piątek, 16 stycznia 2015

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Małgorzata

Historia Małgorzaty:

Moje Wielkie Niepoprawne Wesele :)

Mam na imię Gosia i mojego Piotrka poznałam 3 lata temu. W skrócie: po prostu przyszedł do mnie do mieszkania :)
Popularnie nazywa się to "miłość od pierwszego spojrzenia" i może w sumie byłaby to racja, ale my wolimy mówić, że była to "miłość od pierwszego zagrania w grę Mario na konsoli Nintendo" :)
Jedna impreza wystarczyła mi, żebym wiedziała ze to jest TEN facet i na szczęście on doszedł do takiego samego wniosku względem mnie :)

Po półtora roku doszło do zaręczyn. Których się spodziewałam, ponieważ P. jako facet nie potrafi być subtelny i kombinować tak abym niczego się nie spodziewała :) Już po pierwszym jego podejściu do planowania (czyli ok 2-3 miesiące wcześniej) zorientowałam się co jest na rzeczy. Jednak chyba nie spodziewałam się że AŻ TAK wykombinuje :) W kwietniu wyjechaliśmy na 10 dni do Francji na snowboard. To był taki zorganizowany wyjazd dla większej ilości osób, w tym my i nasza paczka znajomych. Jednego dnia organizatorzy w porozumieniu z P zebrali chętnych uczestników w wyznaczonym miejscu, gdzie mieli się ustawić i czekać. Wielki napis MARRY ME ułożony z ludzi i z głośników nasza ulubiona piosenka, my na szczycie hopki (taka mała górka w snow parku) i powiem szczerze, że było idealnie. Emocje były tak ogromne, oczywiście, że się popłakałam (w szoku zapomniałam odpowiedzieć "tak" ;P), pomimo tego, że się spodziewałam tych zaręczyn. Byliśmy sami we dwoje, więc to była nasz chwila, ale już na dole, ok 80-100m niżej byli nasi znajomi i masa ludzi która wzięła udział w całej akcji :) 

Od czasu studiów oboje mieszkamy w Poznaniu, natomiast oryginalnie Piotrek jest z mazowieckiego, a ja z Dolnego Śląska. Jednak moi rodzice od kilku lat mieszkają pod Kołobrzegiem, o tak los ich tam wywiał :)
Zadecydowaliśmy, że wesele zrobimy więc w zachodniopomorskim, coby żadna rodzina i znajomi nie czuli się pokrzywdzeni i wszyscy musieli dojechać. Salę idealną znaleźliśmy bardzo szybko, problem był jedynie z trafieniem do niej. Stary dworek umieszczony pod lasem za wsią, w której są tylko 4 chaty i nic więcej. GPS nie był w stanie nas tam doprowadzić i musieliśmy pytać miejscowych o wskazanie nam drogi. W końcu trafiliśmy. Umowa została podpisana po wielu przebojach i już spokojnie mogliśmy zacząć planować ślub i wesele.  Drugi w kolejności załatwiliśmy Kościół, który znajdował się 5 km wcześniej w większej miejscowości przy głównej drodze. Ani ja, ani P nie jesteśmy jakoś specjalnie wierzący. Zdecydowaliśmy się na ślub kościelny ze względu na tradycję. I to właściwie tylko ja brałam ten ślub kościelny, bo P jako zagorzały ateista powiedział, że nie i koniec. Więc dostaliśmy pozwolenie na ślub dwu wyznaniowy (napisaliśmy nawet pismo z prośbą o zezwolenie na ślub w terenie, ale zostaliśmy delikatnie mówiąc sprowadzeni na ziemię przez Biskupa...). Tak więc P i ja wybraliśmy się do tego małego, brzydkiego z zewnątrz Kościółka, przygotowani na walkę z jakimś Księdzem-Katolem i jakież było nasze zdziwienie jak okazało się, że księdzem proboszczem (jedynym księdzem w tej parafii) jest Ksiądz Dariusz, który już po pierwszym spotkaniu okazał się fantastycznym człowiekiem, księdzem z powołania, żyjącym skromnie, a jego dwoma miłościami ziemskimi są dwa przygarnięte psiaki Wikary i Proboszczowa :) Życzę wszystkim młodym parom, aby na swoje drodze spotkały właśnie takiego Księdza Dariusza, który pomógł nam wszystko załatwić, nie czepiał się naszego dwu wyznaniowego ślubu, a po całej uroczystości i weselu zadzwonił do nas i poprosił żebyśmy w jego ogrodzie zasadzili drzewo, bo on ma taką tradycję. A jeśli chodzi o Kościółek, to w środku okazał się prześliczny :)

Skąd się wzięły wszystkie nasze pomysły na wesele? Ciężko powiedzieć. Chcieliśmy, aby było oryginalnie i inaczej. Dworek, który mieliśmy zarezerwowany rok wcześniej, miał swój klimat wiejsko-rustykalno- szlachecki i w takim tonie też chcieliśmy zrobić resztę. Wesele było zaplanowane na sierpień. Z początku marzyły mi się kwiaty polne, ale razem z dekoratorką, która również okazałą się rewelacyjną florystką, stwierdziłyśmy, że kwiaty polne mają to do siebie że podobno dosyć szybko więdną. Chciałam się również zdecydować na jakiś kolor przewodni, bo to by ułatwiło dobieranie dodatków, a przy mieszance kwiatów polnych to jakoś mi się to nie widziało.

