wtorek, 30 sierpnia 2016

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Justyna

Historia Justyny:

Może nie byłam typową "niepoprawną" panną młodą, bo odkąd pamiętam, marzyłam o swoim ślubie i wyobrażałam sobie, jak to będzie…
Nasz ślub miał jednak wiele niepoprawnych elementów, z których jesteśmy niesamowicie zadowoleni. Te drobne rzeczy sprawiły, że nasz dzień był jeszcze bardziej wyjątkowy od wszystkich możliwych jego wersji, ułożonych przeze mnie przez 26 lat…


Zaczynając od początku…
Poznaliśmy się z Maćkiem na koncercie Justina Timberlake’a w Gdańsku. Ja mieszkałam we Wrocławiu, On w Trójmieście. Spotkaliśmy się i poznaliśmy dopiero 19 sierpnia 2014 roku, mimo że w młodości oboje wychowywaliśmy się w tym samym mieście – w Świnoujściu.
Ważne są daty!
19 sierpnia pierwsze spotkanie,
5 września pierwszy pocałunek,
13 września ZARĘCZYNY!
(Co ciekawe, datę ślubu ustaliliśmy już w dniu zaręczyn…)
Na przełomie stycznia i lutego przeprowadziłam się do Gdańska.


Wybraliśmy sobie, jako nasz termin, Dzień Mamy w 2016 roku, 26 maja.
Zarezerwowaliśmy hotel pod Szczecinem.
Po ponad pół roku byliśmy zmuszeni zmienić miejsce, tym samym również datę, ponieważ w nowym hotelu 26 maja był już terminem zarezerwowanym.
Postanowiliśmy zatem, że wesele odbędzie się… w środę.
Czwartek był dniem wolnym, więc dlaczego nie?

 

Byłam tak bardzo nakręcona organizacją tego wydarzenia, że namówiłam Mamę, w styczniu ponad rok przed ślubem, na odwiedzenie salonu sukien ślubnych – jeszcze we Wrocławiu.
Ponieważ na co dzień pracuję w białym fartuchu, wystarczyło, że przymierzyłam 5 białych kreacji. Nie podobałam się sobie w bieli.
Za mną na manekinie stała piękna pudrowa suknia, która niemal śmiała się ze mnie stojącej w każdej przymierzonej na "jej oczach" białej. Stała w takim miejscu, że przeglądając się w lustrze widziałam ją cały czas kątem oka. Postanowiłam przymierzyć. Wszyscy w salonie się popłakali. Decyzja była oczywista.

 

Na nowe miejsce wesela wybraliśmy Cedrowy Dworek w Cedrach Wielkich, pod Gdańskiem. Wspaniałe miejsce, drewno, cegła, chata grillowa i obłędnie sympatyczni właściciele i obsługa.
Do samego ślubu, co miesiąc około 25. każdego miesiąca, jeździliśmy tam na niedzielny obiad.

 

Trzy tygodnie przed ślubem zmienił się nam dekorator sali, co wprowadziło dodatkowy stres u panny młodej. U pana młodego generalnie nic nie powodowało stresu. Do dzisiaj nie wiem jak Mu się to udało.
 

Motyw wesela – bardzo NIE niepoprawny – bajka Disneya.
Z kilku powodów: bo się poznali, bo się pocałowali, bo się zakochali, bo się pobierają, bo będą żyli długo i szczęśliwie (chociaż tego już w bajkach nie raczą pokazać, a my będziemy musieli się z tym zmierzyć).
Dodatkowo jesteśmy uzależnieni od amerykańskiego serialu Beauty&TheBeast.
Kolejna decyzja została podjęta.

 

Wiecie jak czasem wyglądają u panien młodych przygotowania przed ślubem… kosmetyczki, fryzjerzy, czary mary, te sprawy… Ja co prawda zabrałam się za siebie pół roku przed ślubem i coś tam w tej kwestii kombinowałam, ale ponieważ nie wymyślono jeszcze Photoshopa w wersji live, to nie wiele mogło mi pomóc…
Jednak nie mogło być za wesoło – przez moment wesele stało pod znakiem zapytania – rozchorowałam się na tydzień przed ślubem. I to nie, że stan podgorączkowy, tylko ponad 38 stopni, zapalenie zatok, utrata głosu i takie tam inne przyjemności… Wesele miało być w środę, więc do fryzjera na farbowanie byłam umówiona jeszcze przed weekendem. Ponieważ straciłam głos, mama dzwoniła do salonu i próbowała ratować sytuację – zmieniliśmy termin na poniedziałek na 8 rano. Niestety w niedzielę nie było jeszcze na tyle dobrze, żebym mogła biegać po mieście z rozgrzaną głową, więc i tę wizytę trzeba było odwołać. I wiecie co? Mój cudowny Narzeczony pojechał po farbę do drogerii, wybrał kolor o jaki prosiłam, usiedliśmy w salonie pod lampą i… sam, własnoręcznie pofarbował mi włosy! Efekt? IDEALNY. A jaka kasa w kieszeni!
Na szczęście udało mi się zrobić paznokcie, za które jestem też niesamowicie wdzięczna dziewczynie, która ma obłędny talent – namalowała mi różę pod kloszem z Pięknej i Bestii. Paznokcie były po prostu przepiękne. Choroba we wtorek zniknęła całkowicie, jak ręką odjął, jak na życzenie. Został mi taki bardzo delikatny obniżony głos po jego utracie, ale dzięki temu moja przysięga, czy raczej szloch… lepiej brzmiał w kościele.

Zaczynając od rana w dniu ślubu - nie spaliśmy w oddzielnych pokojach, chociaż niektórzy krzywo na nas patrzyli (część gości przyjechała dzień wcześniej). Nie mogłam spać sama, bo nie usnęłabym ani na minutę. Po prostu boję się ciemności i koniec. Bez Maćka w ogóle boję się wszystkiego.
W sumie spałam 3 godziny i 40 minut. To i tak nieźle.

 

Błogosławieństwo było rano. Tylko my i Rodzice, fotograf na dwa zdjęcia. Ja w innej sukience.
Od zakończenia błogosławieństwa nie widzieliśmy się już z Maćkiem ani na pół minuty.
Niecałą godzinę przed wyjściem do kościoła, okazało się, że zapomnieliśmy rozłożyć winietki na stołach na sali – Mama z telefonem w ręku i ze mną w słuchawce, biegała i czuła się co najmniej jak w Mission Impossible.  Dobrze, że przynajmniej wałki zdążyła ściągnąć z włosów.

 

Suknia była różowa, buty w kolorowe kryształki, nie było welonu, wianka też nie było.
Były za to druhny, w sukienkach szytych na miarę. I były piękne.

 

Maciek wyjechał z hotelu kwadrans przed 16, po czym samochód wrócił po mnie.
Do kościoła mieliśmy 400 metrów, więc równie dobrze mogliśmy pójść na spacer, ale baliśmy się o pogodę, bo prognozy nie były na 100% przekonane, że nie będzie padać, a lało przez cały tydzień.
W dniu ślubu pogoda była IDEALNA.

 

Do ołtarza zaprowadził mnie Tata w swoim marynarskim mundurze, bo pracuje na statku. Pół roku wcześniej wspomniałam, że mam takie marzenie – że ten mundur. Ale wtedy odpowiedź brzmiała stanowczo "nie". A okazał się, że jednak "tak". Jakby mi było mało wzruszeń i emocji, łzy poleciały bez kontroli na widok tak eleganckiego Taty, stojącego w drzwiach kościoła.
 

Jak doszłam do ołtarza nie pamiętam. Podobno goście odczepiali mi kwiatki od sukni, bo zabrałabym ze sobą całą dekorację. Wszystkim gościom zaangażowanym w ratowanie sytuacji, serdecznie dziękuję.
Przepłakałam całą mszę, nie przeszło mi nawet po przysiędze (którą mówiłam po kawałku, zaciągając się na pół kościoła), ani po założeniu obrączek. Roześmiałam się dopiero na koniec, mówiąc księdzu, że moja podwiązka umiejscowiła mi się na kolanie.

 

Wyszliśmy z kościoła ostatni, wszyscy goście czekali przed wejściem. Mieli tuby z białymi serduszkami. Konkretnie sześć. Bardzo gorąco przepraszam mieszkańców Cedrów Wielkich za bałagan w całej miejscowości. Kiedy tuby wystrzeliły, powiał silny wiatr. 1/20 spadła na nas, reszta… poleciała na miasto pozwiedzać.
(W niedzielę – kilka dni później – widzieliśmy nasze serduszka na chyba wszystkich możliwych trawnikach, a NAWET na niektórych drzewach.)

 

Na stołach na sali nie było wielkich kwiatowych bukietów – były za to imitacje drzewek ze światełkami i mech. Dużo mchu.
A czy mówiłam już, że winietki, menu i nawet zaproszenia, drukowaliśmy i projektowaliśmy sami?

 

Tort nie był też typowym ślubnym tortem. Ale był bajeczny. Ręcznie malowany. Z figurkami Pięknej i Bestii.
 

Wesele było pełne niespodzianek.
 

Po obiedzie wyszliśmy na dwór na wspólne rodzinne zdjęcie. Po tym zdjęciu, mieliśmy z Maćkiem wrócić na salę i zatańczyć pierwszy taniec. Wodzirej podziękował wszystkim za grzeczne pozowanie i zaprosił gości ponownie do środka. W tym czasie mój cudowny Mąż…  powiedział… że musi do łazienki. Pilnie. Bo inaczej nie zatańczy. Ok. Pobiegł.
Weszliśmy na salę, goście uformowali koło – dookoła MNIE. Czekamy, czekamy… myślałam sobie - Ileż można siedzieć w toalecie?!
I nagle słyszę słowa wodzireja – "Justyna, pamiętasz w kim się kochałaś jak byłaś mała?".
Moja Rodzina o mało nie umarła ze śmiechu. Na parkiecie pojawił się Zorro. W masce, w pelerynie i ze szpadą. No, szpadelką.
Nie wierzyłam własnym oczom.
[Z tym kochaniem się w Zorro… to najprawdziwsza prawda. Całe moje dzieciństwo polegało na wyobrażaniu sobie, że on jest ze mną! Pisałam do niego listy, tańczyłam z nim na wszystkich rodzinnych imprezach… I okazało się, że udało mi się w końcu zostać jego żoną.
To się nazywa spełnienie marzeń!]
Usłyszałam tylko Maćkowe "Teraz rozumiesz, dlaczego nie chciałem się uczyć pierwszego tańca? I tak byś już nie pamiętała kroków!".
Na muzykę do pierwszego tańca wybraliśmy "Love me like you do" (tak, tak… że słodko, że różowo…), ALE to dlatego, że mamy taki wspaniały film, nagrany w salce prób Maćka i jego zespołu – bo nie mówiłam, ale Maciek jest perkusistą (i zaraz jeszcze do tego wrócę) – Maciek uczy mnie grać, a właściwie bardziej gra za mnie moimi rękoma, właśnie do tej piosenki.
[Jeśli jesteście ciekawe jak to wyglądało, to możecie zerknąć pod tym linkiem
] ALE 2 żeby nie było za słodko, po minucie tej piosenki poleciał nowy numer Timberlake’a - "Can’t stop the feeling" i zaczęła się prawdziwa impreza.
 

("Can’t stop the feeling" do pierwszego tańca i "Mirrors", kiedy wjeżdżał tort. Skoro poznaliśmy się na koncercie Timberlake’a, to nie mogło go tam zabraknąć.)

Niespodzianka dla Taty.
Tu cała historia – skrócę ją tak mocno jak to tylko możliwe, ale coś powiedzieć muszę, bo to ważne.
Studiowałam optometrię we Wrocławiu. Mój Tata uwielbia wrocławskie krasnale.
Przez 6 lat na prawie każdą okazję dostawał ode mnie malutkiego krasnoludka. Ma już wszystkie. Na razie nie zrobili jeszcze żadnego nowego, którego mogłabym mu kupić.
Zastanawiałam się nad prezentem, ale nie trwało to długo.
Skontaktowałam się z autorką wrocławskich krasnali, zaprojektowałyśmy wspólnie – krasnalkę optometrystkę. W podziękowaniu za lata studiów i w podziękowaniu za wydanie córki za mąż – Tata dostał prawdziwego wrocławskiego krasnala w wymiarach 1:1.

 

Niespodzianka dla Męża.
Jakiś czas później – poprosiłam na bok kolegów Maćka z zespołu. Powiedziałam im co jest grane i poprosiłam, żeby byli ze mną na środku sali, kiedy dam Mężowi prezent.
Około miesiąc przed ślubem, wtedy jeszcze Narzeczony, powiedział mi, że planuje wymienić swoją ówczesną perkusję na nową. Bo w sklepie perkusyjnym mają taką, och taką świetną!
Zatem z pomocą chłopaków ze sklepu perkusyjnego DrumStore z Gdyni, spełniliśmy to marzenie. Zdjęcie perkusji zostało wydrukowana w rozmiarze A2 – no wiecie, nie dałabym rady zatargać tych garów na plecach na salę.
Maciek oszalał z radości.  Chłopaki z zespołu z resztą też.
(Ostatnia powódź w Gdańsku doprowadziła do zalania ich salki prób i niestety część sprzętów mocno na tym ucierpiała. Na szczęście ślubna perkusja już wyschła i nic jej nie jest.)

 

Wracając do wesela. Nie było żadnych niesmacznych zabaw, goście bawili się świetnie. Wypili mało, jedli dużo więcej. Jedzenie w Cedrowym Dworku jest obłędne, polecam każdemu chociaż jeden obiad w tamtym miejscu.
Poprawiny były w chacie grillowej, niestety pogoda mocno się popsuła i zrobiło się po prostu zimno. Trochę nam goście pomarzli, ale i tak wszyscy wyjeżdżali bardzo zadowoleni. To był chyba najlepszy prezent ślubny. Zadowoleni, najedzeni i wybawieni goście.

 

Na sesję ślubną wyskoczyliśmy na jeden dzień do Toskanii. Jeździliśmy pociągiem z Pizy do Florencji i powiem Wam jedno – na tyle życzeń, ile dostaliśmy od Włochów podczas robienia zdjęć, nie jest fizycznie możliwe, żebyśmy byli w życiu nieszczęśliwi. Włosi są absolutnie cudowni.
W podróż poślubną pojechaliśmy na Bahamy, gdzie Maciek dostał alergii skórnej na krem z filtrem i na słońce, a mnie ugryzła świnia (wygooglujcie sobie Bahamas Pigs – to właśnie jedna z nich).
Spaliłam się co prawda na mahoń, ale żeby od razu brać mnie za marchew… przesadziła.

 

I tak o to, dziewczyna, która przyśniła się mężczyźnie (który nie czekał długo tylko od razu zaprosił ją na kawę, po czym spotkali się na koncercie w Gdańsku i po miesiącu byli zaręczeni) została żoną człowieka, który wychował się w tym samym mieście co ona.
Życie układa niezwykle ciekawe scenariusze.
To tylko potwierdza, że jak dwoje ludzi ma być razem, to będą. Bez względu na to, co sobie po drodze wymyślą i zaplanują.


Co było niepoprawne?

- Wesele odbyło się w środę,
- Zaproszenia, winietki, menu i powitanie dla gości do pokoi – wykonaliśmy sami,
- Suknia była różowa, garnitur granatowy, nie było welonu, ani nawet wianka,
- Buty były kompletnie nieślubne i wiele osób mówiło, że jestem dosyć odważna ubierając je na taką okazję, ale się uparłam, bo bardzo mi się podobały,
- Nie spaliśmy w oddzielnych pokojach w noc przed ślubem – bo panna młoda boi się ciemności,
- Nie szliśmy razem do ołtarza, błogosławieństwo Rodziców odbyło się rano,
- Było mało kwiatów, więcej było zieleni, drzewek i lampek,
- Nie było typowych "weselnych" zabaw podczas wesela,
- Jeszcze jedna rzecz o której nie napisałam! Podczas podziękowań dla Rodziców nie graliśmy "Cudownych Rodziców Mam". O nie. U nas leciało "Kulfon, Kulfon, co z ciebie wyrośnie?!"
Rodzice dostali osobiście przez nas zaprojektowane książeczki z historią stworzoną ze zdjęć, o tym jak nas wychowali, czego nauczyli, za co jesteśmy im wdzięczni. Kulfon nie pomógł. Łzy poleciały.
- Pierwszy taniec zatańczyłam z Zorro, miłością z dzieciństwa; Mąż wpadł na wesele później ;), ale o niczym Mu nie mówcie!

Rady dla przyszłych panien młodych

Tylko JEDNA. To Wasz dzień - przeżywajcie każdą jego sekundę, bo bardzo szybko mija. Nie zastanawiajcie się co się komu spodoba, czy nie spodoba. Jesteście Wy i Wasz mąż. Nic więcej się nie liczy.
I może jeszcze jedna - nie stresujcie się przed ślubem, nawet jeśli cokolwiek nie wyjdzie według wcześniejszych planów, to gwarantuję Wam, że poza Wami nikt się nie zorientuje. 


Hotel: Cedrowy Dworek, Cedry Wielkie
Suknia: Vogue&She, Wrocław
Buty Młodej: Renee
Podwiązka: Madam Suzette
Garnitur: Bytom
Obrączki: Inne Obrączki
Sukienki Druhen: Place for dress
Make up i włosy: Katarzyna Gulbierz
Salon, który przygotował pannę młodą: Balola
Słodki Stół i tort: Duszka Niesamowite Torty
Dekoracje: Bukiety Bankiety
Samochód: Auta Retro Kwidzyn  
Muzyka w kościele: Centrum Muzyki Marzeń 
Ekipa filmowa: GreenArt Studio

















































Kilka słów od NPM:
Opis Justyny dostałam chwilę przed moim wakacyjnym wyjazdem – wyjazdem na którym miałam odpocząć, od pisania, myślenie o blogu i wszystkim co związane ze ślubami i weselami. Prawie mi się udało, bo po przeczytaniu tego opisu, pakując walizkę, zastanawiałam się kiedy ja wreszcie wrócę i będę miała okazję do opublikowania go na blogu. I jest, wreszcie :)
Chyba najlepsze co mogę napisać już Justynie napisałam, więc sama siebie tu zacytuję: "Justyna, opis jest cudowny! Choć połowę (możne nawet 3/4) przepłakałam. Przy tacie w mundurze, przy Zorro, przy perkusji (x2), przy krasnalu (historii i potem od nowa: przy zdjęciu, które jest przecudowne!)... I tak na zmianę, uśmiechałam się (przy świni, wiem, to straszne!) na zmianę ze łzami.".

1 komentarz:

  1. Jedna z moich ulubionych panien młodych! Przepiękna suknia! <3

    OdpowiedzUsuń