środa, 6 grudnia 2017

List do Świętego Mikołaja 2017

Melissa McCrotty
Hola Mikołaju :)

Wpadasz i tu? Mam przeczucie, że dziś mnie nie znajdziesz (nie to, że byłam niegrzeczna, teraz trochę ciężko mi usiedzieć w miejscu), ale liczę, że po dotarciu do Wrocławia prezenty zagrodzą mi wejście do domu ;) Wiesz, te piżamy w śnieżynki, te skarpety w choinki, ten sweter z reniferem :D

A tak poważniej. Dziękuję za ten rok, za te okazje nie do stracenia (obiecuję, że nie stracę!), za te spełnione marzenia. Za dziś :)

Ja chyba jestem totalnie przewidywalna, bo... nie napisze Ci na liście moich życzeń nic nowego. Bo to  tradycyjne życzenia: cudownego weekendu dla moich SuperW (i historii, których będę im tak potwornie zazdrościć :D), medali na olimpiadzie dla skoczków (co powiesz na złoto w drużynie? ewentualnie możemy negocjować), dużo zdrowia i błogiego spokoju dla kilku bliskich mi osób, a dla mnie tego, aby wszystko szło zgodnie z planem. 

Blogowo? Yyy... ciągle jedno, ciągle to samo. Choć o tym wspominałam Ci chyba przy innej okazji. Tak najbardziej - to tego.

I pamiętaj - ten list to nie żadem podstęp i to nie dlatego, że zawsze minimum jedno życzenie mi spełniasz (przypadkiem zdarza się, że największe ;)). To z czystej miłości :)))

1 000 000 lat Święty!
Milena, NPM

Pstryk! To teraz do Was :)
Polecam, wszystkim, pianie takich listów.  Wg mnie to świetny sposób na to, aby zmotywować się do pracy i realizacji celów, które w takich listach się przedstawia. Lepszy niż sztywna, noworoczna lista postanowień ;) W ramach inspiracji - moje poprzednie listy: 20132014, 2015, 2017.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Wszystkie nasze podróże poślubne :)

Po co mi ślub? Po to, aby pojechać w podróż poślubną. Ja tak serio. I najlepiej... nie w jedną, a całą listę pierwszych miejsc i pierwszych razy :)

Pierwszy wyjazd - Moszna, woj, opolskie
Chyba równo tydzień po ślubie. Na kilka godzin, z myślą, że dolnośląskie to za blisko, więc zawojujmy opolskie ;) A jeśli już opolskie, to... ciągle w klimatach ślubnych, w miejsce, które odwiedzają "wszystkie" Pary Młode - Zamek w Mosznie. Zdecydowanie polecam na każdy wyjazd z kategorii romantyczne, przy odpowiednim nastawieniu oczywiście ;)


Pierwszy weekend - Wisła, woj. śląskie
To jeden z moich ulubionych punktów (Zakopane było kilka miesięcy później, więc niestety nie załapało się na listę pierwszych razów). To cała ja, to moja podstawa odliczania każdego miesiąca w roku i planowania... wszystkiego (ślubu też). Wisła i LGP w skokach narciarskich :)


Pierwszy wyjazd za granicę - Bratysława, Słowacja
Gdzieś ciut dalej, gdzieś spokojniej, gdzieś taniej i gdzieś gdzie jeszcze nas nie było. Padło na Bratysławę. To idealna opcja do połączenia z wypadem do Wiednia, np. teraz na jarmarki (podróż poślubna na jarmark - czy to nie brzmi cudownie?) :)
Na zdjęciu: Zamek Devín.


Pierwsze wakacje - Włochy
Czym są dla mnie wakacje? To dużo słońca, to morze gdzieś w tle, to kilkanaście dni intensywnego spacerowania. Tak bardzo popularnie i tak bardzo idealnie - włoskie zamki, włoskie kościoły, włoskie miasteczka i miasta.
Na zdjęciu: Zamek w San Leo.


I dziś :)
Teraz czas na najbardziej wyczekiwaną. Taką przez którą nie było długiego weekendu w listopadzie, nie będzie weekendu z jarmarkiem gdzieś u naszych sąsiadów (ale jeden dzień ukradnę rzeczywistości, choćby nie wiem co), nie będzie przedświątecznego wyjścia na występ chóru i słuchania kolęd, nie będzie mnie na finale Szlachetnej Paczki i chyba nic innego nie łamie mi tak bardzo serce (nie dlatego, że jestem nadzwyczajnie dobra, ale dlatego, że ja tym wszystkim wolontariuszom potwornie zazdroszczę - tych siniaków, tych problemów z zaśnięciem, tych emocji).
Ale liczę, że u mnie też będzie fajnie, bo... to moje spełniające się marzenie, a Paczkę przecież można zabrać na koniec świata (koszulka SuperW już czeka w walizce) :)


A więcej o nas i wszystkich pierwszych razach znajdziecie na instagramie lub w obrączkowym wpisie na blogu :)

niedziela, 26 listopada 2017

Fryzjer w lesie, James Bond w spódnicy i kakao jako recepta na wszystko - sześć miesięcy do ślubu! [Ula]

Priscila ValentinaInstagram
Ach... Kocham weekendy. Po szalonym pędzie tygodnia, nauczyłam się już niemal czuć na języku słodki smak piątku i tych rozpościerających się przede mną dziesiątek możliwości. A jeszcze bardziej kocham jesienne weekendy, bo chociaż stworzenie ze mnie raczej spacerowe, to nie mogę nie docenić tej cudownej przytulności domu, w którego ramiona wpycha mnie każdy październik i listopad. Nigdy gorąca czekolada nie smakuje tak cudownie, jak teraz!

W domu pachnie chlebem – jeśli nie piekliście nigdy własnego, to koniecznie spróbujcie, to naprawdę proste, wymaga tylko trochę czasu, sprawnego piekarnika, i …. miłości. :) Chętnych zapraszam po przepis i zakwas na Pragę! :) I cóż, myślę, że czas już opowiedzieć Wam trochę o naszych świadkach.

