piątek, 8 sierpnia 2014

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Weronika

Historia Weroniki, autorki bloga Młoda Pani Domu:

Ślub braliśmy z Łukaszem 22 września 2012 roku w moich ukochanych Kielcach. Jak to wszystko wyglądało? Oto moja historia.

Migawkowy skrót najważniejszych wydarzeń z tego dnia:

- Nie przespałam pół nocy. O szóstej rano, kiedy zaczęło pojawiać się słońce na niebie, wstałam, bo stwierdziłam, że to moje leżenie nie ma już sensu
- O ósmej rano byłam już u fryzjerki, która ratowała mnie przed stresem czekoladą
- W trakcie robienia fryzury dzwoniła kucharka, że nie może dostać się do remizy. Okazało się, że panowie, którzy mieli jej otworzyć - zaspali, a po wejściu panie obsługujące odkryły, że brakuje kilku stołów. Tak trzeba było poruszyć niebo i ziemię w dzień wesela, żeby goście mieli przy czym siedzieć. Nie chcecie znać szczegółów mojej rozmowy z Panem, z którym podpisywaliśmy umowę o wynajem sali!
- U kosmetyczki słuchałam audycji w Dzień Dobry TVN o przygotowaniach weselnych. Takie niezaplanowane podsumowanie, co zrobiliśmy, a czego nie.
- Wyfryzurowana i wymalowana wracałam samochodem do mieszkania i płakałam jak bóbr. Chyba jednak się trochę denerwowałam.
- Do ślubu wyjechaliśmy za wcześnie i krążyliśmy po mieście niczym para królewska chyba ze 20 minut. Dla mnie to wtedy była wieczność. Dla zabicia czasu psikałam się po rękach sprayem z brokatem. W domu zapomniałam tego zrobić.
- Kiedy zaczął się ślub, życie przeleciało mi przed oczami. Czułam, że się duszę i zastanawiałam się, czemu ktoś zamknął drzwi od sali, skoro ja chcę wyjść! Omal nie podskoczyłam z radości, kiedy to mój Mąż pierwszy mówił przysięgę. Gdybym miała to być ja (a totalnie zapomniałam, kto zaczyna), zalałabym się łzami i nie powiedziałabym ani słowa. Tak przynajmniej miałam chwilę, żeby się w myślach uspokajać. Nawet nie wiem, czy mój Mąż się pomylił i co mi obiecał.
- Kiedy podjechaliśmy pod salę weselną, poczułam się strasznie głodna. Chciałam jak najszybciej zasiąść do rosołu. Ale nie! Bo Kamerzysta się musi ustawić, bo trzeba gości powitać… A mnie w głowie było tylko jedno: jeeeeść!
- Podczas pierwszego tańca DJe wystrzelili konfetti. I chociaż sama ustalałam, w którym momencie piosenki ma to być zrobione, to i tak się wystraszyłam i potknęłam o koło w sukni.
- Kiedy wyjeżdżaliśmy na sesję fotograficzną, zaczęło padać i musieliśmy na szybko zmieniać plany, o czym jeszcze wspomnę.
- Tort przywieźli godzinę wcześniej i musieliśmy go podać jeszcze przed 11
- O godzinie drugiej w nocy, kiedy puścił nas stres i za dużo wódki polało się w kieliszki, poczuliśmy się z Mężem tak zmęczeni i senni, że musieliśmy opuścić wesele. A kiedy wróciliśmy do domu i kładliśmy się spać, rozbolały nas żołądki. Tak to w efekcie o piątej nad ranem piliśmy miętę i oglądaliśmy prezenty.

Co było według mnie nietypowego?

