środa, 22 lipca 2015

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Natalia

Historia Natalii:
(i ścieżka dźwiękowa do historii - klik)


Nasz związek był od zawsze związkiem na odległość. Gdy postanowiliśmy spróbować, Bartek właśnie wyjeżdżał na półroczne praktyki zagraniczne, po których przewidziane miał  studia magisterskie w Liechtensteinie. W ten sposób praktycznie cały Ślub i Wesele zostały zaplanowane via Skype. Przygotowania trwały 10 miesięcy. W sierpniu powiedzieliśmy Rodzicom o naszych zamiarach. Najtrudniejszy  był początek: Musieliśmy przekonać ich do  Wesela w pół plenerze, na dodatek w stodole należącej do moich przyszłych Teściów. 
Pomysł na Ślub w Woliborzu zrodził się w mojej głowie, jeszcze zanim zostałam Narzeczoną. Pamiętam, że był początek listopada 2013 roku, Bartek zabrał mnie na weekend do domu swojego Dzieciństwa i pierwsza myśl jaka zaświtała w mojej głowie to właśnie ta: „idealne miejsce na nasze Wesele”. Parą byliśmy raptem od lutego. Gdy Bartek, 3 miesiące później, poprosił mnie o rękę, dokładnie wiedziałam, gdzie odbędzie się nasz Ślub.
Mój pomysł nie został dobrze przyjęty zarówno przez Teściów, jak i moich Rodzicieli. Widzieli mnóstwo przeszkód, których z Bartkiem nie braliśmy pod uwagę. Cała logistyka, zakwaterowanie gości, problem sanitariatów i zaplecze kuchenne były wystarczającym powodem, aby nam odmówić. Nie daliśmy za wygraną i po wielu bataliach postawiliśmy na swoim. Wesele miało mieć wiejski, tradycyjny charakter.
Przez te kilka miesięcy przygotowań realizowałam sukcesywnie nasze wszystkie pomysły. Przetwory (dynia, gruszka, papryka marynowana, ogórki kiszone i konserwowe, żurawina) były robione przez Mamę i przeze mnie. Od października do maja lepiłam, malowałam i wypalałam półmiski, miseczki, patery, które zostały użyte na truskawki, sery i ciasta. Słoiczki obklejone koronką, które posłużyły za lampiony, wazoniki w kościele i na stołach, to też wynik systematycznej pracy. Zaproszenia od początku do końca zaprojektował Bartek, naszkicował dom w Woliborzu, a także Kościół, w którym się pobraliśmy. Sami je drukowaliśmy, składaliśmy i kleiliśmy koronki. Teść wziął na siebie koordynację „spraw woliborskich”( malowanie domu, wyrównanie terenu pod namiot, wyczyszczenie stodoły etc.) Teściowa zajęła się szukaniem noclegów dla Gości. Co tydzień jeździliśmy w dwie Rodziny sprzątać dom, który ostatnimi czasy nie był zbyt często odwiedzany. Pomimo tego,  że mnóstwo spraw zostało odhaczonych dużo wcześniej, najwięcej pracy czekało nas na 1,5 tygodnia przed uroczystością.
Kwestią, która niepokoiła nas najbardziej było czy namiot będzie mógł stanąć na zaplanowanym miejscu. Panowie z Ecodynamic spisali się wyśmienicie. Wreszcie zaczęły się przygotowania pełną gębą! Kolejne mycia stodoły, szykowanie dekoracji, rozwieszanie girland, moskitier, hamaków, ustawianie ław, szykowanie stołów,  drapowanie tiulu zamiast obrusów, ozdabianie i stemplowanie (Bartek sam zaprojektował i wyciął pieczątki) słoiczków z żurawiną, które posłużyły za winietki i upominki dla gości, mycie koryt, w których na słomie leżała wódka z lodem, plecenie wianków dla panienek, rożki na płatki, kostki słomy…
Sam dzień Zaślubin był przepiękny, pogoda dopisała jak nigdy - Rodzina i Znajomi znający Wolibórz zgodnie stwierdzili, że tak ciepła noc na początku czerwca jest tam zupełnie niespotykana. Co się tyczy Pary Młodej - byliśmy niezwykle radośni i przeszczęśliwi. Wszystko wydawało mi się najpiękniejsze, idealne, takie jak sobie wymarzyliśmy i zaplanowaliśmy. Dziewczyny przepięknie przystroiły Kościół. Msza Święta była bardzo tradycyjna, ze starymi pieśniami, oraz wspaniałą oprawą muzyczną.  Zawdzięczamy to Ciociom i Kuzynostwu, które zgodziło się grać nam w trakcie ceremonii. Ze Mszy Św. nie pamiętamy zbyt wiele, ale na samą myśl o niej wciąż odczuwamy głęboką radość, która towarzyszyła nam podczas składania przysięgi.  Błogosławił nam mój Proboszcz, człowiek o gołębim sercu, który zna nas od lat i z wielką radością towarzyszył nam w tym dniu.
Wesele było też niezwykle udane. Parkiet nigdy nie pustoszał, muzyka była zróżnicowana, a my z Panem Młodym wytańczyliśmy się za wszystkie czasy. Mimo 150 osób panowała atmosfera rodzinnego spotkania, a człowiek czuł się tak jakby wszystkich znał (relacje Gości).
Z racji tego, że do Ślubu Bartek mieszkał w Szwajcarii, ja w Polsce, nie było możliwości byśmy uczęszczali na jakikolwiek kurs tańca. Kilka miesięcy przed Weselem wpadliśmy na pomysł. Skoro zależy nam na polskim Ślubie i polskich akcentach, dlaczego by nie zatańczyć Poloneza. W czwartek 4.06 moja Mama pokazała nam kilka figur, ustawiła inne pary (Rodzeństwo i Kuzynostwo), które po kilku taktach pojawiały się nagle za Parą Młodą. Zamysł był taki, żeby po naszym występie dołączyła reszta Gości. Wyszliśmy z namiotu i zeszliśmy po trawie do samej granicy posesji. Wyglądało to przepięknie.
Jeśli chodzi o prezent dla Rodziców to Bartek zaprojektował album, w którym zestawił zdjęcia rodzin Szeptyckich i Kowali, a także nas samych w podobnych sytuacjach, na przestrzeni naszego całego życia. Oprócz tego mieliśmy film z podziękowaniem (link do filmu).
Nasz Catering spisał się na medal, prawie ze wszystkim sobie poradził, a jedzenie było wyśmienite. Ryzykowaliśmy i my i oni. To było ich pierwsze tego typu przedsięwzięcie na tak dużą skalę. Postawiliśmy na jakość i nie żałujemy. Szynki, kiełbasy, smalec - wszystko domowej roboty. Nie było smętnego siedzenia za stołem, krzyków "gorzko, gorzko" w ramach dodatkowych atrakcji dla weselników. Była zabawa do upadłego. Pod koniec część młodzieży przebrała się w stroje ludowe, które moja Mama przywiozła jako dekoracje. My z Panem Młodym skończyliśmy o 7.30. Bawiliśmy się wyśmienicie. Efekt przerósł nasze najśmielsze oczekiwania. Myślę, że Goście też byli zaskoczeni. Do tej pory słyszę, że to było najwspanialsze Wesele na jakim się bawili. A ponieważ jestem perfekcjonistką, wiem, że gdybym miała choć jeden dzień więcej, dopięłabym wszystko na ostatni guzik. A tak wkradło się trochę improwizacji, ale nie żałuję.

