieważ chatka była ogrzewana tylko małym kominkiem, Paweł wstawał w nocy co godzinę, aby dorzucić brykietu, a ja spałam w czapce. :) Było czadowo! Robiliśmy długie spacery po lesie i cieszyliśmy się ciszą (oraz brakiem zasięgu ;) ) . Pierwszego wieczoru, kiedy w grubych skarpetach grzaliśmy się przy kominku, Paweł ni stąd, ni zowąd zaczął coś napomykać o wspólnym domu pod lasem i małym stadku owiec, te klimaty (trzeba Wam wiedzieć, że jesteśmy obydwoje wielkimi miłośnikami natury i marzy nam się dom na odludziu z wielkim ogrodem, warzywniakiem i stajnią). Ja, niczego nie przeczuwając, zaczęłam coś tam po swojemu trajkotać o potencjale agroturystyki. Paweł proponował wino, ale ja stwierdzałam, że na wino jest za wcześnie, ale mogę mu kakao zrobić, i tak to szło - on nie ustawał w wysiłkach, aby trochę nasz wieczór uromantycznić, a ja skutecznie te zabiegi torpedowałam. ;) W końcu stracił cierpliwość, wyciągnął pierścionek, i stwierdził, że skoro ciągle zmieniam temat, to może mu powiem, czy będę jego żoną. :D

No i wtedy dopiero się zaczęło. Dopóki nie załatwiliśmy kluczowych spraw – sali weselnej, zespołu, kamerzystów – byłam rasową Bridezillą. Przeglądałam miliony ogłoszeń, robiłam zestawienia w excelu i dopytywałam wykonawców o najdziwniejsze szczegóły. Na szczęście w lutym mi przeszło. ;)

Co do sali weselnej, nie mieliśmy wątpliwości, gdzie chcemy przyjąć naszych weselników. Naszym wymarzonym miejscem była od zawsze rezydencja położona w środku lasu. Zaważyły na tym opinie dziesiątek zachwyconych gości i przepiękna architektura (to drewniane sklepienie!), nowoczesna, a jednak harmonijnie wtopiona w otaczający ją las. Pierwsze rozmowy z managerką sali, a także nasze spotkanie z Rezydencją na żywo tylko nas w tym utwierdziły.

I tu mamy pierwszy niepoprawny element – otóż sala zlokalizowana była w miejscowości Pawła, a 100 km od mojego domu rodzinnego, co sprawiło, że wyjazd Panny Młodej z domu zanosi się na małe wyzwanie logistyczne. Zdecydowaliśmy wspólnie, że ślub weźmiemy również u Pawła. Ponieważ pochodzę z niewielkiej miejscowości, wciąż unoszono brwi ze zdziwieniem na wieść, że ślub nie odbędzie się w parafii panny młodej. Jak to? Czemu tak daleko? Nie ukrywam, że zanim się na podobne komentarze uodporniłam, było mi przykro to słyszeć, i to z  ust członków bliskiej rodziny, którzy zaaferowani tą anomalią, zapominali nawet pogratulować nam zaręczyn. Niespecjalnie przejmowali się naszymi kontrargumentami, że zawsze jedna ze stron ma daleko, a tylko ta sala  spełniła nasze wyśrubowane wymagania. W końcu stwierdziliśmy, że im mniej szczegółów nt. naszego ślubu i wesela zdradzimy innym, tym mniej "dobrych rad" usłyszymy. :)

Wszyscy Wykonawcy zostali wybrani wspólnie i po długich debatach. Nie mieliśmy wątpliwości, że na naszym weselu nie będziemy uskuteczniać biesiady i tradycyjnej formuły wesela. Żadnych oczepin, żadnych "cudownych rodziców", żadnego nadęcia i ceremoniałów. Za to koniecznie - dobra muzyka, dobre jedzenie i piękna strona wizualna.  Stanęło na formule urban wedding i eleganckiego przyjęcia, ale... nie do końca! Chcemy wprowadzić kilka leśnych akcentów, leśnych i słowiańskich. I może trochę złota. Czas pokaże czy nam się uda!

wtorek, 10 października 2017

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Jagoda

Historia Jagody: 

Jagoda i Grzegorz – 10/06/2017 r.


Dzień naszego ślubu był jednocześnie najpiękniejszym i chyba najkrótszym dniem mojego życia. Przepełniony emocjami, śmiechem, miłością, muzyką… Wszystkim, co oboje kochamy.