Druhna. Anioł stróż, Leon Zawodowiec, James Bond w spódnicy (zazwyczaj bladoróżowej). Trzyma nas za rękę, kiedy za gardło łapie nas wzruszenie, a zdarza się, że trzyma nasze włosy, kiedy garmażerka nie dopisze. ;) Planuje panieński, pamięta o kosmetyczce, koordynuje makijaże, zabawia gości, biega po wódkę, pilnuje, aby klimatyzacja działała... Lista rzeczy, które robi druhna, nie ma końca. Ciekawa jestem, kim są dla Was Wasze druhny – siostrami, przyjaciółkami od piaskownicy, bratnimi duszami, przyszłymi szwagierkami? Czy po prostu – znajomymi, które cenicie z uwagi na praktyczne podejście i zdolności organizacyjne? A może wybrałyście na świadka brata, serdecznego przyjaciela, ciocię, córkę chrzestną?

Jaka powinna być druhna idealna? W zasadzie widzę tylko jeden warunek – musi Ci dobrze życzyć. :) Reszta to bardzo indywidualna sprawa – czy ma to być wulkan energii, który zaleczy Twoją skłonność do "przymułek", cichutki, dobry duszek, który poda chusteczkę w odpowiednim momencie, a może petarda, która da do słuchu osobnikowi sprawiającemu problemy na weselu? W tym przypadku doskonale jest się zdać na kobiecą intuicję, jak widać sprawdza się ona nieźle, nigdy bowiem nie słyszałam od znanych mi panien młodych, żeby były zawiedzione swoim wyborem.

Dla mnie z kolei wybór druhny nie był taki oczywisty, i chociaż są dziewczyny, za którymi poszłabym w ogień, to nie wiedziałam, którą należy poprosić o pełnienie tej funkcji. Dlatego właśnie zrezygnowałam z druhny, i... wybrałam trzy! :) Kiedy decyzja zapadła, poczułam ogromną ulgę, tak jakby coś nagle wskoczyło na swoje miejsce. Przecież to było takie oczywiste, naturalne... Co trzy głowy, to nie jedna! A zatem: druhny: moja młodsza siostra - P. Siostra Pawła - A. Przyjaciółka - P. Zupełnie inne, ale wszystkie niezawodne, kochane, dziewczyny, które znają mnie na wylot (niestety... ;) ) i akceptują taką, jaką jestem. Razem tworzymy jedyny w swoim rodzaju PUPA squad. ;) One są jednym z powodów, dla których nie mogę się tego dnia doczekać...! Na ślub i wesele nie zamierzam moich druhen ubierać w identyczne sukienki. Tak, zapewne świetnie to wygląda na zdjęciach. Tak samo, jak świetnie wyglądam na zdjęciach w wieku pięciu lat przebrana w kwiecistą różową sukieneczkę z Reichu... Nigdy więcej. ;) Przy odmienności ich temperamentów i typów urody byłoby to przebieranie ze szkodą dla naturalnego uroku. Na razie stoi tylko na podobnej kolorystyce, ale co z tego wyjdzie, nie mam pojęcia! ;)

Pierwsze spotkanie organizacyjne sztabu generalnego miałyśmy 21 października i powiedziałabym, że to był wieczór, który zapamiętam na długo... ale bym skłamała. :D Nie zmienia to faktu, że było wspaniale i cieszę się, że tak wybrałam – zanosi się na to, że wieczór panieński odbędzie się przynajmniej trzy razy, a jednocześnie – nie będę miała żadnego tradycyjnego panieńskiego.

Osobom, które rozważają kilka druhen od razu mówię, że to rozwiązanie nie jest pozbawione pewnych wyzwań. Jednym z największych jest konieczność wejścia na wyższy poziom logistyki. Mówię to po tym, jak biegnąc w deszczu na zajęcia trzymałam w zębach komórkę na głośnomówiącym, a ołówkiem rozpaczliwie notowałam na jakimś luźnym karteluchu godziny zaproponowane przez fryzjerkę, próbując to w głowie zestawić z grafikiem makijażystki. Ale wystarczy, że wyobrażam sobie spędzenie przygotowań do ślubu w towarzystwie kilku bardzo bliskich mi kobiet, a wiem, że jest to warte wszelkich szpagatów grafikowych. ;)

Jeśli chodzi o Pawła, to mogę ten temat streścić w kilku krótkich żołnierskich słowach, bo nie miał on żadnych rozterek i wątpliwości w kwestii świadka. Pawłowi drużbuje brat. Chociaż ma kilku bliższych i dalszych kumpli, to jednak najbardziej polega na K. Co tu kryć, grunt to rodzinka. :) Natomiast kawalerski sprowadzi się najprawdopodobniej do zabrania ziomów, wędek i piwa nad jezioro. Czego można chcieć więcej? ;)

My tu gadu gadu, a ja zapomniałam się Wam pochwalić – mamy zaproszenia! W realizacji pomogła nam bardzo ekipa ze Ślub i papier muszę przyznać, że działają ekspresowo, a ceny mają bardzo konkurencyjne. Ostatnia korekta i przelew był w czwartek, a zaproszenia przyszły w poniedziałek! Bardzo podobała mi się możliwość przejrzenia w pdfie gotowego projektu zaproszeń dla wszystkich gości. Dzięki temu wyłapaliśmy... nie, nie chcecie nawet wiedzieć, ile literówek może kryć się w stu zaproszeniach... W jednym przypadku z rozpędu omal nie użyłam ksywy znajomego jako nazwiska, tak dobrze do niego przylgnęła! :D Wzór zaproszenia wybraliśmy wspólnie, a P. zaproponował cytat na okładkę (ten oryginalny, o ruinie serca, jakoś średnio przypadł nam do gustu ;).

Konieczność zamówienia zaproszeń wiązała się również z rozmową z rodzicami na temat listy gości. Pamiętam, jak pisałam Milenie w moim pierwszym mailu, że obawiam się, że to będzie najbardziej problematyczny element wesela. Tymczasem wszystko odbyło się tak gładko, że jestem niemal zawiedziona! ;) Lista gotowa, a my zaczęliśmy już nawet zapraszać gości (i bardzo dobrze, bo to zajmuje dużo, patrzcie mi na usta: D U Ż O czasu – i jest świetne, ale przy dwustu gościach nierealne do wykonania w mniej niż dwa miesiące, co oznacza, że tak naprawdę właśnie teraz, pół roku przed ślubem, jest najlepszy czas, żeby to ogarnąć).