Jak zadecydowałam o wyborze koloru? Usiadłam i zaczęłam się zastanawiać jakie kwiaty lubię? Oczywiście konwalie :) ale kto widział konwalie w sierpniu??? Hm, więc trzeba było pomyśleć mocniej. I .....BINGO! Wymyśliłam! Słoneczniki! W sumie to zawsze lubiłam słoneczniki (ozdobne i te do jedzenia), kojarzą mi się właśnie z ciepłym sierpniem i są właśnie takie....idealne dla mnie :) I od Słoneczników poszło już wszystko raczej z górki (oczywiście wymyślanie, a nie realizacja pomysłów). Skoro słoneczniki, to kolorem przewodnim musiał zostać ciepły żółty, co bardzo było mi na rękę ponieważ tę barwę również zawsze lubiłam :)

Największy problem chyba miałam z wyborem sukni ślubnej. Właśnie samo słowo "suknia" kłóciło się z moim pomysłem na siebie. Wiedziałam, że nie kupię żadnej w salonie, bo tam wszystkie są identyczne, a ja przecież chciałam być oryginalna, a nie wyglądać jak każda jedna panna młoda, w sukni z gorsetem u góry i masą tiulu na dole... Zdecydowanie nie chciałam tak wyglądać, zresztą nigdy mnie takie suknie nie jarały. Chciałam prostą, skromną sukienkę. Tak więc odbiłam się od końca internetu w poszukiwaniu idealnego pomysłu i coś tam udało mi się wykombinować :) Nawet znalazłam krawcową, która podjęła się tego zadania.
Ponieważ razem z P jesteśmy dość "luzackimi" osobami i żadne z nas raczej nie lubi ubierać się elegancko, tak więc i do wesela podeszliśmy trochę z przymrużeniem oka. Tzn. zamówiliśmy sobie ostatnio coraz bardziej popularne wśród młodych par- trampki conversy. Ale nie byle jakie. Zaprojektowane przez nas, w ustalonym już wcześniej kolorze i dodatkowo na zamówienie wyhaftowano nam datę naszego ślubu :) Do kościoła kupiłam jedynie sandałki płaskie, które miałam na sobie może max 2h, potem już od początku wesela do białego rana w tramposzach biegałam i tańczyłam :)
Pani krawcowa dostała ode mnie jednego trampka i miała za zadanie znaleźć materiał zbliżony kolorem do butów, z którego uszyłaby dodatki, tj. m.in. muchę i chusteczkę do butonierki. Całość, czyli sukienka (najbardziej podobały mi się w niej głęboko wycięte plecy) wraz z dodatkami wyniosła mnie 1200zlł, więc według mnie całkiem całkiem, jak za sukienkę którą miałam założyć raz w życiu :)

Skoro sukienka miała być skromna i zwiewna, wypadałoby żeby i cała reszta również nie była przesadzona. Ponieważ nigdy nie byłam fanką welonów, na głowę wymyśliłam sobie, że założę wianek. I tu Pani Jagoda moja dekoratorka/florystka podsunęła mi kolejny genialny pomysł: GIPSÓWKA! Jest delikatna i pasuje do wszystkiego, w dodatku bez problemu będzie ją można połączyć ze słonecznikami!

Jeśli chodzi o dekoratorkę, to również przeszła samą siebie dekorując dworek. Wszystko było w klimacie letniego przyjęcia weselnego (które przerodziło się w imprezę do białego rana), dominowały słoneczniki, brzozowe pieńki, słomiane ozdoby i masa innych rzezy, których nie jestem w stanie nazwać :)

Tak więc z całego tego chaosu na początku, wszystko układało się powoli w jedną pasującą do siebie całość. Oczywiście trwało to rok, i nie było tak łatwo i szybko jak tu opisałam, ale na pewno było warto :)