Zaczęło się już w zasadzie wieczór wcześniej, bo w piątek zorganizowaliśmy tradycyjne przyjęcie ogrodowe z tłuczeniem butelek (w niektórych rejonach nazywane polterem). Zjawiło się kilka najbliższych osób, potłukli nam trochę szkła na szczęście, za co dostali w nagrodę w jedną rękę kieliszek, a w drugą pajdę chleba ze smalcem. Dzieciaki w głębi ogrodu rozpaliły ognisko, a my walczyliśmy ze stresem i ze szwankującym samochodem… Tak, auto, którym mieliśmy jechać do ślubu, Fiat125p (i jednocześnie główny motyw naszego loga weselnego!), od kilku dni zaczął mieć fochy.
Wieczorem tego dnia przyjechała cała rodzina ze strony PM, a jechali dość daleko, bo z Mazur i Podlasia. Wiele całusów, poznawania się wszystkich członków rodziny… Całe szczęście nieformalny klimat imprezy pomógł przełamać lody. To właśnie wieczór wcześniej zorganizowaliśmy błogosławieństwo. Uroczy wieczór, ogród mojej mamy, idealne warunki :)
Tego wieczora poszliśmy spać późno, ale wyluzowani - jutro nasz wielki dzień! Ostatni raz jako panna zasnęłam w pokoju, który jeszcze 25 lat temu miał tapetę w misie, a na komodzie stał domek dla lalek :)

W dniu ślubu obudziłam się pierwsza, wszyscy domownicy jeszcze spokojnie spali, a najspokojniej chyba Grzesiek. Już od samego rana kołomyja, bo odebrać wianek, fryzjer, chwila przerwy w domu na kawę i kosmetyczka. Byłam totalnie wyluzowana, ale w głowie przełączył mi się adrenalinowy trybik pod tytułem "maksymalna koncentracja". Wszystko robiłam bez stresu, z niesamowicie lekką głową i czułam, że mimo wszystkich małych zgrzytów organizacyjnych, które po drodze się pojawiły, ten dzień będzie piękny i bezproblemowy.
Zanim wróciłam po upiększaniu, G. już pojechał szykować się u świadka w pokoju hotelowym. Chcieliśmy się zobaczyć w pełnym rynsztunku dopiero w kościele, kiedy będę szła nawą, prowadzona przez tatę. Krótka chwila przebierania się w sukienkę i parę zdjęć z siostrą i mamą i już, gotowe, jestem panną młodą ;) Przed wyjściem do kościoła oczywiście strasznie zgłodniałam, chciało mi się kawy i w ogóle wszystkiego, co mogłoby skończyć się plamami na sukni ;) Czy byłam jedyną panną młodą, która wcinała w sukni ślubnej zimne parówki (bez ketchupu!)?

Kościół pw. WNMP w Chełmnie, w którym miała miejsce uroczystość, jest przepiękny i dostojny. Wybraliśmy go głównie ze względu na organy, które są (którąś z kolei) wielką miłością PM. Specjalnie na tę okazję przyjechał zagrać na nich niezwykły organmistrz, pan Rafał Sulima. To było takie marzenie Grzesia, jak moje o sukni z wzorami ludowymi… A skoro możemy spełniać marzenia, to czemu nie!
Oprócz organów, które wręcz trzęsły ścianami, wszystkich wzruszał nasz najlepszy na świecie chór, Akademicki Chór Politechniki Gdańskiej. To właśnie na próbach chóru wypatrzył mnie Grześ i tak zaczęła się nasza wspólna przygoda. Kiedy na naszej ślubnej Mszy usłyszeliśmy delikatne dźwięki naszych ulubionych utworów, łzy same cisnęły się do oczu :)
Jak się czułam w kościele? Jak ryba w wodzie. Mogłabym te chwile przeżywać przynajmniej raz w tygodniu :) Uśmiechy wszystkich najbliższych, moje cudowne druhny, chrześniaczka z bratem i bratem ciotecznym niosący obrączki. Cudowne wzruszenie, emocje, od których drżą kolana, kiedy wzięliśmy z tatą głębokie wdechy i ruszyliśmy w stronę stojącego przy ołtarzu mojego ukochanego. I to ściśnięte gardło, kiedy słuchałam przysięgi, którą składał mi mąż. Uwierzcie mi - nie widziałam i nie słyszałam nic poza nim. Jakbyśmy byli sami :)