Kolejna rzecz, o której pisałam w mailach do Mileny to moja wielka ekscytacja pomysłem, że przygotowania do ślubu odbyłyby się całkowicie w domkach umiejscowionych w środku lasu, dzięki temu, że przyjechałaby do nas zarówno makijażystka jak i fryzjerka. To uda się wykonać tylko w części. Miałam tyle przygód z szukaniem dobrego fryzjera, który zgodzi się na przyjazd i zmieści się w budżecie, że w końcu dałam sobie spokój i wybrałam dobry salon 15 minut od naszej bazy i załatwiłam kierowcę, który będzie nas transportował tam i z powrotem. Trudno, czasem nie warto się szarpać, szczególnie jeśli mogą na tym ucierpieć włosy.

Z dziedziny sacrum: zaczęliśmy właśnie uczęszczać na nauki do Dominikanów na Freta w Warszawie, mogę je serdecznie polecić, w ślad za dziesiątkami innych zadowolonych par. Nauki dobywają się w trybie weekendowym, w ciepłej, przystępnej atmosferze, odczarowują stereotyp zaściankowego, wstydliwego katolickiego małżeństwa. ;) Pozostawiły też uczucie, że nad kilkoma sprawami trzeba jeszcze popracować... Ojciec Pilśniak potrafi zmienić perspektywę. Chociaż jest wielu chętnych, a mało miejsc, to naprawdę zachęcam do starań o udział w tych naukach, szczególnie jeśli jesteście zapracowani i nie macie czasu na większą ilość spotkań.

Z dziedziny pesymistyczne: nadal nie ćwiczę, nadal jem majonez, nadal nie uczę się do egzaminu i nadal nie mam na nic czasu. Na szczęście bezpieczniki przepaliły mi się już dawno, więc z mojej twarzy nie schodzi szeroki uśmiech, a w razie zakłóceń mam w odwodzie kakao. :>

Na grudzień zostaje nam maraton zaproszeniowy, dalsza część nauk i wizyta w poradni, ostatnie panieńsko-kawalerskie święta i dekoratorzy (nadal czekamy na detale realizacji). I pewnie milion innych rzeczy, o których teraz nie pamiętam, a które przypomną mi się pewnie w najmniej odpowiednim momencie. To dobry moment na zacytowanie Scarlett: I can't think about that right now. If I do, I'll go crazy. I'll think about that tomorrow. 

poniedziałek, 20 listopada 2017

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Marta

Poznaliśmy się w listopadzie. W absurdalnie nielistopadowy, słoneczny, ciepły dzień, w obfitujący w absurdalnie tragikomiczne wydarzenia poniedziałek. Poznaliśmy się tam, gdzie raczej mało kto oczekuje spotkać miłość życia – na Tinderze. Ten dzień od początku zapowiadał się mocno nietypowo – wchodząc do biura, zamiast spodziewanej pustki i porządku, zastałam w nim spektakularne ślady imprezy, a ledwo utorowałam sobie drogę do biurka, i dowiedziałam się o co chodzi (szef świętował osobisty sukces), otrzymałam wiadomość, że mój pies został potrącony przez samochód i dochodzi do siebie w klinice (sprawa wyglądała poważnie, ale finalnie nic mu się nie stało). Sporo emocji jak na początek dnia! Jak w każdy poniedziałek, wyszłam z pracy wcześniej, żeby pojechać na uczelnię na konsultacje. Droga zajmuje pół godziny, kiedy wsiadłam do pociągu i uruchomiłam aplikację, ON do mnie napisał. Konto na Tinderze założyłam jakieś 2 tygodnie wcześniej, z ciekawości kogo można tam spotkać, i trochę z nudów (chociaż, kiedy miałam czas się nudzić pracując i studiując dziennie, to pozostaje dla mnie zagadką ;) ) - i przez ten czas poczyniłam sporo ciekawych obserwacji typów ludzkich korzystających z aplikacji, mogłam wręcz bez problemu stworzyć katalog standardowych odzywek i scenariuszy rozmowy. Tu było inaczej, całkiem inaczej!
 

Właściwie, od początku było inaczej – starałam się dobierać na rozmówców, na podstawie zdjęcia i opisu, osoby z interesującymi pasjami, sprawiające wrażenie mających sprecyzowane poglądy, generalnie niesztampowe – to dawało nadzieję na ciekawą rozmowę, po prostu. Z większością wybranych osób aplikacja "parowała" mnie bardzo szybko, a jeśli nie – kompletnie nie zwracałam na to uwagi, wybór rozmówców w końcu był duży. Nie tym razem, Tomek miał najciekawszy profil, jaki widziałam, to była osoba, z którą najbardziej chciałam porozmawiać – a długo czekałam na "połączenie" i możliwości kontaktu – stąd, gdy w końcu to nastąpiło, naprawdę się ucieszyłam. Jak wspomniałam, przejazd pociągiem to jakieś pół godziny, potem 15 minut dojścia na uczelnię... cóż, w tym czasie z etapu "podstawowe wiadomości o sobie" zdążyliśmy płynnie przejść na etap dyskusji o polityce i ulubionych reżyserach – i to był pierwszy moment, kiedy poczułam, że dzieje się coś mocno niebywałego, bo mam raczej niepopularne poglądy na wiele spraw, i nie zdarza mi się spotykać ludzi, którzy mają je bardzo zbliżone – a raczej się nie zdarzało, aż do tamtego dnia. Następne półtora tygodnia pamiętam jak przez mgłę, a jednocześnie bardzo intensywnie – przez cały ten czas nie wypuszczałam z ręki telefonu, rozmawialiśmy cały czas, o wszystkim, coraz bardziej się zdumiewając i coraz częściej komentując poruszony temat prostym "to po prostu NIEMOŻLIWE, żeby istniał ktoś, kto też tak myśli!". Było to mocno surrealistyczne, pisać ze sobą po 16-17 godzin dziennie i zasypiając, czekać tylko na kolejny dzień, by znów móc porozmawiać.
 