Postawiliśmy z P na minimalizm i własnoręczność, bez zbędnego wydawania pieniędzy na pierdoły, tj. sami zrobiliśmy winietki, plan stołów, napisaliśmy menu, do ślubu i na wesele pojechaliśmy własnym samochodem (prosto z domu, bez różnych dziwnych tandetnych tradycji), do którego przyczepiliśmy puszki po piwie, nie było kamerzysty tylko znajomi kręcili kamerkami gopro i jedyne na co zdecydowaliśmy się ekstra wydać pieniądze (poza fotografem oczywiście) była Foto-budka, która okazała się rewelacyjnym pomysłem :) Zamiast zespołu był DJ, który bawił gości do godziny 8 rano (o 7 jeszcze bawiło się z 50 osób na parkiecie), za naszą namową grał głownie lata 60, 80, 90 oraz nowoczesne hity, ponieważ 3/4 gości byli to młodzi ludzie. Prawie wcale nie było disco polo (nienawidzę disco polo....) . W efekcie była to bardziej impreza niż wesele :)
Jeśli chodzi o gości to mieli powiedziane, że obowiązuje strój "bardziej luźny niż sztywny" :) Tj., panie mogły przyjść w lekkich zwiewnych letnich sukienkach, najlepiej w kwiaty, zero natapirowanych fryzur i ton lakieru! Dla Panów nie był obowiązkowy garnitur, eleganckie spodnie i marynarka też się nadawały.
Przyjechali prawie wszyscy, ze 120 zaproszonych osób odpadło jedyne 10. Więc to chyba znak ze dobrze dobraliśmy gości skoro wszyscy się pojawili :)


Aaa i co najważniejsze. Może to zabrzmi źle, ale wiedzieliśmy, że zaproszone osoby zrozumieją o co nam chodzi, bo od dawna nie kryliśmy się z naszymi przekonaniami. Mianowicie na naszym weselu nie było żadnego dziecka. Uprzedzaliśmy wszystkich, że dzieci nie są zapraszane. Nie dlatego że nie lubimy dzieci. Lubimy. Tylko wg nas wesele to nie jest impreza dla dzieci, które biegają między stołami lub gorzej między nogami kelnerów, którzy noszą ciężkie talerze. Pijani goście nie są również dobrym obrazem do zapamiętywania przez dzieci i po trzecie, rodzice nie są w stanie się zrelaksować, napić i bawić się bezstresowo, jeśli cały czas muszą pilnować swoich pociech. Tak więc każdy kto musiał znalazł sobie opiekę do dziecka na dwa-trzy dni i chyba nikt nie miał nam tego za złe. A nawet jeśli ktoś miał, to mało nas to interesuje, ponieważ to było nasze wesele i mieliśmy prawo stawiać pewne warunki :)

Co na te wszystkie dziwadła nasi rodzice? Ano rodzice P od zawsze dawali mu wolną rękę odnośnie wszystkiego (pomimo, że jest jedynakiem), z moimi również nie było kłopotu, ponieważ już dawno temu pogodzili się z faktem ze wszystko robię po swojemu, często na przekór wszystkim tradycjom i zwyczajom :) Byli bardzo szczęśliwi i bawili się rewelacyjnie na weselu, więc chyba to jest najważniejsze w tym wszystkim :)

Jakie mogę dać rady przyszłym pannom młodym? Trzymajcie się twardo własnego zdania, nie dajcie się przekabacić ludziom mówiącym, że coś wypada, a coś nie. Pamiętajcie, to jest Wasz dzień i to Wy stawiacie warunki. Ludzie kiedyś zapomną o waszym weselu (smutne, ale prawdziwe), ale wy będziecie o nim pamiętać zawsze :)

A no i najważniejsze, do wszystkiego podchodźcie na luzie :)






 

















Kilka zdań od NPM:
Czasem Wam opowiadam, że lubię wszystkie kolory. Bo lubię, ale istnieją takie na myśl o których szerzej się uśmiecham: zieleń, pomarańcz, żółty!!! Dokładnie taki żółty, ciepły i  pozytywny, jak w tych dodatkach.
Czytając relację Małgosi miałam wrażenie, że najbardziej podoba mi się to co najprostsze i tradycyjne. Ten Kościółek (i cała historia), ta sala (podjazd pod salą wygląda rewelacyjnie!!!), ta pozytywna energia, która z kolorów, zdjęć i uśmiechów bije. Reszta to tło, które dopełnia doskonały obrazek.
Jedno zdanie z opisu jest tym, które staram się wszystkim, non stop, powtarzać: "Ludzie kiedyś zapomną o waszym weselu (smutne, ale prawdziwe), ale wy będziecie o nim pamiętać zawsze :)". I dlatego warto być egoistą i myśleć przede wszystkim o sobie :) Słuchajcie Małgosi :)

10 komentarzy:

  1. Żółty będzie królował także u mnie na ślubie i weselu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Także zapamiętam to zdanie! Biorę je głęboko do siebie i od teraz będę niesamowicie uparta :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Też marzę o weselu w klimacie rustykalnym, bez zbędnego splendoru. W wielu kwestiach mam podobne zdanie: gipsówka, drewniane pieńki, fotobudka i trampki na weselu to moje hity. Sukienka urzekła mnie swoją prostotą i elegancją. Niestety wiem, że mój Luby inaczej sobie wyobraża nasze wesele i spodziewam się, że przy jego organizacji doświadczymy niejednej kłótni ;) Chociaż słyszałam, że organizacja wesela to podobno pole do popisu dla Pani Młodej i jej mamy, a dużo Panów Młodych przyjmuje wobec niej postawę obojętną. Czas pokaże :)
    P.S. Czy można gdzieś zobaczyć więcej zdjęć z Waszego wesela?