A później nastąpił (chwilowo) koniec wzruszeń i zaczęło się szaleństwo! :) Po wyjściu z kościoła zaskoczył nas ryż i drobniaki - trochę na przypale, bo obiecaliśmy, że nie będziemy niczego sypać ;) Później wszyscy goście udali się meldować w hotelu i czekać na nas w sali weselnej, a my mieliśmy około godzinki całkiem dla siebie. Przejechaliśmy naszym fiacikiem całe 40 kilometrów, aż zatrzymaliśmy się na stacji. Napiliśmy się wody, zjedliśmy rogaliki, a potem… Zdążyliśmy jeszcze obejrzeć jeden odcinek "Przyjaciół" :D Po telefonie świadka, że wszyscy na nas czekają, ruszyliśmy. I ujechaliśmy – całe 10 metrów, aż zgasł silnik i to zgasł na amen. Jakiś kilometr przed salą weselną. Co robić – wybuchnęliśmy śmiechem ;) Całe szczęście zatrzymaliśmy się na samym szczycie stromej góry, z której trzeba było skręcić w stronę naszej karczmy. Kilka "kopnięć" rozrusznika i dojechaliśmy do spadu, potem tyle ile się dało przejechać siłą rozpędu, potem trochę PM popchał, a ja sterowałam, a już jakieś 200 metrów przed salą dobiegło wsparcie dziewięciu kolegów, którzy popchali nas pod samą restaurację. Wejście godne pary prezydenckiej!

Wesele zdecydowanie było najlepszą imprezą naszego życia! Wokół nas tylko przyjazne twarze, wszystkie znajome, wszystkie życzliwe i cieszące się z naszego szczęścia. Pierwszy taniec – walc do "Moonriver" - ćwiczyliśmy sobie sami, z youtubem, mogę powiedzieć chyba, że nam wyszedł. Z dodatkowych atrakcji tego wieczoru zorganizowaliśmy zdjęcia z zimnymi ogniami, zaśpiewaliśmy "Something stupid" na dwa głosy (i dwie gitary – PM na gitarze rytmicznej i nasz przyjaciel Łukasz na solowej). Dla nas też były przewidziane niespodzianki – rodzice w czwórkę, przy akompaniamencie mojej siostry (flet poprzeczny) i brata (saksofon) zaśpiewali "To świt, to zmrok" ("Sunrise, sunset") ze Skrzypka na Dachu, a później jeszcze wyświetlili prawdziwą komedię, czyli urywki filmów z naszego dzieciństwa. A na koniec film z zaręczyn :)
Oczepiny były krótkie i z przytupem! Bez głupiutkich konkursów, bardziej w formie kabaretu – improwizacji, np. powtórzenie przysięgi małżeńskiej w żartobliwej formie czy przyrzeczenie rodziców i pary młodej połączone z pierwszym oficjalnym powitaniem jako "mamunia", "tatuś", "córunia" i "synuś". Tańca ze zbieraniem na wózek nie było, za to był taniec odbijany, kiedy każdy mógł zatańczyć z nami ot tak, za darmo, z małą niespodzianką na koniec ;) Zamiast rzucać wiankiem, wykorzystałam pomysł z NPM, czyli odcinanie wstążek – zdecydowanie polecam :)

Wesele było cudowne, nie tylko dzięki naszym rodzinom i przyjaciołom, wśród których czuliśmy się swobodnie i nie mieliśmy ani trochę tremy – nawet przed pierwszym tańcem czy śpiewaniem. Mieliśmy wielkie szczęście trafić na usługodawców którzy byli nie tylko profesjonalistami, ale od samego początku do końca zachowywali się z prawdziwą klasą. Doskonałe wyczucie czasu, poczucie humoru i zero kłótni czy spięć – tego właśnie było nam trzeba.
Obsługa sali Karczma Kujawska - Kummerówka stanęła na najwyższym poziomie – wszystko było przygotowane dokładnie tak, jak sobie wymarzyliśmy. Kelnerzy wraz z managerką błyskawicznie reagowali na zmieniającą się sytuację i nasze prośby - na przykład, żeby odłożyć obiad dla naszych przyjaciół, których samochód rozkraczył się na autostradzie. Dekoracja, którą również zajęła się obsługa sali (w cenie talerzyka dekoracje kwiatowe plus to, co sama powymyślałam – lampioniki, świeczniki i tak dalej), była cudowna i jak wyjęta z mojej głowy. Klimat może nie tyle rustykalny, co bardziej ludowy – czyli dokładnie to, co lubimy (no dobra, głównie ja ;) ). Wszyscy goście zachwyceni obsługą, a już w ogóle jedzeniem. Bo było czym się zachwycać! Mimo wszystkich kotłujących się w głowie, sercu i żołądku emocji, wsuwałam obiad i inne dania, aż mi się uszy trzęsły :) Dla vege-gości menu też było zróżnicowane i pyszne – niektórzy mięsożercy zaglądali na półmiski wegetarian, żałując, że nie ma dla nich faszerowanych papryk czy panierowanych camembertów. Dodatkową atrakcją był słodki kącik (również zamówiony w "Kummerówce" - nie wychodził drogo, wręcz taniej niż kupowanie ciast z cukierni, a wyglądał jak dzieło sztuki). Na drewnianych skrzynkach mini słoiczki z deserami – panna cotta, creme brulee, szarlotki, mmm… Zniknęło wszystko, a było sporo! Dość spontanicznie zamówiliśmy też fontannę czekoladową i to był strzał w dziesiątkę – dla dzieci ona plus ogród i zezwolenie na zabawę do 2 w nocy były najlepszymi atrakcjami, do których nie umywały się żadne animatorki. Choć prawda jest taka, że to goście płci męskiej spędzili więcej czasu przy fontannie niż dzieci :)
Skoro mowa o słodyczach, to równie wielkim powodzeniem co słodki kącik, cieszył się tort :) Zamówiłam go w Pracowni Tortów Artystycznych "Tortoland" w Bydgoszczy. W ciemno, bo nie mieliśmy jak przyjechać na degustację :) A był śliczny i pyyyszny, porcji zamówiliśmy z zapasem, a na poprawiny już nic nie zostało ;)
DJ-wodzirej, czyli Michał Starzecki ze Starsky Team, spotkał się z nami kilka tygodni przed weselem i poczyniliśmy razem trochę ustaleń. Poznał nas, wiedział już, jakiej muzyki słuchamy i jaką muzykę lubią nasi goście oraz jakie zabawy weselne nas interesują (a jakie nie). Od samego początku wesela zwracał się do nas per "Jadzia i Kurak" (miał na to oczywiście nasze przyzwolenie ;) ), co zdecydowanie zmniejszyło dystans pomiędzy gośćmi, nami i DJ-em. Zabawę rozkręcił od samego początku – parkiet był pełen już przed pierwszym toastem! Tego nikt się nie spodziewał. W każdej chwili potrafił strzelić celnym żartem w punkt, a każdy z tych komentarzy był wyważony – śmieszny, ale ze smakiem. Nawet moja babcia, która do wielu rzeczy podchodzi sceptycznie, była nim zachwycona. Udało się nie przemycić nawet jednej piosenki disco-polo. Za to sporo rocka ;)
Fotograf – Michał Mazurkiewicz z Gdańska – to mąż naszej koleżanki z chóru, ale całkowicie obiektywnie mogę powiedzieć, że to, jak wyglądała współpraca z nim… To była petarda :) Od samych przygotowań pełen pozytywnej energii i pomysłów. Był jeden, a zdjęcia ze ślubu i z wesela są zewsząd – jakby był wszędzie! Żadnych spięć, każdy nasz pomysł akceptował i starał się realizować, a sam z kapelusza wyciągał jeszcze mnóstwo swoich. Zresztą jego zdjęcia najlepiej go zareklamują ;)
Dwa dni po weselu zdradziliśmy Michała z Alicją Makowską, fotograf, która zrobiła nam sesję plenerową w lesie. Myślę, że łatwo odróżnicie zdjęcia z sesji z Alą i od zdjęć z sesji z Michałem, zupełnie różne miejsca, zupełnie inny klimat, obie sesje cudowne i bawiliśmy się na obu wspaniale :)
Ekipę filmową – czyli PANDA film z Gdyni – wiedziałam, że będziemy zatrudniać już na samym początku organizacji wesela. I nie pomyliłam się co do oceny ich pracy :) Na weselu zjawiło się dwóch chłopaków, którzy chodzili za nami krok w krok przez cały dzień, a my tego wcale nie czuliśmy. Jak cienie :) Dzięki temu reportaż wyszedł naprawdę naturalnie, żadnego spinania przed kamerą, tylko cali my. Już po weselu stwierdziliśmy, że pakiet, który zamówiliśmy jest zdecydowanie za mały – potrzeba nam dłuższego filmu zmontowanego! I chcemy też surowe materiały! I w ogóle! Na szczęście PANDzi nie widzieli w tym żadnego problemu, za dopłatą dwukrotnie wydłużyli materiał montowany, a surowe materiały dołączyli gratis. Teledysk zrobili pod piosenkę, o którą poprosiliśmy. Współpraca na medal! Ani trochę nie żałuję, że zdecydowaliśmy się na filmowanie ślubu i wesela – to jest wspaniałe uzupełnienie zdjęć, na których nie ma przecież ruchu, dynamiki, zmieniających się wyrazów twarzy.
Za nasze stylizacje odpowiadały różne firmy. Szyjemy Sukienki – model Madeline – tę sukienkę wypatrzyła moja koleżanka i z miejsca się w niej zakochałam. Do tego koleżanka mamy wyhaftowała cudowny pas z wzorami kaszubskimi, czyli moje marzenie. Buciki Kotyla spełniały swoje zadanie do 2 w nocy, później przebrałam je na białe trampki we wzorki kaszubskie zrobione w pracowni Farwa z Kościerzyny. Za wianek mój i chrześniaczki oraz bukiet, butonierki i korsarze druhen odpowiada Kwiaciarnia Jarzębina z Chełmna. Grzesiek z kolei ubrał się prawie w całości w Giacomo Conti, tylko kamizelka była szyta na miarę w pracowni Konaszewski w Gdańsku.

Jakie głosy nas doszły po weselu?
Najczęściej, że nasze wesele było urocze, bo bez zadęcia. Nawet obsługa Karczmy nam to powiedziała :) Mieliśmy czas, żeby z każdym chociaż chwilę porozmawiać, chociaż chwilę zatańczyć czy się napić. Goście z obu stron bawili się razem, a my z nimi – i chyba to najbardziej wszystkim zapadło w pamięć. Wiele osób (szczególnie kobiet) chwaliło pomysł koszyczków ratunkowych w łazienkach.
Minęły już cztery miesiące, a obraz ślubu i wesela w mojej głowie jest cały czas żywy. Cudowny dzień, cudowni ludzie, a przede wszystkim – mój mężczyzna, teraz mój mąż.
Nie żałuję ani sekundy i ani złotówki ;) 

Zdjęcia: Michał Mazurkiewicz, Alicja Makowska



























































































Kilka słów od NPM:
Jeśli miałabym powiedzieć, który mój pomysł na cykl na blogu był najlepszy, to... ten. Nie GNPM, ale wpisy związane z przygotowaniami do ślubu i decyzja o oddaniu kawałka bloga w ręce dziewczyn. Nigdy nie godziłam i nie godzę się na publikację gotowych wpisów sponsorowanych, nigdy nie publikuję cudzych artykułów, mam potrzebę czucia, że to moje miejsce. Moje i jak kiedyś sobie założyłam - każdej NPM (NPM=czytelniczka bloga NPM). Moje, Dagi, Jagody i... bardzo niedługo kolejnej dziewczyny :)
Jagodo, jak dobrze było Cię tu mieć! Przekonać się, że ostatnie panieńskie święta to wydarzenie o którym tłumy chcą czytać, bo to ludzi dotyka bardziej niż by się wydawało, pokazać światu, że bez dystansu i i swojej własnej definicji perfekcyjnego wesela można oszaleć i usłyszeć: "Nie bierz ślubu, bo chcesz rodziny i stabilności. Bierz ślub, kiedy patrząc na konkretnego faceta poczujesz, że chcesz, żeby był Twoją rodziną na zawsze.". Dla mnie Ty, to te wpisy i te słowa :) Zaręczyny jak z bajki, Gdańsk, pociągi, hafty (coś nie tak z kolejnością ;)), pierwsze wycinane migdałki :)
To zabawne, że prawdopodobnie po raz trzeci czytam trochę inną relację Jagody i za każdym razem mnie ona wzrusza. I aż mi się nie chce wierzyć, że to jest czysto subiektywne, że to przez przyzwyczajenie i przywiązanie. Bo czy Was nie wzrusza, gdy czytacie o... muzyce, która dla mnie była motywem przewodnim tego dnia (można wyobrazić sobie piękniejszy i adekwatniejszy motyw?). O chórze w którym on ją wypatrzył i w którym oboje zaśpiewali w dniu swojego ślubu, o ich piosence dla rodziców, o piosence rodziców dla nich (co za rodzina!). O drodze do ołtarza, przygodzie z autem... i zakończeniu dnia, którego tu nie ma. O zdjęciu nad ranem na dachu, na pełnym luzie i pełnym szczęściu :)