Dzieliła nas spora odległość – to zresztą kolejna historia z kategorii niewykonalne zbiegi okoliczności. Ja jestem z Katowic, mąż pochodzi spod Olkusza, ale całe dorosłe życie spędził w Krakowie, i gdyby tam pozostał, nigdy byśmy się nie spotkali... bo zasięg aplikacji wynosi 50 kilometrów, a Kraków od Katowic jest oddalony o 80. Ale, PRZYPADKIEM, którego wyjaśnić nie sposób, dokładnie w czasie kiedy decydowałam się na założenie Tindera, Tomek podjął decyzję o tymczasowym powrocie w rodzinne strony, oddalone ode mnie o 50 kilometrów właśnie – i tylko dzięki temu mieliśmy szansę się odnaleźć i zacząć rozmawiać! Inna niemożliwa do wyjaśnienia sytuacja to to, że oboje mieliśmy swoje kryteria doboru rozmówców na Tinderze – ja pisałam tylko z tymi, którzy poprawnie rozpoznali piosenkę którą miałam w opisie, mąż z zasady nie pisał do Ślązaczek – dość powiedzieć, że oboje tych "testów" nie zdaliśmy, i oboje mimo wszystko zdecydowaliśmy się napisać do drugiej osoby – ot, przypadek.

Jestem fanką "Z Archiwum X", w czasie kiedy ze sobą pisaliśmy, z zapałem je oglądałam – jednym okiem, drugie mając utkwione w telefonie – i nigdy nie zapomnę narastającego z każdym odcinkiem wrażenia, że nadprzyrodzone sytuacje, przeznaczenie i inne takie historie jednak się ludziom przydarzają (a przeżyłam 23 lata jako raczej racjonalna sceptyczka i agnostyczka wyśmiewająca wszelkie romantyczne historie :D)
 

W końcu, po półtora tygodnia który wydawał się być wiecznością, spotkaliśmy się. Tomek przyjechał (pierwszy raz w życiu!) do Katowic, ja pokaźnie się spóźniłam – OCZYWIŚCIE był to dzień największych korków, jakie w życiu widziałam. Takie pierwsze spotkania zdarzają się raczej w bardzo kiepskich romantycznych filmach, których oglądaniem raczej się nie kalam, ale w rzeczywistości też się zdarzyło – podeszłam, przedstawiliśmy się sobie, i z mocnym zdumieniem oraz brakiem pewności, co właściwie widzę, miałam okazję zaobserwować jak mojego przyszłego męża strzela przysłowiowy grom z jasnego nieba, tudzież inna strzała Amora (sam twierdzi, że niewiele pamięta z tego spotkania, bo całą energię skierował na zachowywanie pozorów normalnej rozmowy i koncentrację uwagi :D ). Jako, że była to moja pierwsza prawdziwa randka, i jako że jestem raczej mistrzynią gaf i miniaturowych katastrof, zadecydowałam, że idziemy do mojej ulubionej, odrapanej i mocno specyficznej w wyrazie knajpy (nomen omen, o nazwie Absurdalna), a na romantyczną kolację zamówiłam...pół kilo frytek, które następnie pożarłam, pomagając sobie rękami, ponieważ zawsze tak robię – cóż, przynajmniej przełamywanie pierwszych lodów poszło szybciej, niż błyskawicznie :D Generalnie nie bardzo umiemy opisać, co się wydarzyło na tym spotkaniu, bo z racjonalnego punktu widzenia jest to niemożliwe – przez 3 godziny spędzone w knajpie, udało nam się szeroko omówić właściwie całe życiorysy, z milionem dygresji, i z tym że dwukrotnie wyciągałam laptopa, by pokazać (i szeroko opisać) jakiś projekt włącznie. Zbliżała się godzina 20, zbliżał się ostatni bus, który mógł zabrać Tomka do domu – więc z mocnymi oporami zebraliśmy się w kierunku przystanku. A tam... Okazało się, że rozkład został zmieniony, i ostatni bus już odjechał! Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w życiu się tak śmiała, jak wtedy kiedy chodziliśmy godzinami po ciemnych katowickich uliczkach, w mrozie wczesnego grudnia, usiłując znaleźć jakieś rozwiązanie tej sytuacji (najbardziej oczywiste, i na które miałam największą ochotę, czyli po prostu BIORĘ CHŁOPA DO DOMU, niestety nie wchodziło w grę, gdyż mieszkałam z liczną i mocno konserwatywną rodziną). Po dłuuugim czasie transport – mocno okrężną drogą – został znaleziony, a ja poszłam do domu, z surrealistycznym wrażeniem że, po pierwsze, nie wiedziałam że zakwasy od śmiechu można mieć na całym ciele, i po drugie, że pierwszy raz w życiu spotkałam istotę swojego gatunku.

Generalnie jestem raczej dziwakiem (żeby nie powiedzieć wprost, totalnym kosmitą, mającym problem z ogarnięciem relacji międzyludzkich i z podejmowaniem decyzji), więc pojęcie sytuacji, i decyzja o "normalnym związku", zajęła mi zawrotny, w naszej skali, miesiąc – a w czasie kiedy ja snułam oderwane od rzeczywistości rozważania, Tomek obmyślał szczegółowy plan działania. Jeździliśmy do siebie, nagle odkryłam że warto jechać 30 km pociągiem z Gliwic do Katowic, potem 40 busem z Katowic do Olkusza, a potem jeszcze 10 samochodem, tylko po to żeby razem spędzić popołudnie, przespać się i następnego dnia ruszyć w drogę powrotną – i tak minął nam grudzień i styczeń. W lutym wybraliśmy się do kina, po nim jak zwykle, podeszłam jeszcze na chwilę z Tomkiem na parking, by pogadać w aucie zanim odjedzie. Siedliśmy i zaczął opowiadać mi historię – jak to, będąc w liceum w Niemczech, poszedł kupić dla znajomych pamiątki, i pomiędzy drobiazgami zobaczył pierścionek, który z miejsca mu się spodobał, i postanowił że kupi go i schowa, by kiedyś dać swojej przyszłej żonie – tak też zrobił, i na przestrzeni kolejnych 10 lat, mimo różnych relacji z różnymi dziewczynami, nigdy żadnej nie chciał go dać – aż poznał mnie. Przysięgam, brzmi jak wiadro lukru, jak wymysł autorki harlequinów, ale w tym momencie opowieści sięgnął do kieszeni, wydobył pierścionek, ja na niego spojrzałam, zdążyłam tylko pomyśleć "matko, jaki piękny, sama bym sobie taki kupiła" (nie noszę żadnej biżuterii oprócz piercingu) i już miałam to cudo na palcu. W tym momencie zapadła cisza, oboje zajęliśmy się rozkminianiem, jakim cudem pasuje idealnie, jak robiony na wymiar, a mam wielkie niekobiece łapy i rozmiar pierścionka 19. Kolejny z listy PRZYPADKÓW wyglądających jak starannie uknuty plan, tylko czyj? Zagadka, jakie skrzaty czy też inne chochliki ułożyły tą szaleńczą wersję bajki o Kopciuszku pozostaje niewyjaśniona do dziś, ale pierścionek zlał się z moim palcem w integralną całość i tak sobie żyją :)