    OdpowiedzUsuń
  4. Bez roznych dziwnych tandetnych tradycji.. to zdanie najbardziej mnie zabolalo...czy tradycja jest tandeta????;/ albo "w salonie wszystkie suknie wygladaja tak samo...." a jednak ktos je kupuje, w opisie od razu nakreslilas ze mamy ci bic brawo bo postawilas na oryginalnosc...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest subiektywna relacja Panny Młodej ze swojego wesela. Nikt nie zmusza Cię do jej czytania. Po za tym ktoś dzieli się swoją historią nie żeby "bić mu brawo" tylko żeby pomóc innym, którzy jeszcze szukają pomysłu na wesele, dodać otuchy tym, którzy widzą je podobnie jak autorka swoje. Twój komentarz uważam za zbędny. I tak: "w salonie wszystkie suknie wyglądają tak samo"- gorset, obszerny dół, tiul/satyna/koronka. Mi ten wpis dodał otuchy, że będę mieć moją wymarzoną suknię, że jest to możliwe. Nie dlatego żeby być oryginalnym, ale żeby ta suknia była moja. Dziękuję Małgosiu za relację! :)

      Usuń
    2. A ja się w pełni zgadzam z tym komentarzem. Czytając wpis pomyślałam dokładnie tak samo. Coraz bardziej wydaje mi się że w całej ten niepoprawności chodzi o to żeby był kolor przewodni, wesele rustykalne, żeby samemu robić zaproszenia i winietki a sukienki brońcie Boże nie kupować w salonie. I nie, nie zgadzam się ze wszystko jest tam takie samo, odwiedziłam wiele salonów i w końcu znalazłam coś dla siebie (przymierzyłam mnóstwo sukienek ale tylko jedną z gorsetem). Niech każdy organizuje swoje wesele tak jak chce, ale myślę że każdemu należy się szacunek. To moja subiektywna opinia i mam prawo ją wyrazić. Jeśli ktoś wrzuca na bloga taką relację powinien być przygotowany na różne opinie. Jeśli to komuś przeszkadza niech nie czyta. Zwyczajna Panna Młoda

      Usuń
    3. anonymous, są tradycje (nie wszystkie, część), które wręcz zasługują no to, aby z wesel je usunąć ;) Ale nikt tu nie mówi o wszystkich.

      Ja również potwierdzam, w salonach jest masa identycznych sukienek, a gdy już dostanie się do zmierzenia inne, to jest to max 5 sztuk na salon. I to w dużych miastach, z małych nie znajdzie się ani jednej.

      Anonimowy, w niepoprawności (a zwłaszcza w GNPM) chodzi o to, że samem określić czy swoje wesele uważa się za niepoprawne. Niepoprawność jest subiektywnym odczuciem. Dziewczyny same to oceniają, a ja nie prowadzę większej selekcji, bo nie siedzę w niczyjej głowie ;)
      I nie kolor, a motyw/temat!

      Usuń
  5. I ja miałam żółty i słoneczniki na ślubie i weselu :p A wesele było w maju :D Żółty rulez!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Boooże kobieto, tak wyobrażam sobie idealne wesele. Żółty, słoneczniki, wianek zamiast welonu (koniecznie!) i trampki..... a myślałam że to ja jestem wyjątkowa ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Też zawsze chciałam wianek. Już jako mała dziewczynka wiedziałam, że wianek=ja. :D przymierzając suknie w salonach wszyscy próbowali wcisnąć mi welon. Wkońcu w ostatnim salonie (tam gdzie zamówiłam sukienke) przymierzyłam welon. Tylko dlatego, żeby zrobić przyjemność mamie..a co tam, niech sie cieszy :) i nawet nie wiecie jakie bylo moje zaskoczenie kiedy zobaczylam siebie w lustrze, w tym welonie. Nie mogłam wydusić z siebie żadnego słowa!! Wszytsko było dzięki niemu idealne, magiczne i na swoim miejscu. Już nie mówie o motylach w brzuchu :p więc, ja, chłopomanka z zamiłowania będe mieć długi welon idąc do ołtarza. :) nie będę orginalna ale dobrze mi z tym :)

    OdpowiedzUsuń