Co wg nas było nietypowe?
Wszystko zorganizowaliśmy sami - 90% DIY, nawet ceramika.
TO MY W 100% byliśmy gospodarzami - Wesele odbyło się „u nas” w domu letniskowym zupełnie nieprzystosowanym do tego rodzaju imprez, sami wynajęliśmy namiot, stodoła była nasza :)
Zrobiliśmy je dokładnie tak jak chcieliśmy, bez względu na opinię innych, nawet Rodziców.
Koronkowe poduchy, wypchane słomą, z których powstały siedziska, to wyprawa ślubna mojej Babci.
Błogosławieństwo odbyło się na świeżym powietrzu.
Nie mieliśmy kotylionów - stemplowaliśmy tych Gości, którzy się zgodzili :)
Każda panna miała wianek.
Nasz DJ nie grał disco polo, nie było ani jednej takiej piosenki.
Słodki stół był powstał wyłącznie z myślą o dzieciach, fakt, stał się też ulubionym miejscem  niektórych dorosłych.
Nie mieliśmy  szampana, toast wznosiliśmy nalewkami (homemade), wódką i winem.
O 23.00 mieliśmy mini koncert HooDoo Band.
Mieliśmy przygotowane girlandy z żarówek, ale stwierdziliśmy, że nie ma co przeginać i postanowiliśmy ich nie wieszać :)
Cała Rodzina była zaangażowana i wszyscy z chęcią brali udział w przygotowaniach.