To była połowa lutego, nie planowaliśmy brać ślubu w najbliższej przyszłości (w sumie to oboje zawsze byliśmy wrogami instytucji małżeństwa), chcieliśmy zamieszkać sobie po prostu razem i patrzeć, co dalej się będzie działo w naszej absurdalnej bajce. Minęły zawrotne 3 tygodnie (miałam wtedy wrażenie że każdy dzień jest jak tydzień, i biorąc pod uwagę dynamikę wydarzeń, faktycznie tak było :D ) kiedy – przy okazji świętowania Dnia Kobiet udziałem w Manifie – uznaliśmy, że skoro oboje jesteśmy przekonani, że trafiliśmy na siebie nie przypadkiem, i chcemy żyć razem – no to weźmy i się hajtnijmy! Jeszcze w tym roku, no bo po co i na co czekać. W sumie najbardziej zdziwieni byliśmy, że tak późno na to wpadliśmy (3 miesiące po pierwszej randce, kawał czasu :D ). Od początku było jasne, że ślub jest dla nas – chcieliśmy wziąć go tylko w towarzystwie świadków, jednak zdecydowaliśmy ostatecznie o małym przyjęciu dla najbliższych. Min naszych rodziców, słyszących że chcemy się pobrać przed pierwszą rocznicą spotkania, nie zapomnę nigdy – ale nasze szczęście udzieliło się chyba wszystkim, bo znieśli to dzielnie :D. Wybór sali zajął nam 5 minut – od razu zakochaliśmy się w klimatycznej, industrialnej Restauracji Smak Róży w Katowicach, maila z prośbą o podanie wolnych terminów wysłałam do jej właścicielki jeszcze tego samego dnia – większość sobót była pozajmowana, ale wtedy spojrzałam w kalendarz i zauważyłam, że w październiku 13 przypada w piątek – decyzja była prosta! I tak zadecydowaliśmy, że bierzemy ślub w piątek 13, najtrudniej było przekonać kierownika Urzędu Stanu Cywilnego, że z niego nie żartujemy :D Nawet mniej czasu zajął nam wybór obrączek – otóż obojgu spodobały się wyłącznie stalowe, niesamowite obrączki ze stali damasceńskiej, z firmy Inne Obrączki. Od początku byłam przekonana, że sukienkę chcę mieć w kolorze butelkowej zieleni – ubieram się tylko na czarno, a ten odcień zieleni uważam za najpiękniejszy kolor świata – na tak niezwykłą okazję idealny. Oboje jesteśmy ludźmi lasu – uwielbiamy kontakt z surową naturą, więc było oczywiste, że las zostaje motywem przewodnim. Zamówiłam na aliexpress sznurki, pieczątki, klamerki, ozdóbki, zaprojektowałam zaproszenia i papeterię, kupiłam sobie złote buty... i tak oto do końca marca mieliśmy właściwie organizację ślubu z głowy i mogliśmy zająć się ważniejszymi sprawami :D Tomek zaczął pracę na Śląsku, zamieszkaliśmy razem, ja zmieniłam pracę, urządzaliśmy się, zaczęliśmy rozdawać zaproszenia – i tak minęła wiosna. W wolnych chwilach dłubałam sobie dekoracje, i poszukiwałam szmaragdowego materiału na sukienkę – misja niemożliwa! Kiedy więc znalazłam w butiku wystrzałową, balową suknię w tym kolorze, zdecydowałam się od razu. Przyszło lato, zapraszanie gości połączyliśmy z podróżowaniem po całej Polsce, wszyscy z coraz większym niepokojem dopytywali, jak tam przygotowania... a my ze spokojem odpowiadaliśmy, że wszystko gotowe, bo obrączki mamy już zamówione! Notabene uważam, że zapraszanie na wesele to rewelacyjny sposób na skondensowane poznanie rodziny i przyjaciół partnera :) W sierpniu uznałam, że jednak na ceremonię chcę mieć delikatniejszą suknię, cudem zdobyłam w outlecie kawałek zielonego materiału w idealnym odcieniu, w ciemno poszłam do przesympatycznej krawcowej – żadnej ślubnej, zwykła starsza pani w niewielkiej pracowni, narysowałam jej co chcę...wyszło lepiej, niż oczekiwałam! We wrześniu uznaliśmy, że jednak chcemy fotografkę na ślub, więc zwerbowaliśmy na tą godzinkę ceremonii młodą, zdolną dziewczynę, którą znalazłam, bo fotografowała koleżankę xD Tort, całkowicie zgodny z naszą wizją, upiekł nam kolega mojego brata, na co dzień...muzyk :D
 

Na początku października najdrobniejsze szczegóły były już gotowe (pani właścicielka restauracji dzielnie odpowiadała na moje maile z pytaniami o odcień serwetek i lampek, i wszelkie inne głupoty), pozostało nam odebrać obrączki (i zachwycić się nimi!) oraz cała praca własna – montaż winietek (44 karteczki wklejone w szyszki!), upieczenie podziękowań (200 udekorowanych własnoręcznie pierniczków), no i tuż przed ślubem – własnej produkcji bukiet, wianek i bukiety dla druhen, i pieczenie ciasteczek i babeczek na słodki stół.
 

Dzień przed ślubem, kiedy to o 7 rano jechałam po kwiaty do hurtowni (i wracałam pociągiem z cudownie pachnącym eukaliptusem w objęciach), dekorowałam babeczki, poszliśmy sobie na obiad, by móc chwilę spokojnie porozmawiać, słonecznym, późnym popołudniem jechaliśmy zawieźć ostatnie dekoracje i alkohol do restauracji, mogę śmiało nazwać jednym z najpiękniejszych w życiu. Wieczorem zasnęliśmy w naszym malutkim, wysprzątanym jak nigdy mieszkanku w poczuciu, że nazajutrz czeka nas coś niesamowitego.
 

