sobota, 23 sierpnia 2014

9 miesięcy do ślubu, czyli nie ma ślubu bez podróży

9dades
SD: Przyjadę do Wrocławia po Twoim ślubie.
NPM:  Po moim ślubie? To cała wieczność.
SD: Nie. 9 miesięcy? 8?
NPM: 9, cały rok akademicki.
SD: Ciąża.
NPM: Jak rożne mamy postrzeganie świata ;)

9 miesięcy to dużo i mało zarazem. Mało, bo zamiast przeglądać ślubne inspiracje, zbierać siły do pisania na blogu, to ja czytam 16 powodów, dla których powinieneś wyjechać w podróż dookoła świata. Dużo, bo ciągle mi się wydaje, że na wszystko mam czas.

Nadal leczę się z "depresji" po wakacjach i przyzwyczajam do codzienności, która w takim czasie mało mnie cieszy i kompletnie nie kręci. Sercem i praktycznie każdym zmysłem jestem daleko stąd. I wybaczcie, ale na 9 miesięcy do ślubu będę Wam pisała jedynie o podróżach-  nadal jednak w kontekście ślubu i wesela ;)

Podczas wakacji byłam w Chorwacji i we Włoszech. Dwie z odwiedzonych miejscowości wywarły na mnie duże wrażenie (jedna po raz kolejny) i o każdej jeszcze osobno powstanie wpis :) Pierwsza to Beli, miasteczko na wyspie Cres. Tak zachwycające, że z moim PM (tu zgadzamy się jak w niczym innym) nie mieliśmy sił podnosić opadających szczęk. Całe z kamienia, umiejscowione na skalistym wzniesieniu, z zachwycającym widokiem na morze. Stare, miejscami rozpadające się, jedno z najpiękniejszych jakie widzieliśmy w życiu. Miejsce idealne, tuż obok naszych Tatr, na ślub za granicą i w plenerze. Co tam plaże i złoty piasek - Beli to coś, co mnie zachwyca. Miejsce numer dwa: z opadającym tynkiem, z najpiękniejszymi balkonami świata, które wyglądają tak, jakby miały za chwilę urwać się i spaść, z doskonale kolorowymi kamieniczkami, z tysiącem mostów, najlepszą pizzą w Europie i wodą na placu św. Marka sprawiającą, że z daleka plac wygląda jak pokład Titanica (serio!), a mnie marzy się sesja ślubna tam - obowiązkowo w kaloszach (módlmy się o wodę!). Zapewne już każdy z Was domyślił się, że chodzi o Wenecję. Tak przereklamowaną i obfotografowaną przez fotografów ślubnych, że aż "wstyd" nie wymyślić czegoś oryginalniejszego, a jednocześnie kuszącą jak żadna inna wizja sesji zdjęciowej.

Jestem osobą, która uwielbia tysiąc rzeczy na raz, ma problemy z podjęciem decyzji (o ile się nie zakocha) i jest święcie przekonana, że za rok od ślubu swój idealny ślub wyobrażałaby sobie troszkę inaczej. Wiem też, że jeden raz w życiu będę miała okazję zorganizować jakieś wesele, że więcej takich okazji nie będzie i bardzo bym ich nie chciała (nic nigdy nikomu nie narzucać). Swoją szansę ma się raz w życiu i warto z niej skorzystać najlepiej. Dlatego mam świadomość, że kameralne wesele by mi nie wystarczyło, brakłoby na nim miejsca na tysiące moich innych pomysłów. Z drugiej strony... Szalenie kusi mnie wizja dwóch ślubów: większego kościelnego i mniejszego, z wyprzedzeniem, cywilnego. We dwoje lub w maks 10, w pięknym miejscu (jak Beli) i jak najdalej od świata. Kusi tak bardzo, że aż grzechem byłoby tego marzenia nie spełnić...

Jeszcze nie zanudziłam Was wątkiem podróży? No to czas na Meksyk - podróż poślubną. Podróż o której wszyscy wiedzieli, ale traktowali jak fanaberię i nierealne marzenie. Bo przecież jest masa ważniejszych rzeczy do zrobienia, a po ślubie trzeba być odpowiedzialnym i oszczędzać pieniądze na poważne życie. Serio? Dla mnie to brzmi jak największa ślubna bzdura :) Bo nie ma ślubu bez Meksyku i Meksyku bez ślubu, nigdy.

6 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Ślub jak ślub, ale za to wesele! ;)

      Usuń
  2. My chcemy jechać do Nowej Zelandii, i też nie wszyscy traktują to poważnie ("A nie lepiej wykupić sobie wycieczkę do Paryża?")

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziwne trochę, bo budżet zupełnie inny - skoro Was stać na drugą półkulę, to sugerowanie Paryża jest równie sensowne, jak proponowanie pomidorowej zamiast szampana z kawiorem i foie gras ;-)

      Usuń
  3. Oby Ci się udało wyjechać w tą wymarzoną podróż,trzymam kciuki ;)!

    OdpowiedzUsuń
  4. zdecydowanie Nowa Zelandia :)

    OdpowiedzUsuń