Nasza Rada
Korzystajcie z pomocy Waszych najbliższych, postarajcie się zaangażować każdego, dać zadanie, w którym się odnajdzie. Wspólna organizacja niesamowicie scala i łączy Rodziny.  Potem każdy czuje się częścią takiego przedsięwzięcia i zupełnie inaczej przeżywa Ślub i Wesele. Według nas najwspanialsze w całym przedsięwzięciu było to, że wszyscy musieli i chcieli się zaangażować, to, że nasze rodziny poznawały się w każdy weekend (na długo przed Ślubem) przy sprzątaniu Woliborza. No i w końcu to, że tydzień przed Ślubem spędziliśmy na miejscu, walcząc z przeciwnościami losu, jedząc wspólne posiłki, przygotowując dekoracje. W dniu uroczystości już byliśmy Rodziną.

Zdjęcia: Lucky in love































Dla nienasyconych: więcej zdjęć znajdziecie na blogu Lucky in love - o tu :)

Kilka słów od NPM:

Mam nadzieję, że podobnie jak ja, zakochaliście się w Natalii :) To pierwsza Panna Młoda do której to ja wysłałam wiadomość z pytaniem czy zaszczyciłaby GNPM swoją obecnością :) I jest (jupi!)!
Ja jestem nią i jej/ich! ślubem oczarowana do tego stopnia, że oglądam te zdjęcia na śniadanie, obiad, kolację i zaskakując samą siebie – potwornie się wzruszam :)
Dla mnie to ślub perfekcyjny w ten najpiękniejszy sposób, bez sztuczności i nadęcia. Z czystą radością i ogromem miłości. Mnie wręcz brakuje słów, aby opisać jak niesamowite jest to wszystko. Te wspólne przygotowania i cotygodniowe prace, te własnoręcznie wykonane przedmioty (lepione naczynia!), ta dbałość o każdy detal i świadomość, że zrobione własnoręcznie i razem ma wartość, którą nie sposób opisać.
I tak na marginesie... Tak wyglądają wesela w stodole. Prawdziwie rustykalne, prawdziwie polskie, prawdziwie zachwycające.

16 komentarzy:

  1. Pięknie :) Sama chciałam coś w podobie jednak nie miałam gdzie zorganizować czegoś takiego. Gratulacje i brawo za tak wspaniały dzień :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Suknia rewelacja! Gratulacje. Uwielbiam oglądać zdjęcia ze ślubów :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurczę, wzruszylam się :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. coś cudownego! i suknia zachwycająca :)

    OdpowiedzUsuń
  5. moje klimaty! Cudowne wesele!

    OdpowiedzUsuń
  6. Jestem pod wrażeniem - ogromu pracy włożonego w przygotowanie, ogromu rzeczy robionych własnoręcznie (niestety ja mam dwie lewe ręce w tym zakresie,więc tym bardziej podziwiam) no i oczywiście efektu końcowego! Wielkie gratulacje :)

    OdpowiedzUsuń
  7. idealnie!!!! a czy mogłabym dostać jakiś namiar na suknię? :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Suknia byla szyta na zamówienie :)
    Przez krawcową z jednego z wroclawskich teatrów Oczywiscie caly projekt pomyslu pieknej panny mlodej :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Świetny pomysł na ślub.Mam nadzieję że i mnie będzie dane sfotografować kiedyś taki ślub :) Uwielbiam to zdjęcie:

    http://1.bp.blogspot.com/-TrVSG7ey2ts/Va-5wN58iFI/AAAAAAAAEIQ/6Dju4W_gtok/s1600/11.jpg

    OdpowiedzUsuń
  10. Czy to jest suknia od Berty?

    OdpowiedzUsuń
  11. A jaki rodzaj muzyki mieliście? jezeli nie bylo to discopolo :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Gratuluję!!! też chciałam mieć wesele w stodole moich rodziców na gospodarstwie ale niestety pogoda nie dopisała :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń