Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DIY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DIY. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 listopada 2017

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Marta

Poznaliśmy się w listopadzie. W absurdalnie nielistopadowy, słoneczny, ciepły dzień, w obfitujący w absurdalnie tragikomiczne wydarzenia poniedziałek. Poznaliśmy się tam, gdzie raczej mało kto oczekuje spotkać miłość życia – na Tinderze. Ten dzień od początku zapowiadał się mocno nietypowo – wchodząc do biura, zamiast spodziewanej pustki i porządku, zastałam w nim spektakularne ślady imprezy, a ledwo utorowałam sobie drogę do biurka, i dowiedziałam się o co chodzi (szef świętował osobisty sukces), otrzymałam wiadomość, że mój pies został potrącony przez samochód i dochodzi do siebie w klinice (sprawa wyglądała poważnie, ale finalnie nic mu się nie stało). Sporo emocji jak na początek dnia! Jak w każdy poniedziałek, wyszłam z pracy wcześniej, żeby pojechać na uczelnię na konsultacje. Droga zajmuje pół godziny, kiedy wsiadłam do pociągu i uruchomiłam aplikację, ON do mnie napisał. Konto na Tinderze założyłam jakieś 2 tygodnie wcześniej, z ciekawości kogo można tam spotkać, i trochę z nudów (chociaż, kiedy miałam czas się nudzić pracując i studiując dziennie, to pozostaje dla mnie zagadką ;) ) - i przez ten czas poczyniłam sporo ciekawych obserwacji typów ludzkich korzystających z aplikacji, mogłam wręcz bez problemu stworzyć katalog standardowych odzywek i scenariuszy rozmowy. Tu było inaczej, całkiem inaczej!
 

Właściwie, od początku było inaczej – starałam się dobierać na rozmówców, na podstawie zdjęcia i opisu, osoby z interesującymi pasjami, sprawiające wrażenie mających sprecyzowane poglądy, generalnie niesztampowe – to dawało nadzieję na ciekawą rozmowę, po prostu. Z większością wybranych osób aplikacja "parowała" mnie bardzo szybko, a jeśli nie – kompletnie nie zwracałam na to uwagi, wybór rozmówców w końcu był duży. Nie tym razem, Tomek miał najciekawszy profil, jaki widziałam, to była osoba, z którą najbardziej chciałam porozmawiać – a długo czekałam na "połączenie" i możliwości kontaktu – stąd, gdy w końcu to nastąpiło, naprawdę się ucieszyłam. Jak wspomniałam, przejazd pociągiem to jakieś pół godziny, potem 15 minut dojścia na uczelnię... cóż, w tym czasie z etapu "podstawowe wiadomości o sobie" zdążyliśmy płynnie przejść na etap dyskusji o polityce i ulubionych reżyserach – i to był pierwszy moment, kiedy poczułam, że dzieje się coś mocno niebywałego, bo mam raczej niepopularne poglądy na wiele spraw, i nie zdarza mi się spotykać ludzi, którzy mają je bardzo zbliżone – a raczej się nie zdarzało, aż do tamtego dnia. Następne półtora tygodnia pamiętam jak przez mgłę, a jednocześnie bardzo intensywnie – przez cały ten czas nie wypuszczałam z ręki telefonu, rozmawialiśmy cały czas, o wszystkim, coraz bardziej się zdumiewając i coraz częściej komentując poruszony temat prostym "to po prostu NIEMOŻLIWE, żeby istniał ktoś, kto też tak myśli!". Było to mocno surrealistyczne, pisać ze sobą po 16-17 godzin dziennie i zasypiając, czekać tylko na kolejny dzień, by znów móc porozmawiać.
 

Dzieliła nas spora odległość – to zresztą kolejna historia z kategorii niewykonalne zbiegi okoliczności. Ja jestem z Katowic, mąż pochodzi spod Olkusza, ale całe dorosłe życie spędził w Krakowie, i gdyby tam pozostał, nigdy byśmy się nie spotkali... bo zasięg aplikacji wynosi 50 kilometrów, a Kraków od Katowic jest oddalony o 80. Ale, PRZYPADKIEM, którego wyjaśnić nie sposób, dokładnie w czasie kiedy decydowałam się na założenie Tindera, Tomek podjął decyzję o tymczasowym powrocie w rodzinne strony, oddalone ode mnie o 50 kilometrów właśnie – i tylko dzięki temu mieliśmy szansę się odnaleźć i zacząć rozmawiać! Inna niemożliwa do wyjaśnienia sytuacja to to, że oboje mieliśmy swoje kryteria doboru rozmówców na Tinderze – ja pisałam tylko z tymi, którzy poprawnie rozpoznali piosenkę którą miałam w opisie, mąż z zasady nie pisał do Ślązaczek – dość powiedzieć, że oboje tych "testów" nie zdaliśmy, i oboje mimo wszystko zdecydowaliśmy się napisać do drugiej osoby – ot, przypadek.

Jestem fanką "Z Archiwum X", w czasie kiedy ze sobą pisaliśmy, z zapałem je oglądałam – jednym okiem, drugie mając utkwione w telefonie – i nigdy nie zapomnę narastającego z każdym odcinkiem wrażenia, że nadprzyrodzone sytuacje, przeznaczenie i inne takie historie jednak się ludziom przydarzają (a przeżyłam 23 lata jako raczej racjonalna sceptyczka i agnostyczka wyśmiewająca wszelkie romantyczne historie :D)
 

W końcu, po półtora tygodnia który wydawał się być wiecznością, spotkaliśmy się. Tomek przyjechał (pierwszy raz w życiu!) do Katowic, ja pokaźnie się spóźniłam – OCZYWIŚCIE był to dzień największych korków, jakie w życiu widziałam. Takie pierwsze spotkania zdarzają się raczej w bardzo kiepskich romantycznych filmach, których oglądaniem raczej się nie kalam, ale w rzeczywistości też się zdarzyło – podeszłam, przedstawiliśmy się sobie, i z mocnym zdumieniem oraz brakiem pewności, co właściwie widzę, miałam okazję zaobserwować jak mojego przyszłego męża strzela przysłowiowy grom z jasnego nieba, tudzież inna strzała Amora (sam twierdzi, że niewiele pamięta z tego spotkania, bo całą energię skierował na zachowywanie pozorów normalnej rozmowy i koncentrację uwagi :D ). Jako, że była to moja pierwsza prawdziwa randka, i jako że jestem raczej mistrzynią gaf i miniaturowych katastrof, zadecydowałam, że idziemy do mojej ulubionej, odrapanej i mocno specyficznej w wyrazie knajpy (nomen omen, o nazwie Absurdalna), a na romantyczną kolację zamówiłam...pół kilo frytek, które następnie pożarłam, pomagając sobie rękami, ponieważ zawsze tak robię – cóż, przynajmniej przełamywanie pierwszych lodów poszło szybciej, niż błyskawicznie :D Generalnie nie bardzo umiemy opisać, co się wydarzyło na tym spotkaniu, bo z racjonalnego punktu widzenia jest to niemożliwe – przez 3 godziny spędzone w knajpie, udało nam się szeroko omówić właściwie całe życiorysy, z milionem dygresji, i z tym że dwukrotnie wyciągałam laptopa, by pokazać (i szeroko opisać) jakiś projekt włącznie. Zbliżała się godzina 20, zbliżał się ostatni bus, który mógł zabrać Tomka do domu – więc z mocnymi oporami zebraliśmy się w kierunku przystanku. A tam... Okazało się, że rozkład został zmieniony, i ostatni bus już odjechał! Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w życiu się tak śmiała, jak wtedy kiedy chodziliśmy godzinami po ciemnych katowickich uliczkach, w mrozie wczesnego grudnia, usiłując znaleźć jakieś rozwiązanie tej sytuacji (najbardziej oczywiste, i na które miałam największą ochotę, czyli po prostu BIORĘ CHŁOPA DO DOMU, niestety nie wchodziło w grę, gdyż mieszkałam z liczną i mocno konserwatywną rodziną). Po dłuuugim czasie transport – mocno okrężną drogą – został znaleziony, a ja poszłam do domu, z surrealistycznym wrażeniem że, po pierwsze, nie wiedziałam że zakwasy od śmiechu można mieć na całym ciele, i po drugie, że pierwszy raz w życiu spotkałam istotę swojego gatunku.

Generalnie jestem raczej dziwakiem (żeby nie powiedzieć wprost, totalnym kosmitą, mającym problem z ogarnięciem relacji międzyludzkich i z podejmowaniem decyzji), więc pojęcie sytuacji, i decyzja o "normalnym związku", zajęła mi zawrotny, w naszej skali, miesiąc – a w czasie kiedy ja snułam oderwane od rzeczywistości rozważania, Tomek obmyślał szczegółowy plan działania. Jeździliśmy do siebie, nagle odkryłam że warto jechać 30 km pociągiem z Gliwic do Katowic, potem 40 busem z Katowic do Olkusza, a potem jeszcze 10 samochodem, tylko po to żeby razem spędzić popołudnie, przespać się i następnego dnia ruszyć w drogę powrotną – i tak minął nam grudzień i styczeń. W lutym wybraliśmy się do kina, po nim jak zwykle, podeszłam jeszcze na chwilę z Tomkiem na parking, by pogadać w aucie zanim odjedzie. Siedliśmy i zaczął opowiadać mi historię – jak to, będąc w liceum w Niemczech, poszedł kupić dla znajomych pamiątki, i pomiędzy drobiazgami zobaczył pierścionek, który z miejsca mu się spodobał, i postanowił że kupi go i schowa, by kiedyś dać swojej przyszłej żonie – tak też zrobił, i na przestrzeni kolejnych 10 lat, mimo różnych relacji z różnymi dziewczynami, nigdy żadnej nie chciał go dać – aż poznał mnie. Przysięgam, brzmi jak wiadro lukru, jak wymysł autorki harlequinów, ale w tym momencie opowieści sięgnął do kieszeni, wydobył pierścionek, ja na niego spojrzałam, zdążyłam tylko pomyśleć "matko, jaki piękny, sama bym sobie taki kupiła" (nie noszę żadnej biżuterii oprócz piercingu) i już miałam to cudo na palcu. W tym momencie zapadła cisza, oboje zajęliśmy się rozkminianiem, jakim cudem pasuje idealnie, jak robiony na wymiar, a mam wielkie niekobiece łapy i rozmiar pierścionka 19. Kolejny z listy PRZYPADKÓW wyglądających jak starannie uknuty plan, tylko czyj? Zagadka, jakie skrzaty czy też inne chochliki ułożyły tą szaleńczą wersję bajki o Kopciuszku pozostaje niewyjaśniona do dziś, ale pierścionek zlał się z moim palcem w integralną całość i tak sobie żyją :)


To była połowa lutego, nie planowaliśmy brać ślubu w najbliższej przyszłości (w sumie to oboje zawsze byliśmy wrogami instytucji małżeństwa), chcieliśmy zamieszkać sobie po prostu razem i patrzeć, co dalej się będzie działo w naszej absurdalnej bajce. Minęły zawrotne 3 tygodnie (miałam wtedy wrażenie że każdy dzień jest jak tydzień, i biorąc pod uwagę dynamikę wydarzeń, faktycznie tak było :D ) kiedy – przy okazji świętowania Dnia Kobiet udziałem w Manifie – uznaliśmy, że skoro oboje jesteśmy przekonani, że trafiliśmy na siebie nie przypadkiem, i chcemy żyć razem – no to weźmy i się hajtnijmy! Jeszcze w tym roku, no bo po co i na co czekać. W sumie najbardziej zdziwieni byliśmy, że tak późno na to wpadliśmy (3 miesiące po pierwszej randce, kawał czasu :D ). Od początku było jasne, że ślub jest dla nas – chcieliśmy wziąć go tylko w towarzystwie świadków, jednak zdecydowaliśmy ostatecznie o małym przyjęciu dla najbliższych. Min naszych rodziców, słyszących że chcemy się pobrać przed pierwszą rocznicą spotkania, nie zapomnę nigdy – ale nasze szczęście udzieliło się chyba wszystkim, bo znieśli to dzielnie :D. Wybór sali zajął nam 5 minut – od razu zakochaliśmy się w klimatycznej, industrialnej Restauracji Smak Róży w Katowicach, maila z prośbą o podanie wolnych terminów wysłałam do jej właścicielki jeszcze tego samego dnia – większość sobót była pozajmowana, ale wtedy spojrzałam w kalendarz i zauważyłam, że w październiku 13 przypada w piątek – decyzja była prosta! I tak zadecydowaliśmy, że bierzemy ślub w piątek 13, najtrudniej było przekonać kierownika Urzędu Stanu Cywilnego, że z niego nie żartujemy :D Nawet mniej czasu zajął nam wybór obrączek – otóż obojgu spodobały się wyłącznie stalowe, niesamowite obrączki ze stali damasceńskiej, z firmy Inne Obrączki. Od początku byłam przekonana, że sukienkę chcę mieć w kolorze butelkowej zieleni – ubieram się tylko na czarno, a ten odcień zieleni uważam za najpiękniejszy kolor świata – na tak niezwykłą okazję idealny. Oboje jesteśmy ludźmi lasu – uwielbiamy kontakt z surową naturą, więc było oczywiste, że las zostaje motywem przewodnim. Zamówiłam na aliexpress sznurki, pieczątki, klamerki, ozdóbki, zaprojektowałam zaproszenia i papeterię, kupiłam sobie złote buty... i tak oto do końca marca mieliśmy właściwie organizację ślubu z głowy i mogliśmy zająć się ważniejszymi sprawami :D Tomek zaczął pracę na Śląsku, zamieszkaliśmy razem, ja zmieniłam pracę, urządzaliśmy się, zaczęliśmy rozdawać zaproszenia – i tak minęła wiosna. W wolnych chwilach dłubałam sobie dekoracje, i poszukiwałam szmaragdowego materiału na sukienkę – misja niemożliwa! Kiedy więc znalazłam w butiku wystrzałową, balową suknię w tym kolorze, zdecydowałam się od razu. Przyszło lato, zapraszanie gości połączyliśmy z podróżowaniem po całej Polsce, wszyscy z coraz większym niepokojem dopytywali, jak tam przygotowania... a my ze spokojem odpowiadaliśmy, że wszystko gotowe, bo obrączki mamy już zamówione! Notabene uważam, że zapraszanie na wesele to rewelacyjny sposób na skondensowane poznanie rodziny i przyjaciół partnera :) W sierpniu uznałam, że jednak na ceremonię chcę mieć delikatniejszą suknię, cudem zdobyłam w outlecie kawałek zielonego materiału w idealnym odcieniu, w ciemno poszłam do przesympatycznej krawcowej – żadnej ślubnej, zwykła starsza pani w niewielkiej pracowni, narysowałam jej co chcę...wyszło lepiej, niż oczekiwałam! We wrześniu uznaliśmy, że jednak chcemy fotografkę na ślub, więc zwerbowaliśmy na tą godzinkę ceremonii młodą, zdolną dziewczynę, którą znalazłam, bo fotografowała koleżankę xD Tort, całkowicie zgodny z naszą wizją, upiekł nam kolega mojego brata, na co dzień...muzyk :D
 

Na początku października najdrobniejsze szczegóły były już gotowe (pani właścicielka restauracji dzielnie odpowiadała na moje maile z pytaniami o odcień serwetek i lampek, i wszelkie inne głupoty), pozostało nam odebrać obrączki (i zachwycić się nimi!) oraz cała praca własna – montaż winietek (44 karteczki wklejone w szyszki!), upieczenie podziękowań (200 udekorowanych własnoręcznie pierniczków), no i tuż przed ślubem – własnej produkcji bukiet, wianek i bukiety dla druhen, i pieczenie ciasteczek i babeczek na słodki stół.
 

Dzień przed ślubem, kiedy to o 7 rano jechałam po kwiaty do hurtowni (i wracałam pociągiem z cudownie pachnącym eukaliptusem w objęciach), dekorowałam babeczki, poszliśmy sobie na obiad, by móc chwilę spokojnie porozmawiać, słonecznym, późnym popołudniem jechaliśmy zawieźć ostatnie dekoracje i alkohol do restauracji, mogę śmiało nazwać jednym z najpiękniejszych w życiu. Wieczorem zasnęliśmy w naszym malutkim, wysprzątanym jak nigdy mieszkanku w poczuciu, że nazajutrz czeka nas coś niesamowitego.
 

Obudziłam się o 6, pełna energii, zapału i optymizmu – i wtedy przeczytałam wiadomość od świadka, najlepszego kolegi Tomka od wczesnego dzieciństwa, że rozstał się z dziewczyną i przyjedzie sam. Ok, trudno...gdyby nie to, że mieli nas JEJ autem zawieźć z urzędu do restauracji :D co gorsza, kolega zaginął bez śladu, a jest znany z tego, że problemy lubi zapić, więc akcja poszukiwawcza musiała być błyskawiczna. Pojechałam z moim bratem zawieźć ciasta i tort na salę, Tomek w tym czasie wydzwaniał do świadka – bez odzewu – i do rodziców (na szczęście mieszkają w jednym bloku), żeby ruszyli z misją poszukiwawczą. Wróciłam do domu, dalej bez śladu! Największy plus całej sytuacji był taki, że Tomek mocno stresował się ceremonią, i to przeszło jak ręką odjął – zaczął stresować się świadkiem :D Poszłam do fryzjera, fryzjerka spytała, na jaką okazję czeszemy, jej miny na odpowiedź "Ślub. W dodatku mój" nie zapomnę długo – ale wyszło super :D Na całe szczęście pomalować się i ubrać poszłam do domu rodziców – gdy wróciłam około 13 do naszego mieszkanka (ślub był o 14.30) – szłam na piechotę, w sukni i szpilkach, pod rękę ze świadkową przez pół centrum miasta - miotali się po nim rodzice i wujostwo Tomka, a świadka dalej nie było – tyle dobrze, że w międzyczasie dał znać że żyje, i oznajmił że jednak przyjadą razem. Rodziców dosłownie wygoniliśmy (i dobrze, bo długo szukali miejsca parkingowego), Tomek przebrał się w minutę, ja zebrałam rzeczy typu buty na przebranie – i nagle odkryliśmy, że brak świadka oznacza brak transportu :D Na szczęście moja z grubsza przytomna świadkowa wezwała taksówkę, do której malowniczo zbiegliśmy z 4 piętra, ja z bukietem wielkim jak snop, z suknią ciągnącą się po ziemi, Tomek zawiązując krawat, wskoczyliśmy do auta, świadkowa zakrzyknęła "chyba pan widzi, że jedziemy do pałacu ślubów!" a ja zaczęłam płakać ze śmiechu :D
 

Na miejscu byliśmy pół godziny przed czasem (uffff!), ale to mi przypadła (prześwietna zresztą!) rola stania pod urzędem, witania gości (a całe tłumy przyszły na samą ceremonię ) i zabawiania ich rozmową, podczas gdy... Tomek pognał do pobliskiej galerii handlowej, gdzie parkowali przyjezdni goście, żeby przyprowadzić ich do urzędu – i słusznie, bo się pogubili :D Przyjechała fotografka, prawie wszyscy już byli na miejscu, no to śmiechy, rozmówki, wejście do urzędu, ochy i achy, zdjęcia, pan kierownik wychodzi i pokazuje, że już czas... ale kogóż brakuje? No ŚWIADKA! Wpadli kilka minut po czasie, tłumacząc, że po drodze dostali mandat... i oto pora na punkt kulminacyjny, świadek szuka dowodu...i nie ma! Parę minut po planowanym czasie rozpoczęcia ślubu prosiliśmy innego kolegę o świadkowanie (ale sprawił się super, bo nie ma tego złego...), obrączek cały czas pilnowałam ja :D
 

Ceremonia była przepiękna, absolutnie nic z rejestracji i podpisania papierka, trwała blisko godzinę, pan kierownik wygłosił wzruszającą mowę o odpowiedzialności, sugerując się "Małym Księciem", coś pięknego! Zero stresu, myślałam że będę płakać ale też nie, dopiero przy przysiędze, gdy zobaczyłam łzy w oczach męża, sama się wzruszyłam. Sala była pełna po brzegi, życzenia od najróżniejszych bliskich osób przyjmowaliśmy około pół godziny (a życzenia od gości zaproszonych na wesele były w restauracji!). Jak pisałam, samochody były zostawione w centrum handlowym. Wyruszyliśmy tam więc, całym wesołym orszakiem, przez główną ulicę Katowic. I przez drzwi obrotowe w galerii. I po schodach ruchomych. I przez parking. Super efekt i chwilowe celebryctwo :D
 

Do restauracji, ze względu na korki, jechaliśmy ponad pół godziny (a to kilka kilometrów), ale nie szkodzi – był czas na selfiki! Przyjęcie, tak spontanicznie zorganizowane, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania – było pysznie, elegancko i z klasą, a jednocześnie na luzie. Dekoracje kwiatowe (wliczone w koszt restauracji i przez nich organizowane) były przepiękne i idealnie dopasowane do mojego bukietu, i wymyślonego klimatu. Zdecydowaliśmy się na menu złożone z dwudaniowego obiadu z deserem, tortu, zróżnicowanej zimnej płyty i ciepłej kolacji, przyjęcie trwało od 16.00 do 1.30 i kolacji prawie nikt już nie jadł, bo wszyscy byli najedzeni – dostaliśmy stosy jedzenia do domu!
 

Nie chcieliśmy DJ, nie mówiąc o zespole, absolutnie nie chcieliśmy muzyki, niezgodnej z naszymi gustami – więc stworzyliśmy sobie playliste, która leciała z komputera przez niezłe głośniki, i to był strzał w 10! Klasyki taneczne lat 70 i 80, rockowe ballady i trochę mocniejszych kawałków typu Foo Fighters o dziwo, zapełniły nam parkiet! Wynikało to ze specyfiki gości – zaprosiliśmy w sumie 44 osoby, najbliższą rodzinę (rodzice, dziadkowie, chrzestni), kilkoro kuzynów z którymi mamy dobry kontakt, a połowę gości stanowili przyjaciele – to oczywiście wydatnie pomogło w budowaniu atmosfery :)
Tort mieliśmy o 19, i to była dobra decyzja – został zjedzony w całości, i wszystkim się podobał :) Wódki mieliśmy 60 butelek, zeszło 28 (a każda para dostawała na odchodne!), za to poszło 9 butelek wina. Rodziny posadziliśmy osobno, i to była dobra decyzja – jesteśmy z różnych środowisk, dzięki temu nie było kurtuazyjnych rozmów o niczym, tylko każdy dobrze się bawił w znanym gronie. W pobliżu siebie usadziliśmy wszystkich przyjaciół, zarówno z mojej jak i z Tomka strony fajnie złapali kontakt i gadaliśmy i bawiliśmy się wszyscy razem. Absolutnie zlekceważyliśmy wszelkie "bo trzeba" i "bo wypada" – nie było żadnego witania...czymkolwiek, nie rzucaliśmy kieliszkami, nie było ani jednego utworu disco polo, ani jednej zabawy – było po naszemu, my byliśmy przeszczęśliwi, nie przejmowaliśmy się niczym – i to wystarczyło, wszyscy wydawali się zadowoleni albo bardzo zadowoleni :D Rodziny zwinęły się przed północą, do końca szaleliśmy kameralnie z grupką przyjaciół – i było super :)
 

Bardzo się cieszyłam i cieszę, że nie mieliśmy żadnego apartamentu, tylko wróciliśmy po ślubie do swojego mieszkania – obudzenie się tam w sobotę rano, niby tak samo jak zawsze, ale wśród prezentów i kwiatów, i z piękną obrączką na palcu, było czymś kompletnie magicznym, polecam!
 

Podsumowując – nie staraliśmy się robić czegokolwiek niepoprawnie, w zasadzie to w ogóle się nie staraliśmy, chcieliśmy żeby było fajnie a po naszemu... a wyszło jak wyszło, komukolwiek opowiadam/pokazuje zdjęcia ze ślubu to reaguje co najmniej zdumieniem, czasem też oburzeniem :D Było pięknie, swobodnie, bezstresowo, po naszemu, i co chyba najważniejsze, totalnie nie mieliśmy objawów żadnej "depresji poślubnej": przygotowania były super, ślub był super, ale to nie był nasz najpiękniejszy dzień, te dopiero przed nami – za nami też ;) Aczkolwiek zyskaliśmy piękne wspomnienia, temat do wielu jeszcze rozmów, i piękne zdjęcia :D
 

Z kwestii technicznych: na całość wydaliśmy niespełna 10 000 zł. Zdjęcia w restauracji są amatorskie – tak pięknie radzą sobie z aparatem mój brat i jego dziewczyna! Bukiety i wianek robiłam sama dosłownie w 10 minut, totalnie na luzie i bez planu – uważam że wyszło pięknie. Polecam jak najwięcej rzeczy robić samemu – super zabawa i satysfakcja! Miałam druhny, bo mam 3 równie bliskie przyjaciółki - losowały, która z nich będzie świadkową :) Cieszcie się i śmiejcie to nie będą Wam potrzebne żadne dodatkowe zabiegi kosmetyczne – ja malowałam się sama, przy użyciu podkładu, pudru, eyelinera i tuszu do rzęs, a uważam że nigdy nie wyglądałam tak pięknie – szczęście to najlepszy kosmetyk :)
 

Za pomoc w organizacji tego dnia odpowiadali:
Restauracja: Smak Róży w Katowicach
Fotograf (ceremonia): Michalina Banasik Photography
Sukienka: Materialiści w Katowicach

Obrączki: Inne Obrączki



























Kilka słów od NPM:
Czasem mam wrażenie, że zamiast publikować tu historie przygotowań do ślubu i samego dnia ślubu powinnam publikować... wszystko. Historie poznania się, historie zaręczyn, a potem pewnie wszystkie kolejne wyjątkowe wydarzenia :) Bo, tak typowo po babsku, uwielbiam słuchać historii ludzi, zwłaszcza takich jak Marta.
Przeczytaliście historie poznania, a potem zaręczyn Marty i Tomka? Prawda, że jest, tak znów po babsku, przecudowna i wręcz stworzona do opowiadania innym? :)
Doskonale widać, że wszystko w tej bajce jest skrojone pod nich. Tempo organizacji, spontaniczność i pewność decyzji, przyjęcie tylko dla najbliższych, wyjątkowa data (bo piątek 13go nie może nie być wyjątkowy), sukienka w nietypowym kolorze, tort pieczony przez muzyka. A to dopiero początek… ;)
Jest lekko, na luzie i co najważniejsze: z wielką miłością.

poniedziałek, 10 lipca 2017

"Od samego rana towarzyszył mi niesamowicie dobry nastrój, coś takiego jak czuło się w dzieciństwie w poranek wigilijny." – wywiad z Jagodą :)))

Mazurkiewicz foto
Czekaliście na ten wpis równo miesiąc, ale…  to musi być do wybaczenia ;) Bo dziś mamy pierwszą miesięcznicę (słowo, którego nauczyła mnie Daga ;)), bo będzie długo i wyczerpująco, bo za kilka sekund przekonacie się jak bardzo było warto.
Znajdziecie tu dużo muzyki, jeszcze więcej serca włożonego w przygotowania, auto pchane przez siedmiu agentów w garniturach, uwielbiany przeze mnie luz, myśl "pociąg już ruszył (…) teraz pozostaje tylko się trzymać i nie wypaść" i cudowne zakończenie dnia… nocy… i chyba jednak dnia kolejnego ;) Wymieszane z niesamowitą frajdą jaką daje możliwość świętowania wyjątkowego dnia w towarzystwie wyjątkowych osób.
Chodźcie zachwycić się tym dniem razem z Jagodą :)

Wypoczęci, zrelaksowani, najszczęśliwsi? I już po maratonie Gwiezdnych Wojen (na dwa miesiące do ślubu to deklarowałaś ;)) ?
Najszczęśliwsi – to na pewno i bezdyskusyjnie! Co do wypoczęcia to nie powiedziałabym ;) Przed- i poślubny czas spędziliśmy w gronie rodziny, która przyjechała do mojego rodzinnego miasteczka, żeby uczestniczyć w naszym święcie. Bardzo rzadko udaje się spotkać w takim gronie (mój tata i siostra mieszkają na co dzień za granicą, a ja w innym mieście niż mama i brat, tak nas po świecie rozrzuciło), poza tym nasze rodziny mają rzadko okazję się zobaczyć, więc wszyscy chcieli jak najbardziej wykorzystać ten czas. My także :) Grillowanie i ogniskowanie do późnych godzin nocnych trwało przez praktycznie tydzień. A zaraz po powrocie – szara rzeczywistość, czyli praca. W sobotę ślub, a w środę już do roboty. W piątek nawet na dyżur ;) Później znowu intensywnie, bo mieliśmy zaplanowane koncerty, pożegnanie siostry, wieczory kawalerskie i panieńskie przyjaciół, a za chwilę śmigamy na kolejne wesele (jak to, bez łapania bukietu?!).
Maratonu Star Wars też nie uskuteczniliśmy, bo w ramach prezentu dostaliśmy (i kupiliśmy sobie też ;) ) kilka nowych pozycji planszówkowych, więc mamy inne sposoby na spędzenie wolnych wieczorów (których jest jak na lekarstwo).