Obudziłam się o 6, pełna energii, zapału i optymizmu – i wtedy przeczytałam wiadomość od świadka, najlepszego kolegi Tomka od wczesnego dzieciństwa, że rozstał się z dziewczyną i przyjedzie sam. Ok, trudno...gdyby nie to, że mieli nas JEJ autem zawieźć z urzędu do restauracji :D co gorsza, kolega zaginął bez śladu, a jest znany z tego, że problemy lubi zapić, więc akcja poszukiwawcza musiała być błyskawiczna. Pojechałam z moim bratem zawieźć ciasta i tort na salę, Tomek w tym czasie wydzwaniał do świadka – bez odzewu – i do rodziców (na szczęście mieszkają w jednym bloku), żeby ruszyli z misją poszukiwawczą. Wróciłam do domu, dalej bez śladu! Największy plus całej sytuacji był taki, że Tomek mocno stresował się ceremonią, i to przeszło jak ręką odjął – zaczął stresować się świadkiem :D Poszłam do fryzjera, fryzjerka spytała, na jaką okazję czeszemy, jej miny na odpowiedź "Ślub. W dodatku mój" nie zapomnę długo – ale wyszło super :D Na całe szczęście pomalować się i ubrać poszłam do domu rodziców – gdy wróciłam około 13 do naszego mieszkanka (ślub był o 14.30) – szłam na piechotę, w sukni i szpilkach, pod rękę ze świadkową przez pół centrum miasta - miotali się po nim rodzice i wujostwo Tomka, a świadka dalej nie było – tyle dobrze, że w międzyczasie dał znać że żyje, i oznajmił że jednak przyjadą razem. Rodziców dosłownie wygoniliśmy (i dobrze, bo długo szukali miejsca parkingowego), Tomek przebrał się w minutę, ja zebrałam rzeczy typu buty na przebranie – i nagle odkryliśmy, że brak świadka oznacza brak transportu :D Na szczęście moja z grubsza przytomna świadkowa wezwała taksówkę, do której malowniczo zbiegliśmy z 4 piętra, ja z bukietem wielkim jak snop, z suknią ciągnącą się po ziemi, Tomek zawiązując krawat, wskoczyliśmy do auta, świadkowa zakrzyknęła "chyba pan widzi, że jedziemy do pałacu ślubów!" a ja zaczęłam płakać ze śmiechu :D
 

Na miejscu byliśmy pół godziny przed czasem (uffff!), ale to mi przypadła (prześwietna zresztą!) rola stania pod urzędem, witania gości (a całe tłumy przyszły na samą ceremonię ) i zabawiania ich rozmową, podczas gdy... Tomek pognał do pobliskiej galerii handlowej, gdzie parkowali przyjezdni goście, żeby przyprowadzić ich do urzędu – i słusznie, bo się pogubili :D Przyjechała fotografka, prawie wszyscy już byli na miejscu, no to śmiechy, rozmówki, wejście do urzędu, ochy i achy, zdjęcia, pan kierownik wychodzi i pokazuje, że już czas... ale kogóż brakuje? No ŚWIADKA! Wpadli kilka minut po czasie, tłumacząc, że po drodze dostali mandat... i oto pora na punkt kulminacyjny, świadek szuka dowodu...i nie ma! Parę minut po planowanym czasie rozpoczęcia ślubu prosiliśmy innego kolegę o świadkowanie (ale sprawił się super, bo nie ma tego złego...), obrączek cały czas pilnowałam ja :D
 

Ceremonia była przepiękna, absolutnie nic z rejestracji i podpisania papierka, trwała blisko godzinę, pan kierownik wygłosił wzruszającą mowę o odpowiedzialności, sugerując się "Małym Księciem", coś pięknego! Zero stresu, myślałam że będę płakać ale też nie, dopiero przy przysiędze, gdy zobaczyłam łzy w oczach męża, sama się wzruszyłam. Sala była pełna po brzegi, życzenia od najróżniejszych bliskich osób przyjmowaliśmy około pół godziny (a życzenia od gości zaproszonych na wesele były w restauracji!). Jak pisałam, samochody były zostawione w centrum handlowym. Wyruszyliśmy tam więc, całym wesołym orszakiem, przez główną ulicę Katowic. I przez drzwi obrotowe w galerii. I po schodach ruchomych. I przez parking. Super efekt i chwilowe celebryctwo :D
 

Do restauracji, ze względu na korki, jechaliśmy ponad pół godziny (a to kilka kilometrów), ale nie szkodzi – był czas na selfiki! Przyjęcie, tak spontanicznie zorganizowane, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania – było pysznie, elegancko i z klasą, a jednocześnie na luzie. Dekoracje kwiatowe (wliczone w koszt restauracji i przez nich organizowane) były przepiękne i idealnie dopasowane do mojego bukietu, i wymyślonego klimatu. Zdecydowaliśmy się na menu złożone z dwudaniowego obiadu z deserem, tortu, zróżnicowanej zimnej płyty i ciepłej kolacji, przyjęcie trwało od 16.00 do 1.30 i kolacji prawie nikt już nie jadł, bo wszyscy byli najedzeni – dostaliśmy stosy jedzenia do domu!
 

Nie chcieliśmy DJ, nie mówiąc o zespole, absolutnie nie chcieliśmy muzyki, niezgodnej z naszymi gustami – więc stworzyliśmy sobie playliste, która leciała z komputera przez niezłe głośniki, i to był strzał w 10! Klasyki taneczne lat 70 i 80, rockowe ballady i trochę mocniejszych kawałków typu Foo Fighters o dziwo, zapełniły nam parkiet! Wynikało to ze specyfiki gości – zaprosiliśmy w sumie 44 osoby, najbliższą rodzinę (rodzice, dziadkowie, chrzestni), kilkoro kuzynów z którymi mamy dobry kontakt, a połowę gości stanowili przyjaciele – to oczywiście wydatnie pomogło w budowaniu atmosfery :)
Tort mieliśmy o 19, i to była dobra decyzja – został zjedzony w całości, i wszystkim się podobał :) Wódki mieliśmy 60 butelek, zeszło 28 (a każda para dostawała na odchodne!), za to poszło 9 butelek wina. Rodziny posadziliśmy osobno, i to była dobra decyzja – jesteśmy z różnych środowisk, dzięki temu nie było kurtuazyjnych rozmów o niczym, tylko każdy dobrze się bawił w znanym gronie. W pobliżu siebie usadziliśmy wszystkich przyjaciół, zarówno z mojej jak i z Tomka strony fajnie złapali kontakt i gadaliśmy i bawiliśmy się wszyscy razem. Absolutnie zlekceważyliśmy wszelkie "bo trzeba" i "bo wypada" – nie było żadnego witania...czymkolwiek, nie rzucaliśmy kieliszkami, nie było ani jednego utworu disco polo, ani jednej zabawy – było po naszemu, my byliśmy przeszczęśliwi, nie przejmowaliśmy się niczym – i to wystarczyło, wszyscy wydawali się zadowoleni albo bardzo zadowoleni :D Rodziny zwinęły się przed północą, do końca szaleliśmy kameralnie z grupką przyjaciół – i było super :)
 

Bardzo się cieszyłam i cieszę, że nie mieliśmy żadnego apartamentu, tylko wróciliśmy po ślubie do swojego mieszkania – obudzenie się tam w sobotę rano, niby tak samo jak zawsze, ale wśród prezentów i kwiatów, i z piękną obrączką na palcu, było czymś kompletnie magicznym, polecam!
 

Podsumowując – nie staraliśmy się robić czegokolwiek niepoprawnie, w zasadzie to w ogóle się nie staraliśmy, chcieliśmy żeby było fajnie a po naszemu... a wyszło jak wyszło, komukolwiek opowiadam/pokazuje zdjęcia ze ślubu to reaguje co najmniej zdumieniem, czasem też oburzeniem :D Było pięknie, swobodnie, bezstresowo, po naszemu, i co chyba najważniejsze, totalnie nie mieliśmy objawów żadnej "depresji poślubnej": przygotowania były super, ślub był super, ale to nie był nasz najpiękniejszy dzień, te dopiero przed nami – za nami też ;) Aczkolwiek zyskaliśmy piękne wspomnienia, temat do wielu jeszcze rozmów, i piękne zdjęcia :D
 

Z kwestii technicznych: na całość wydaliśmy niespełna 10 000 zł. Zdjęcia w restauracji są amatorskie – tak pięknie radzą sobie z aparatem mój brat i jego dziewczyna! Bukiety i wianek robiłam sama dosłownie w 10 minut, totalnie na luzie i bez planu – uważam że wyszło pięknie. Polecam jak najwięcej rzeczy robić samemu – super zabawa i satysfakcja! Miałam druhny, bo mam 3 równie bliskie przyjaciółki - losowały, która z nich będzie świadkową :) Cieszcie się i śmiejcie to nie będą Wam potrzebne żadne dodatkowe zabiegi kosmetyczne – ja malowałam się sama, przy użyciu podkładu, pudru, eyelinera i tuszu do rzęs, a uważam że nigdy nie wyglądałam tak pięknie – szczęście to najlepszy kosmetyk :)
 

Za pomoc w organizacji tego dnia odpowiadali:
Restauracja: Smak Róży w Katowicach
Fotograf (ceremonia): Michalina Banasik Photography
Sukienka: Materialiści w Katowicach

Obrączki: Inne Obrączki



























Kilka słów od NPM:
Czasem mam wrażenie, że zamiast publikować tu historie przygotowań do ślubu i samego dnia ślubu powinnam publikować... wszystko. Historie poznania się, historie zaręczyn, a potem pewnie wszystkie kolejne wyjątkowe wydarzenia :) Bo, tak typowo po babsku, uwielbiam słuchać historii ludzi, zwłaszcza takich jak Marta.
Przeczytaliście historie poznania, a potem zaręczyn Marty i Tomka? Prawda, że jest, tak znów po babsku, przecudowna i wręcz stworzona do opowiadania innym? :)
Doskonale widać, że wszystko w tej bajce jest skrojone pod nich. Tempo organizacji, spontaniczność i pewność decyzji, przyjęcie tylko dla najbliższych, wyjątkowa data (bo piątek 13go nie może nie być wyjątkowy), sukienka w nietypowym kolorze, tort pieczony przez muzyka. A to dopiero początek… ;)
Jest lekko, na luzie i co najważniejsze: z wielką miłością.

piątek, 17 listopada 2017

#LubięLudzi i od czterech lat ciągle tu jestem :)

pixabay
Naturalną i wręcz moją standardową reakcją na ten dzień jest wielkie zdziwienie. Że ja, że cztery lata, że o ślubach, że bez wielkiej motywacji i wielkiej miłości. Że opierając się tylko na sympatii ludzi i tylko nią karmiąc, ciągle tu jestem. To jest WOW, to wręcz wymaga czegoś większego niż fajerwerki!

Czasem zastanawiam się po co mi ten blog? Wolny czas mogłabym spędzać na wiele innych sposobów, pieniądze, które wydaję na wyjazdy z nim związane wydawać inaczej (w sezonie jesiennym mocno to ograniczyłam), w tym czasie... pracować, więcej zarabiać i mieć więcej czasu dla męża :) Ale piszę, bo lubię pisać, bo lubię szczęśliwych ludzi, bo lubię móc pomóc ;) Tak szczerze, jedyne co z tego mam, to Wasza radość i Wasze "dziękuję"/"doceniam"/"super, że jesteś". Gdy tego nie mam, to nie mam w zamian nic... I czasem, jak człowieka, to "nic" mnie kłuje...

Tym ogromniej cieszy mnie, że mogę spotkać ludzi przez których czuję się doceniona.
Ludzi, którzy mówią dobrze o blogu, ludzi z którymi można pogadać przy soku (np. o skokach narciarskich), do których można napisać na ostatnią chwilę "a mogłabyś zrobić mi kartkę na ślub na wzór tego Twojego zaproszenia ;)", którzy reagują na "a może pomógłby ktoś przy Szlachetnej Paczce" i taszczą z drugiego końca Wrocławia pudło z dekoracjami, którzy... docierają na Patronite i sprawiają, że się wzruszam, bo to dla mnie ma znaczenie.
Ludzi, którzy piszą, że daję im małego kopa i odwagę do tego, aby było mniej bezpiecznie, a bardziej jak w marzeniu. I że to się udaje :)

To wszystko, te 1461 dni (o ile internetowe kalkulatory się nie mylą), nie jest po to, aby zmieniać Wasz świat i Wasze myślenie o ślubach. To po to, aby móc Was poznać. Bo zawsze warto tworzyć okazje do poznawania fajnych ludzi. Ten blog to moja okazja :)

Dwa lata temu wymyśliłam sobie, że każdy 17 listopada będzie świętem każdej Niepoprawnej Panny Młodej. Waszym świętem! Więc ponownie: Odwagi dziewczyny! Wytrwałości! Siły! Poczucia, że wiecie co robicie, że warto przez największe W. I przynajmniej jednej osoby, która Was doskonale zrozumie i poprze. A na samym końcu, w tym dniu, całej zachwyconej Waszym dniem sali, albo przynajmniej... zachwytu w oczach Waszej dwójki. Wiem, że nie będzie łatwo, ale ciągle myślę (poprawka: jestem pewna!), że warto i szalenie mocno trzymam kciuki!

Gdy po raz pierwszy to pisałam nie wpadłam na kilka rzeczy. Np. na to, że kiedykolwiek blog będzie świętował swoje trzecie czwarte urodziny, a oprócz mnie o swoich przygotowaniach do ślubu będą pisały także inne dziewczyny. W tym jedna, która dokładnie 17 listopada będzie obchodziła swoje prywatne urodziny :) 
"Z tymi urodzinami to nie śmiesznie, to przeznaczenie! :P"  
Daga, niech będzie zdrowo, niech będzie prosto, niech będzie pięknie.

piątek, 10 listopada 2017

Jak powinna ubrać się mama na ślub i wesele swojego dziecka?

Najważniejsza kobieta, tuż po Pannie Młodej. Druga, obok świadkowej, na którą uwagę będą zwracać goście, fotografowie i filmowy. Ta, która jest obecna w najważniejszych momentach tego dnia i dla której to też wyjątkowe święto. Mama. Jej, jego, ich.

Jeśli też nie macie wątpliwości co do ważności mamy w tym dniu, to pewnie wszyscy zgodzimy się z tym, że mama w tym dniu powinna prezentować się zjawiskowo. Niezależnie od stylu wesela, niezależnie od wieku (bo mama może mieć i 40 i 90 lat) i niezależnie od budżetu przeznaczonego na swój wygląd w tym dniu. A więc...

Na co powinna zwrócić uwagę mama szukając kreacji na ślub swojego dziecka? 

Do czego należy się dostosować?
1) Dress code określony przez Parę Młodą.
2) Styl wesela i miejsce przyjęcia.
3) Savoir vivre.
 
Kolor
Jeśli kolor kreacji ma być bezpieczny i zgodny z zasadami savoir vivre, to najlepiej zrezygnować z bieli oraz czarni. Warto przemyśleć także ubiór tzw. "krzykliwych" kolorów, które rzucają się w oczy np. neonów, czerwieni.
Brzmi radykalnie? Brzmi. Pamiętajcie jednak, że zawsze ponad wymienionymi powyżej zasadami będzie stał ustalony przez Parę Młodą dress code. Jeśli Para Młoda będzie prosiła gości o ubiór określonego koloru, to wtedy będzie on nie tylko akceptowany, ale i pożądany.
Kolor, podobnie jak i fason, warto dobrać do swojego typu urody i temperamentu, a także stylu i miejsca w którym będzie organizowane przyjęcie. I biorąc to pod uwagę można śmiało bawić się wzorami i fakturami.




Fasony i sylwetki
Zgodnie z savoir vivre kreacje powinny być dostosowane do miejsca ceremonii i godziny rozpoczęcia przyjęcia. W Polsce nie są to zasady które większość osób stosuje, ale z pewnością warto pamiętać o odpowiednich długościach, dekoltach i rozcięciach.

Fason kreacji powinien być dostosowany do sylwetki, podkreślać jej atuty i zakrywać mankamenty. I tak:

Dla gruszki
Cechy charakterystyczne gruszki: wąskie ramiona, lekko wcięta talia, strefa biodrowa wyraźnie szersza od ramion (4-5cm).
Najlepsze będą ubrania dobudowujące linię ramion, wysmuklające biodra, przyciągające wzrok do górnej cześć sylwetki.
Przykłady: dół w ciemnym kolorze i góra w jasnym, wzorzystym kolorze. Koszule i koszulowe sukienki (np. szmizjerki). Dekolty łódkowe, żaboty, krótkie i skośne rękawy, zabudowane góry.



Inne propozycje dla  gruszki: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7.

Dla klepsydry
Cechy charakterystyczne: linia ramion równa linii bioder, widoczna talia, proporcjonalna sylwetka.
Najlepsze będą ubrania podkreślające talię i proporcje sylwetki.
Przykłady: miękkie tkaniny, spodnie z wyższym stanem, taliowane koszule, baskinki, sukienki dopasowane (nie obcisłe), ubrania z zaznaczoną talią.


 

Inne propozycje dla  klepsydry: 1, 2, 3, 4, 5, 6.

Dla modelkowej (odwrócony trójkąt)
Cechy charakterystyczne: szerokie ramiona, średnio wcięta talia, biodra wyraźnie węższa od ramion.
Najlepsze będą ubrania wysmuklające górą część sylwetki, dobudowujące biodra, eksponujące nogi.
Przykłady: bluzki i sukienki z dekoltem V ( z odpowiednia do proporcji szerokością ramiączek), jasne, drapowane, wzorzyste, z falbanami spódnice/spodnie, dłuższe marynarki, kombinezony.



Dla jabłka
Cechy charakterystyczne: linia ramion równa linii bioder (lub szersza), lekko wcięta lub niewidoczna talia, wystający brzuch.
Najlepsze będą ubrania pozwalające wysmuklić górną część sylwetki, nadające sylwetce kobiecych kształtów i lekkości.
Przykłady: ubrania z miękkich materiałów, z nadrukami i wzorami (odpowiedniej wielkości do proporcji ciała), dekolt w kształcie V, rękaw do łokcia, sukienki ze ściągaczem lub paskiem w linii talii lub odcinane pod biustem, z lekką , fruwającą górą.



Inne propozycje dla jabłka: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7.

Nie tylko sukienka
Ale i kombinezony, spodnie, garnitury, spódnice i bluzki...



Linki zamieszczone w tekście to linki afiliacyjne.