- całość zorganizowana w 4 miesiące i to na wrzesień - miesiąc, kiedy sezon ślubny jeszcze trwa i wolne terminy nie są tak oczywiste,
- nie mieliśmy motywu przewodniego - wszystko dobierane na wyczucie,
- własnoręcznie zrobione zaproszenia i winietki: zaproszenie każde inne, winietki już jakoś bardziej podobne do siebie,
- wódka weselna własnej roboty Teścia i zamiast wina - pigwówka domowego wyrobu cioci mojego Męża,
- nie mieliśmy szampana na przywitanie gości,
- nie robiliśmy „obchodu” po gościach po dwunastej, tylko obfotografowaliśmy ich przy składaniu życzeń, kiedy jeszcze ładnie wyglądali,
- w zasadzie większość obsługujących nasze wesele (czyli fotograf, kamerzysta, DJe, fryzjerka) to byli znajomi, którzy pracują w branży, a przy okazji bawili się na naszym weselu; nawet do ślubu wiózł nas Kuzyn mojego Męża swoim własnym autem,
- ślub braliśmy w USC przy przekochanej Pani Urzędnik, która kazała naszym Rodzicom wspierać nas finansowo J ,
- wesele zorganizowaliśmy w remizie, ale było tak fajnie jak w niejednym domu weselnym,
- tort był zamawiany całkowicie w ciemno, a okazał się najpyszniejszy na świecie!
- sesję ślubną mieliśmy w garażu poziomowym i w galerii handlowej, z której próbował nas przegonić Pan Ochroniarz, ale nasz Kamerzysta przekonał go, że to dobra reklama tejże galerii (miał być wieczorny spacer po rynku, ale zaczął padać deszcz i trzeba było coś wymyślić, jak już wspominałam),
- nie zapraszaliśmy gości „po uważaniu”, ale według tego, kto faktycznie jest dla nas ważny i z kim chcielibyśmy spędzić ten dzień - bo kto ma się obrazić, to i tak to zrobi.

Kilka rad dla przyszłych Panien Młodych:

Nie róbcie wszystkiego same czy tylko wraz z Narzeczonym. My tak właśnie wzięliśmy całość przygotowań na własne barki i w piątek przed ślubem mieliśmy ochotę wszystko odwołać. A jeszcze ten telefon kucharki w sobotę rano! Nie… Zatrudnijcie do pomocy rodzinę, przyjaciół. Kogoś, na kim możecie polegać.

Dajcie sobie czas na przygotowania. 4 miesiące to czyste szaleństwo! I to jeszcze w momencie, kiedy nie korzysta się z gotowej sali weselnej, tylko wszystko po kolei załatwia: kucharkę, dekoratorkę itd. A kiedy w środę przed ślubem zadzwoniłam do dekoratorki, żeby zapytać, kiedy przyjedzie ustroić salę, a ona mi na to odpowiedziała, że nie ma dla mnie przygotowanej dekoracji, bo nie podpisałyśmy umowy (no, ale ustalałyśmy szczegóły mailowo! no cóż) - uwierzcie mi, stanęło mi serce! Dobrze, że się kobieta ulitowała i ogarnęła temat, jeszcze z nawiązką.

Na pierwszym miejscu stawiajcie Wasze oczekiwania, nie innych. Ja byłam bardzo rozczarowana podejściem niektórych, i to z grona najbliższych, do tematu naszego ślubu. Myśleliśmy z Mężem, że każdy się będzie cieszył i nas wspierał, a zamiast tego spotkaliśmy się z wymaganiami, skargami i fochami. A to przecież miał być nasz dzień! Koszmar…

Życzę bezstresowych przygotowań Przyszłym Pannom Młodym!

Jeszcze przed - nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać.

Sesja z gośćmi - jedno z ujęć.

Mitsubishi Galant - mój Mąż innym autem do ślubu by nie pojechał.

Sławne konfetti.

Garażowa część sesji.

W galerii.

W galerii 2.

W galerii 3.

Pyszny wiśniowo - śmietankowy tort na bitej śmietanie.

Od prawej - wódka i pigwówka udająca wódkę.

Nasze winietki.

Chcę już do domu!


Kilka zdań od NPM:
Jestem pod wrażeniem tego, że pomimo prawie dwóch lat od ślubu Weronika tak dokładnie pamięta ten dzień. A to dzień ślubu, który umiem sobie dokładnie wyobrazić jako mój: nieprzespane pół nocy, łzy bez powodu (lub na samą "myśl"), stres podczas przysięgi, przedwczesne zmęczenie.
Jestem pełna podziwu dla umiejętności (i pewnie oceanu spokoju) zorganizowania ślubu i wesela w tak krótkim czasie. Z wykorzystaniem pomocy bliskich ludzi, samodzielnym dopracowywaniem szczególików, doskonałym podejściem do zapraszania gości. Uwielbiam takie historie i uwielbiam sposób w jaki mnie rozleniwiają :)
I strasznie podobają mi się rady Weroniki, jest czego słuchać :)

9 komentarzy:

  1. Coś wspaniałego! Z jednej strony brzmi jak koszmar, ale z drugiej jest w tym coś hmm magicznego? Nie wiem, jak to do końca ująć. Ale rady na przyszłość na pewno wezmę do serca. Ciekawy pomysł z własną wódką i weselem w remizie (hmmm, to jest myśl!). A winietki mi się baardzo podobają - takie proste, ale urocze, naprawdę ładne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję - o tak, przy robieniu winietek i zaproszeń miałam świetną zabawę!

      Usuń
  2. nigdy się nie przyzwyczaję do tego że do USC kobiety idą w białych sukienkach jak do kościoła.... ale to rzecz światopoglądu w głowie...
    ale komentarz Pani udzielającej ślubu, że wam dorosłym, którzy wchodzą w związek małżeński mają pomagać finansowo? Matko! Mój M chyba by padł na miejscu jakby coś takiego usłyszał - przecież to jest mężczyzna, głowa rodziny, którą właśnie zakłada i to on powinien zarabiać a nie jeszcze ciągnąć kasę od rodziców/teściów... i przede wszystkim nie mając niezależności finansowej i miejsca do mieszkania (nie kątem u rodziców/teściów) w życiu by się nie zdecydował na ślub.... dla mężczyzny to poniżające kiedy musi prosić o kasę inne osoby i przez to nigdy nie będzie czuł się męsko, a przy tym szczęśliwy i spełniony... Nie możesz utrzymać rodziny - nie żeń się! proste

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga anonimowa komentatorko - akurat my sobie świetnie radzimy sami i nikt nie musi nas utrzymywać, a urzędniczka powiedziała to, nie znając naszej sytuacji finansowej. Pewnie chciała byc miła i tyle :)

      Usuń
  3. Dla mnie to by nie było miłe wspomnienie tylko koszmar... Ja daję sobie na organizację 2,5 roku (wiadomo, że wszystko będę ogarniać raczej rok przed), ale mam mnóstwo czasu na przemyślenie wszystkiego i dopracowanie, dzięki czemu będzie to idealny dzień i wszystko na spokojnie. Bo tak będzie. Jak się chce to się da. Wybacz autorko tekstu, ale dzień twojego ślubu to koszmar i pasmo niepowodzeń. Młodzi o 2 poszli spać, a goście co bawili się dalej? Wódka własnego wyrobu? Nie bałaś się, że potrujesz ludzi? O innych rzeczach już nie wspomnę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie bałam się, bo wódkę robiła osoba, która doskonale zna się na swojej robocie i wódka smakowała gościom o niebo lepiej, niż taka ze sklepu. Nie piłaś jej, a na moim weselu nie byłaś, więc nie oceniaj książki po okładce. To, że ze ślubem mieliśmy niezły stres, nie oznacza, że był pasmem niepowodzeń! Wręcz przeciwnie - uważam go za najpiękniejszy dzień w życiu i to dlatego wystąpiłam w Galerii Niepoprawnych Panien Młodych, żeby się nim pochwalić, a nie narażać na krytykę!

      Usuń
  4. Moim zdaniem to wszystko kwestia gustu.
    My na organizację mieliśmy/mamy 10 miesięcy i myślę, że to w sam raz. Fakt - naszą wymarzoną salę udało Nam się CUDEM dostać (rezygnacja z terminu przez żałobę narzeczonych), ale z całą resztą kłopotu nie mieliśmy ;) zamówiłam zespół, fotografa, kamerzystę i sukienkę i od grudnia generalnie tematu nie ma :)
    Wrócimy do niego w kwietniu - kiedy będzie trzeba wręczyć zaproszenia :)
    Pomagają Nam moi rodzice i teściowie - koszty podzieliliśmy na 3 i nie widzę NIC ZŁEGO w tym,że dają Nam pieniądze. Jesteśmy dorośli i samodzielni - fakt,ale Oni są rodzicami i to oczywiste,że chcą mieć udział w weselu swoich dzieci. za to śmiało mogę powiedzieć,że współczuję Twoim. :)
    Planowanie wesela na 2,5 roku wcześniej? To jest dopiero szajba - przez ten czas to rozstać się dwa razy można :-)

    Jedyne czego nie chciałabym doświadczyć to opuszczenie wesela o 2 - na swoim planuje bawić się do 7 conajmniej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, ja wiem, że rodzice chcą mieć wkład w wesele swoich dzieci. To sprawa dogadania się, a uwierz mi - nie każdy ma w tej kwestii z górki i niejedna panna młoda przy mnie płakała o różne sprawy rodzinne, których doświadczyła przy okazji własnego ślubu.

      Usuń
    2. No to napewno. Mało tego - powiem Ci szczerze,że ja sama też nie raz mam ochotę się rozplakać. I to zrobiłam. Bo nie umialam dogadać się z mamą i przyszłą teściową. Bo denerwował mnie ich komentarze, które moim zdaniem były całkowicie bez wyczucia i nie na miejscu. I miałam ochotę wyemigrował na koniec świata i w nosie mieć te wesele!

      Usuń