Jak wyglądał Wasz ostatni miesiąc przed ślubem? Było intensywnie czy na spokojnie i na luzie?
Ostatni miesiąc był dość intensywny. Musieliśmy spotkać się z managerem sali, ustalić ostateczne menu i szczegóły, spotkać się z DJem, kupić alkohol. Na finiszu wpadły mi do głowy jeszcze ostatnie pomysły co do dekoracji, więc ostatnie dwa tygodnie wieczory spędzałam z klejem i nożyczkami, ale o tym poniżej ;) Musieliśmy dopiąć jeszcze organizacyjnie kwiaty, chór, który zgodził się uświetnić uroczystość w kościele. Ostatnie poprawki sukni i garnituru, generalnie takie dopieszczanie wcześniej ustalonych rzeczy. Trochę się tego zebrało i praktycznie codziennie wypływała jakaś rzecz do zrobienia, szczególnie w ciągu ostatnich dwóch tygodni. A przecież oboje pracujemy. W poniedziałek przed ślubem jeszcze miałam dyżur całodobowy w pracy, później zgarnęliśmy mojego tatę z lotniska i pojechaliśmy wieczorem do mojego rodzinnego miasteczka. Tam też nie odpoczęliśmy ;)

Pozostając jeszcze przed samym dniem ślubu. Część osób już wie, ja wiem, ale dla niewtajemniczonych: jak wyglądał Twój wieczór panieński?
Niesamowicie! Moja siostra (świadkowa) od początku wiedziała, że marzę o tym, żeby spotkać się ze wszystkimi bliskimi mi dziewczynami, najlepiej w domku, na całą noc, żeby nacieszyć się tą chwilą. Kluby i limuzyny to nie dla mnie. Miała trochę problemów, bo organizowała ten wieczór zza granicy, będąc w środku sesji i przygotowań do przeprowadzki na inny kontynent, ale moje przyjaciółki wzięły się do roboty i w wielu rzeczach ją wyręczyły. Powiem krótko – zabytkowy dom podcieniowy z XVII wieku, wszystkie ubrane w stylu ludowym (kocham folk!), "Babuni Pelagii na żonę próby", czyli dojenie krowy, ubijanie masła, pranie gaci męża na tarce i cerowanie na czas ;) A później ognisko i harce do rana wśród pięknych boho-dekoracji :) Myślę, że bardziej się rozpiszę i napiszę relację z niego razem ze zdjęciami w osobnym wpisie :)

W którym momencie poczułaś, że to już się dzieje, że to TEN DZIEŃ?
Chyba wtedy, kiedy już pomalowana i uczesana ubrałam suknię ślubną :) A zrobiłam to dwie godziny przed ślubem na potrzeby relacji fotovideo, więc miałam czas, żeby się przyzwyczaić do tej myśli ;)  Może to było nierozsądne, ale stwierdziłam, że dobrze, żeby fotograf i kamerzyści, którzy jechali do nas z Trójmiasta, mieli czas na spokojnie wypić kawę i zjeść drożdżówkę u mnie w domu, no i podładowali akumulatory przed kulminacyjną chwilą.

Jak spędziłaś przedślubny poranek?
Wstałam wcześnie rano, bo już o 8:00 miałam odebrać wianek i iść z nim do fryzjerki. Uczesana wróciłam do domu na kawę, gdzie G. … próbował uruchomić naszego Fiata 125p, którym mieliśmy jechać do ślubu, ale od 2 dni odmawiał posłuszeństwa. Nie było czasu na relaks, niestety. Tym samochodem woziliśmy już wielu znajomych do ślubu, a akurat na nasz postanowił zastrajkować. Potem kosmetyczka o 10:00. W trakcie malowania zadzwoniła cukierniczka z informacją, że nie dostała wpłaty za tort  - na śmierć o tym zapomniałam! Ale na szczęście mamy internetową bankowość ;) Także kolejne nerwy. Ale od samego rana, mimo wszystkich wpadek, towarzyszył mi niesamowicie dobry nastrój, coś takiego jak czuło się w dzieciństwie w poranek wigilijny. Kiedy wróciłam od kosmetyczki, G. już wyjechał z mojego domu rodzinnego do hotelu, gdzie nocował świadek, żeby samemu się przygotować. Fiat zadziałał ;)
Po ubraniu sukienki byłam strasznie głodna, więc wsuwałam drożdżówki, groszek i nawet zimną parówkę! A potem podpiłam trochę kawy tacie i z siostrą wzięłyśmy po parę łyczków nalewki malinowej. Na to wszystko jeszcze nasz wielki czarny pies ciągle chciał się przytulać, właśnie do tej sukni :D Nie wiem jakim cudem w kościele wylądowałam czysta ;)

Jak wyglądało Twoje pierwsze spotkanie z G. w dniu ślubu?
Bardzo chcieliśmy zobaczyć się dopiero w kościele, kiedy będę szła nawą z tatą. Niestety zmiana księdza na tydzień przed ślubem pokrzyżowała nam plany, nie mieliśmy z nim żadnego spotkania ani próby, więc nie daliśmy rady go poprosić o zmianę zwyczajów w parafii i musieliśmy podpisać dokumenty przed Mszą. Spotkaliśmy się w przedsionku kościoła na tę chwilę, ale G. zakrywał oczy, żeby mnie nie zobaczyć ;)

Organizowaliście tradycyjne błogosławieństwo?
Hm… Można tak powiedzieć ;) Błogosławieństwo zorganizowaliśmy dzień wcześniej, wieczorem, w ogrodzie moich rodziców. Tego samego wieczora odbywało się tradycyjne tłuczenie butelek lub jak mówią w niektórych regionach – polter. Byli obecni dziadkowie, rodzice oraz kilkoro bliskich osób, które przyszły rozbić nam szkło na szczęście. Nie chcieliśmy organizować błogosławieństwa w ślubny poranek, bo mieliśmy wystarczająco napięty grafik. No i chcieliśmy zobaczyć się dopiero w kościele :)

Czy możecie przyszłym Parom Młodym polecić jakieś nauki i poradnie rodzinną?
Uczestniczyliśmy w sobotnich naukach połączonych od razu z poradnią rodzinną w Chełmnie, moim rodzinnym miasteczku, gdzie braliśmy ślub. Były życiowe, z humorem, ale zwięzłe. Ze względu na nasz charakter pracy bardzo nam to odpowiadało, na nauki odbywające się cyklicznie co tydzień nie dalibyśmy rady uczęszczać. Byłam dość sceptycznie nastawiona do poradni, bo spotkałam się z różnymi opowieściami od przyszłych par młodych na ten temat. Ale pani, która prowadziła zajęcia, naprawdę nie narzucała konkretnych poglądów, bardziej odwoływała się do naszego sumienia, rozsądku, skupiła się też na przykład na różnych rodzajach porodów, które są dostępne w Polsce. I przede wszystkim oprócz jednej małej bzdurki, którą powiedziała, naprawdę merytorycznie, jako lekarz nie miałam jej nic do zarzucenia.

Czy pojawiły się u Ciebie łzy podczas przysięgi lub w innym momencie?
I mi, i panu młodemu, oczy zaszkliły się podczas jednej z pieśni, którą wykonał nasz ukochany Akademicki Chór Politechniki Gdańskiej. To była pierwsza okazja od dawna, kiedy słuchaliśmy ich wykonań nie z perspektywy jednego z chórzystów :) Później gula pojawiła mi się, kiedy G. składał swoją przysięgę, nawet jedna czy dwie łzy wzruszenia mi spadły. Tak naprawdę rozkleiłam się już na sali weselnej. Na samym końcu kolejki gości z życzeniami nasi rodzice podeszli w czwórkę żeby nam je złożyć. I nawet nie powiedzieli nic specjalnie wzruszającego, ale jak spojrzałam najpierw na swoją mamę, a później na tatę, to się rozbeczałam na całego, dopiero po chwili się uspokoiłam ;) O takie coś zupełnie się nie podejrzewałam!

Stresowałaś się pierwszym tańcem, dojściem do ołtarza, wypowiedzeniem przysięgi, czymś innym? Jak poradziłaś sobie ze stresem, o ile w ogóle był?
W momencie, kiedy stanęłam w wejściu do kościoła, zaczęły mi się trząść kolana z emocji, ale nie powiedziałabym, że to stres, raczej podekscytowanie. Jeśli był jakikolwiek stres, to opuścił mnie w momencie, kiedy zaczęły grać organy. Trochę boję się zdjęć, bo z tego co pamiętam, to szłam do G. z wieeeelkim bananem na twarzy ;) Za to mój tata, co było dla mnie całkowitym zaskoczeniem, naprawdę wyraźnie się stresował tym, że ma mnie poprowadzić i pewnie w ogóle tym, że wydaje mnie za mąż ;) Podczas przysięgi nie widziałam niczego i nikogo oprócz G. - zero stresu. A pierwszy taniec – stresu zero. Żadne z nas nie ma problemu przed występowaniem publicznie, a wokół nas przecież sami swoi :)

Czy mieliście jakiś motyw przewodni ślubu i wesela?
To zależy, co określić jako motyw przewodni ;) Naszym logiem był fiat 125p – taksówka (czyli miłość mojego męża) otoczony kaszubskimi kwiatkami (czyli moja miłość do folku) i ten motyw był obecny na wszelkich dodatkach, papeterii i prezencikach dla gości. Moja suknia miała elementy haftu kaszubskiego, sala była cała wymalowana we wzory kujawskie (bo to Karczma Kujawska, Kummerówka), natomiast dekoracje utrzymaliśmy w popularnym stylu rustykalnym, czyli słoiczki, juta, drewno. Czyli w sumie wiocha. ;)

Ja to wiem, ale inni jeszcze nie wiedzą. Pochwal się ile rzeczy na ślub i wesele przygotowałaś własnoręcznie (i jak pięknie Ci to wyszło – tu już, obiektywnie, chwalę ja)!
Rękodzieło wszelkiego rodzaju to moje hobby i coś co mnie odstresowuje :) Zaczęłam od zaprojektowania ślubnego loga w Gimpie, a później poszło dalej – podczas miesięcznej przerwy w pracy uszyłam i wyhaftowałam dla wszystkich gości woreczki z wzorami kaszubskimi, które później wypełniłam lawendą. Potem Save The Date, zaproszenia, zawieszki na alkohole, rozkład stołów (razem z ramą z desek), winietki… W prezencie ślubnym od mojej przyjaciółki dostaliśmy 10 litrów domowej nalewki na wesele, więc stwierdziłam, że podamy ją w butelkach we wzory ludowe, które też ozdobiłam sama :) Później jeszcze ozdobiłam pudełko na życzenia naszym logiem i kwiatkami i zrobiłam jutowe wypełnienie do pudełka na obrączki. Ach, no i jeszcze naprodukowałam (na spółkę z mamą) słoiki–lampiony, ozdobione jutowym sznurkiem i koronką plus podobnie ozdobiona butelka na liściki na pierwszą rocznicę (zamiast księgi gości). I napis "MIŁOŚĆ" na samochód (jedyna ozdoba, jaką na nim zawiesiliśmy). To chyba już wszystko ;)

Jak wyglądały Wasze podziękowania dla rodziców i gości?
Jak już wspominałam, wszyscy goście otrzymali haftowane woreczki, na odwrocie których był stempel z logiem, datą i naszymi imionami.
Dla rodziców kupiliśmy vouchery na weekend w Zamku Ryn i Zamku Gniew (dla każdych tam, gdzie mają bliżej), a dla świadków ulubiony alkohol w drewnianych pudełkach, które też sama ozdobiłam ;) Przed oczepinami DJ poprosił rodziców na środek i powiedzieliśmy im parę słów podziękowania, podobnie ze świadkami. Postanowiliśmy też podziękować ogólnie wszystkim przyjaciołom, którzy z nami byli tego dnia, a są z nami zawsze, kiedy tego potrzebujemy. G. wygłosił małe przemówienie, a później wszyscy zatańczyliśmy do "I'll be there for you" (z "Przyjaciół").

Pytanie, które przewijało się pod Twoimi postami, a dziś możesz już na nie odpowiedzieć. Jaką i skąd miałaś suknie ślubną? Jakie dodatki? Czy w dniu ślubu byłaś z niej w pełni zadowolona?
Suknia sprawdziła się na 10000%! Była bardzo wygodna i na tyle nieobcisła, żebym mogła spokojnie się najeść i wytańczyć (a tańczę zamaszyście ;)). Kupiłam ją przez internet – model Madeline na stronie Szyjemy Sukienki – i trochę zwęziłam i skróciłam tuż przed weselem w Studio Szpulka w Gdańsku. Do tego koleżanka mamy wyhaftowała mi na materiale wzór ludowy, później z tego uszyłam pasek do sukni. Sukienka jest nieco krótsza z przodu, co było rewelacyjne po zmianie butów na płaskie – nic nie deptałam i tańczyłam tak jak wcześniej. Buty miałam z firmy Kotyl, błękitne – też jestem w pełni z nich zadowolona, na co dzień nie chodzę w  obcasach, a w nich wytrzymałam od południa do 2 w nocy, nie schodząc prawie z parkietu :) Później przebrałam je na trampki malowane w kaszubskie wzory (z pracowni Farwa z Kościerzyny). Na głowie – wianek z kwiaciarni Jarzębina w  Chełmnie. Jeśli chodzi o biżuterię, to z naszyjnika zrezygnowałam w ogóle ze względu na brak dekoltu i strojny pasek, w uszy włożyłam tylko małe, błękitne labrety z Pierce of Cake (w jednym uchu mam 4 dziurki). A jako coś starego i pożyczonego – srebrne bransoletki od babci.Serdecznie polecam wszystkim poprosić babcię o coś takiego, chyba naprawdę zrobiło jej się miło, a bransoletki były super, jak z rustykalnego katalogu ;)

Czy zaplanowaliście jakieś dodatkowe atrakcje?
Dodatkowe atrakcje – hm. Nie wiem czy była to wystarczająca atrakcja ;) ale zaśpiewaliśmy w duecie z PM "Something stupid" (w oryginalne Sinatra, bardziej znany Robbie Williams z Nicole Kidman), G. grał na gitarze rytmicznej, a nasz przyjaciel dołożył solówki. Potem nasi rodzice zrobili niespodziankę nam – zaśpiewali "To świt, to zmrok" ze "Skrzypka na Dachu" (wszyscy czworo!), w  akompaniamencie mojego brata (saksofon) i siostry (flet poprzeczny). W tle leciały nasze zdjęcia z dzieciństwa :) Później jeszcze było dużo śmiechu na zmontowanych filmach z naszego dzieciństwa i duuuużo płaczu na filmie z zaręczyn :) Po zmroku wyszliśmy robić wspólne zdjęcie z zimnymi ogniami.
Dzieciakom (mam tu na myśli 12-letniego brata, 8-letnią kuzynkę i 11-letniego kuzyna, więc w sumie to młodzieży młodszej) wystarczyła do szczęścia fontanna z czekoladą i ogródek na tyłach restauracji, gdzie do 2 rano organizowali… fermę ślimaków ;)

Kto pomagał Wam w organizacji/koordynacji/ogarnianiu podczas wesela?
Naprawdę nieocenieni byli nasi świadkowie, drużbowie i druhny. A mieli nie lada zadania, bo wpadek technicznych trochę było i potrzebne było gaszenie nieprzewidzianych pożarów. My dowiadywaliśmy się tego dnia o wszelkich problemach dopiero wtedy, kiedy były już rozwiązane. Planowe zadania rozdzieliłam kilka dni wcześniej i wysłałam wszystkim pdf z rozkładem dnia i szczegółowym podziałem ról ;) Trochę się ze mnie śmiali, ale w dniu ślubu przynajmniej nikt mnie o nic nie pytał!

Jak zakończyliście wesele?
O 4. rano wszyscy byli już totalnie padnięci. DJ nie dał gościom żadnej taryfy ulgowej, a potrafił tak zachęcić do zabawy, że parkiet był pełen od pierwszych minut wesela – niektórzy nie zdążyli nawet wypić jednego przysłowiowego kieliszka! Nie przedłużaliśmy więc DJ-owi dnia pracy. Po ucichnięciu muzyki chwilę odpoczęliśmy jeszcze w sali weselnej, a później pojechaliśmy do hotelu, gdzie nocowali prawie wszyscy goście. Tam jeszcze weszliśmy z kolegami PM przez okno na dach, żeby zobaczyć wschód słońca :) (tak, w sukni!!!) Nie mieliśmy ochoty jeszcze kończyć tego dnia, na szczęście okazało się, że świadek w ostatniej chwili wziął jeszcze z sali karton piwa, które mogliśmy na spokojnie wypić w hotelowym ogródku. To była naprawdę miła, relaksująca chwila po wszystkich emocjach tego dnia. Poszliśmy spać o 7, a o 9:30 już dzwonił budzik na poprawinowe śniadanie ;)

Z czego, biorąc pod uwagę wszystkie efekty przygotowań, jesteś najbardziej zadowolona?
Z tego, że goście czuli się dobrze. Wydaje mi się, że mówili nam to szczerze, bo wystarczyłoby przecież grzecznościowe "było super, dzięki!", a od wielu osób słyszeliśmy, że to było najlepsze wesele, na jakim byli. Na to złożyło się na pewno wiele czynników, między innymi to, że wesele było średniej wielkości (60 osób), więc mieliśmy możliwość spędzić z każdym choć trochę czasu. Bardzo dużo osób znało się wcześniej, więc nie mieliśmy problemów z posadzeniem gości i ono też okazało się trafione. Rzeczą, która najbardziej mi się podobała, było siedzenie blisko dziadków (stoły stały w literę "E", a babcie były na szczycie środkowego szczebelka ;) ). Widziałam po ich minach, że są szczęśliwi z bliskości pary młodej, mogliśmy z nimi porozmawiać spokojnie przy posiłkach i napić się naleweczki :)
Jedzenie było pyszne, obsługa sprawna, miła, pomocna uśmiechnięta – po prostu cudo. DJ – Michał Starzecki ze Starsky Team – zrobił niesamowitą robotę, doskonale wyczuł klimaty lubiane przez naszych gości, potrafił trafić w punkt z komentarzami i żartami (przy ani jednym nie poczułam zażenowania!). Personel z restauracji też powiedział nam kilka razy, że przez ten luz i rodzinną, swobodną atmosferę i zabawę, chyba będziemy weselem sezonu ;)
Z takich moich małych osiągnięć – cieszę się, że zrobiłam "koszyczki ratunkowe". Wiele osób, szczególnie cioć i starszych osób, mówiło, że pierwszy raz się z czymś takim spotkało i pomysł jest świetny, a przede wszystkim to taki miły gest troski o gości.

Co było dla Ciebie najtrudniejsze w całym tym dniu?
Chyba zakończenie go! Naprawdę nie chciałam, żeby ten dzień się skończył kiedykolwiek. Trudno było mi się odrywać od jednych znajomych, żeby porozmawiać z drugimi. Z każdym chciałam spędzić jak najwięcej czasu, a przy tym przetańczyć całą noc z mężem.

Twoje najzabawniejsze wspomnienie z tego dnia…:)
Fiat dojechał 40 km spod kościoła PRAWIE do sali weselnej. Zatrzymaliśmy się na stacji, 500 metrów przed restauracją, żeby poczekać, aż zgromadzą się goście. Zrezygnowaliśmy z hot-dogów, bo przez cały okres narzeczeństwa nie nauczyłam się ich jeść bez brudzenia ketchupem! Za to wsunęliśmy po rogaliku i… obejrzeliśmy odcinek "Przyjaciół" na telefonie :D Kiedy świadek zadzwonił, że możemy startować, ruszyliśmy się o jakieś 15 metrów i… Silnik zgasł na amen.
PM trochę go "na rozruszniku" zbliżył do górki, z której musieliśmy zjechać i siłą rozpędu przejechaliśmy prawie pół trasy. Później wyskoczył i zaczął pchać fiata (byliśmy w aucie tylko we dwoje!), ja kierowałam z siedzenia pasażera, jednocześnie dzwoniąc do druhny, żeby przysłała odsiecz. Pod salę weselną wjechaliśmy pchani przez siedmiu agentów w garniturach ;)
Drugie takie wspomnienie, to kiedy około 23. na salę wjechała płonąca szynka, o której zapomnieliśmy ;) Akurat PM wyszedł popatrzeć z kolegami na zdechły silnik samochodu, więc na tym uroczystym wjeździe byłam sama. Zaczęłam biegać w kółko krzycząc "olaboga, gdzie mój mąż, mężu, szynka płonąca!". Serio. To musiało głupio wyglądać ;)

Ulubione pytania wszystkich w Internecie: Coś się nie udało?  Coś byś zmieniła (w całych przygotowaniach lub w samym dniu ślubu i wesela)?
Wysłałabym PM z samochodem do lepszego mechanika! A poza tym – kompletnie nic. W dniu ślubu i wesela odpuściłam wszystko i postanowiłam iść z falą. Tak jak powiedział mi dzień przed ślubem G. - pociąg już ruszył, zrobiliśmy wszystko co mogliśmy żeby było dobrze, teraz pozostaje tylko się trzymać i nie wypaść, pojedzie sam :) I dzięki temu wszystko było idealnie!

Gdzie zdecydowaliście się zrobić sesję poślubną? Czy to już za Wami?
Na ślubie i weselu fotografował nasz wspaniały kolega, Michał Mazurkiewicz z Gdańska. Jesteśmy z nim wstępnie umówieni na sesję w Gdyni, wśród pociągów ;), tylko oczywiście wszyscy troje z terminami trochę na bakier, więc nie wiadomo, kiedy damy radę się spotkać. Przeczuwałam to i nie wytrzymałam, poprosiłam koleżankę – fotograf z Chełmna o sesję w poniedziałek, zaraz po ślubie, zanim jeszcze wróciliśmy do Trójmiasta. Można powiedzieć, że zdradziliśmy Michała ;) ale podobno nam to wybaczy ;) To był bardzo dobry pomysł, bo pierwszy plener odbył się w lesie, więc mamy dwa skrajnie różne motywy. A przy tym uchwyciliśmy jeszcze świeże emocje :)

Jakie macie plany na podróż poślubną?
Na razie musieliśmy ją odłożyć, bo w naszym życiu wiele się dzieje – np. koncert Guns‘n Roses, wieczory kawalerskie, panieńskie i ślub naszych przyjaciół :) Pod koniec lipca bierzemy namiot i jedziemy gdzieś na południe kraju, gdzie nas samochód powiezie – jak pogoda dopisze to mamy nadzieję na Bieszczady. I Woodstock na koniec :)
Prawdziwą podróż planujemy na początku przyszłego roku, do Tajlandii. Taka wyprawa to jednak trochę organizacji, więc stwierdziliśmy, że zaczniemy myśleć o konkretach już po ślubie :)

piątek, 12 maja 2017

Bez tytułu, bo bez słów - o najpiękniejszym ślubie i weselu w Polsce

Czasem mam ogromną ochotę zatytułować wpis tak jak tytułują go inne portale (czyt. dużo naj w tytule, bo to się dobrze wyszukuje). Powstrzymuje mnie od tego jedynie przekonanie, że moje naj jest szersze i nigdy nie będzie ograniczać się do jednego wesela (nawiasem mówiąc - ulubione śluby mam niezmiennie dwa). Chociaż, nigdy nie kusiło mnie bardziej niż dziś ;) Czasem przeglądając jakiś reportaż i próbując wybrać z niego zdjęcia do publikacji na blogu robię to... kilka miesięcy i walczę z myślą "a może wrzucić wszystkie, takie prawie 200" ;) Czasem, ja - fanka słowa pisanego, myślę sobie, że zdjęcia i filmy mają w sobie to zachwycające coś i chciałoby się tego wrzucać więcej i więcej (swoją drogą - tak powstają Najpiękniejsze polskie śluby, które, jeśli dobrze pamiętam, powstały po zachwytach nad tym weselem).
To jeden z dwóch najpiękniejszych ślubów jakie widziałam w Polsce (i chyba na świecie!) w 2016 roku. Taki, że szczeka opada, na blogu po raz drugi ;)

Chciałabym, abyście poza zachwytami nad tym jakie to wszystko jest niesamowicie piękne, miały też okazję do... przeczytania wrażeń Kasi - Panny Młodej. Bo to ogromna dodatkowa wartość tego wpisu.

Kilka słów od Kasi:

O sobie
Razem z moim mężem mieszkamy w bardzo małej miejscowości w Polsce. Uwielbiamy długie podróże oraz festiwale muzyczne. Nasze życie w 90% wypełnia pasja do fotografii, dlatego połączyliśmy to z pracą robiąc zdjęcia oraz filmy na ślubach.
O pierwszym spotkaniu
Spotkaliśmy się na ślubie mojej kuzynki i Patryka kuzyna. Dokładnie pamiętam kiedy zobaczyłam Patryka po raz pierwszy, miałam jedną myśl w mojej głowie: „TO BĘDZIE MÓJ MĄŻ”.
O swoim związku
Najpiękniejsze w naszym związku jest chyba to, że dwie osoby, które nigdy wcześniej się nie widziały po miesiącu zamieszkały razem, a po dwóch zaręczyły. Mamy wspólne pasje (fotografia i muzyka) oraz takie samo spojrzenie na świat. Wspólnie przygotowywaliśmy nasz ślub z takim samym zaangażowaniem. Kocham go jak nigdy nikogo na tym świecie i dopiero teraz wiem co to znaczy mieć obok siebie prawdziwego przyjaciela.
O oświadczynach
Patryk zamówił ręcznie robiony pierścionek, kiedy przyszedł kurierem. Ja koniecznie chciałam zobaczyć co ma w ręce… i mimo tego, że przygotował wszystko na wieczór, nagle ukląkł i poprosił mnie o rękę… Byłam w ogromnym szoku :)
O ślubie, weselu, przygotowaniach i planach
Nasze przygotowania do tego dnia trwały pół roku. Każdego dnia mieliśmy jakieś zadanie. Na początku przygotowywaliśmy nasze zaproszenia, później napis MIŁOŚĆ, girlandy świetlne które też Patryk zrobił sam… i tak każdy najmniejszy detal. Chcieliśmy, aby tego dnia było wszystko było po naszemu… Nie słuchaliśmy rad „ciotek” tylko szliśmy za głosem serca :) Dlatego ten dzień zapamiętamy do końca życia jako ten wyjątkowy.
Dużo rzeczy było na naszej głowie, dlatego wieczorem w dzień wesela byliśmy bardzo zmęczeni i to na pewno nie poszło zgodnie z planem ;)
O miejscu i stylu
Wiedzieliśmy, że chcemy ślub w stodole, ale w Polsce jest bardzo mało ciekawych miejsc gdzie można zorganizować takie wesele… Znaleźliśmy Folwark Wąsowo i od razu wiedzieliśmy, że to jest właśnie to miejsce.
Chcieliśmy, aby był to ślub leśny w kolorowej odsłonie, piórka, poziomki i jagody.
O sukni
Podobnie jak z miejscem na ślub, w Polsce ciężko o piękną suknię… Wszystkie panny młode chcą mieć suknie w stylu princeski. Ja szukałam czegoś delikatnego… Przymierzyłam kilka, nawet w Berlinie, ale to nie było to. Aż w końcu gdzieś w internecie natknęłam się na Atelier Lawenda . Kiedy zobaczyłam suknie od Rue de Seine nie miałam wątpliwości, że ta MOJA to będzie na pewno jedna z nich :)
O torcie
Najważniejsze dla nas, aby tort smakował jak domowy… bez lukru i zbędnych ozdób. Wiejski, owocowy tort:)
O wyjątkowych momentach
Najważniejsza chwila to na pewno ta kiedy spotkaliśmy sie po raz pierwszy pod drzewkiem… Kiedy Patryk pierwszy raz zobaczył mnie w sukni… Pamiętam, że poleciała mu łza, a później mocno mnie przytulił.
O radach
Przygotowując wesele róbcie wszystko tak jak Wam mówi serce, abyście tego dnia czuli się w 100% swobodnie. My słyszeliśmy bardzo dużo krytyki na temat naszego ślubu… a to że Patryk idzie bez marynarki, że ślub w stodole.
O małżeństwie
Małżeństwo z odpowiednią osobą, z którą czujesz się dobrze i którą kochasz to najpiękniejsza przygoda.

Zdjęcia i filmy: Zatrzymaj Czas 
Miejsce: Folwark Wąsowo
Kwiaty: Kwiaciarnia Kwiaty&Miut 
Suknia: Rue De Seine, atelier lawenda
Napis: Napis Miłość