Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co się zmienia po ślubie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co się zmienia po ślubie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 października 2016

8 miesięcy do ślubu, czyli staram się nie dać jesiennemu marazmowi [Jagoda]


Ciągle nie wierzę, że ten czas tak szybko ucieka… Rok temu dopiero poszukiwaliśmy sali i przy podpisywaniu umowy wszystko wydawało się wręcz niewiarygodnie odległe. A tymczasem zostało osiem miesięcy. Ale kolejne pozycje odhaczamy i jesteśmy coraz bardziej podekscytowani!
Jakiś czas temu stwierdziliśmy, że oczekiwanie na ślub przypomina nam trochę atmosferę oczekiwania na Boże Narodzenie za dzieciaka ;) Poznajemy się wciąż z różnych stron i wciąż w nowych sytuacjach, w tych dobrych i w tych gorszych – i ja na pewno, a PM tak twierdzi ;) - chcemy ślubu coraz bardziej. Coraz częściej słyszę i czytam, że "po ślubie wszystko się zmieni, już nie będzie taki wspaniały", "w małżeństwie nie będzie już tak bajkowo"… Podzieliłam się nawet tym z G. (w ramach ciekawostki, bo po około 2 latach wspólnego mieszkania nie chce mi się w to wierzyć). Stwierdził tylko, że przecież nie jest palantem :P

Machina dalej się kręci. Odwiedziliśmy kancelarie parafialne – tę do której należymy i tę, w której bierzemy ślub, żeby dowiedzieć się różnych szczególików. Poznaliśmy księdza, z którym od razu złapaliśmy dobry kontakt, pośmialiśmy się, potem okazało się, że jest on z naszego rocznika i zapytał nas w końcu, czy chcielibyśmy, żeby to on poprowadził Mszę ślubną. Zgodziliśmy się, a mi nawet ulżyło, bo nie mieszkam w rodzinnym mieście od siedmiu lat, księża się pozmieniali i ich nie znam. Po nocach śnili mi się podpici, czerwoni na twarzy księża, którzy podczas przysięgi mylą nasze imiona...
Poza tym umówiliśmy się do poradni rodzinnej i zdecydowaliśmy się na miejsce i termin nauk przedmałżeńskich, żeby o to również nie musieć martwić się tuż przed czerwcem.
Ah! No i zarezerwowaliśmy hotel dla gości i dla siebie. Nie wiem jeszcze jak to wszystko rozwiążemy organizacyjnie, bo odległość pomiędzy kościołem i salą to jakieś 30 kilometrów, hotel z kolei 5 minut taksówką od karczmy.

Tyle jeszcze pierdółek do ogarnięcia… Fryzjer, kosmetyczka, kwiaty, dekoracje… Póki co na nowo odtworzyłam oprawę graficzną na zaproszenia (poprzednia umarła razem z twardym dyskiem, a kopii zapasowej nie zrobiłam :P) i zabrałam się za manufakturę prezencików dla gości :) Postanowiłam wykonać wszystkie 70 własnoręcznie (PM stwierdził, że chyba jestem szalona, a ja to lubię ;) ). I ogarnął mnie październikowy marazm. Dalsze przygotowania chyba ruszą dopiero po ustabilizowaniu jesiennego nastroju.

Szczególnie stresujący był dla mnie wybór sukni ślubnej. Na co dzień niezbyt się stroję, a od kiedy zaczęłam pracę, w której przebieram się od stóp do głów, to już całkiem postawiłam na wygodę i praktycznie codziennie wskakuję w dżinsy i bluzy – w końcu i tak nikt nie ogląda mojego outfitu ;)

Na rozgrzewkę umówiłam się do salonu sukien ślubnych niedaleko domu. Poszłyśmy tam z przyjaciółką i…Jakoś nie poczułam tego dreszczyku emocji. Ot, wisiało dużo białych kiecek. W mojej głowie od jakiegoś czasu kiełkowały dwa pomysły na kreację – skrajnie różne. Jeden zainspirowany modą i wszechobecnym stylem rustykalnym, drugi – niech pozostanie tajemnicą, bo sporo osób odradza mi ten eksperyment ;) Poprosiłam panią w salonie o niezbyt połyskliwe, proste i delikatne suknie, ewentualnie z koronką. Sprzedawczyni gimnastykowała się jak mogła, poznosiła kilka sukien – naprawdę, obiektywnie bardzo ładnych – ale wciąż nic. Wszystkie znajome, z którymi rozmawiałam, mówiły o niesamowitym wzruszeniu, łzach i zapartym tchu, a ja… nic. Co prawda dwie sukienki "podobały mi się", ale po usłyszeniu ceny mina mi zrzedła. Na ukradkowych zdjęciach cykniętych przez przyjaciółkę też wyglądałam po prostu zwyczajnie. Normalnie, jak w długiej sukni. Żadnego szału. Trochę nawet było mi smutno.

Drugi salon odwiedziłam z koleżankami z pracy i on nie był tak przyjemny jak poprzedni. Na wstępie dostałam burę za spóźnienie (którego nie było, to właścicielka pomyliła godziny). Salonik mały, zatłoczony, a suknie zakurzone i poszarzałe. Nauczona wcześniejszym doświadczeniem, poprosiłam sprzedawczynię, aby dawała mi do przymiarki kreacje tylko w pewnym zakresie cenowym. W tym momencie naprawdę atmosfera jeszcze się pogorszyła, a temperatura spadła o 5 stopni ;) Wyszłyśmy niezadowolone i trochę rozśmieszone postawą pani z salonu.

Potem przeanalizowałam sytuację i przejrzałam trzy czwarte internetu w poszukiwaniu tańszych alternatyw. Używane na olx, allegro, ogłoszenia. Brałam pod uwagę szycie u krawcowej, ale chyba zjadłby mnie stres w czasie oczekiwania, bo nasłuchałam się opowieści o nieudanych sukniach odbieranych tydzień przed weselem.

I jest, eureka! Fajna, tania, nowa ;), ze strony internetowej. Dokładnie nadająca się do mojego eksperymentalnego pomysłu na suknię ślubną. Możliwość uszycia pod indywidualne wymiary. Zamówiłam rozmiar standardowy z możliwością zwrotu, przysłali, przymierzyłam… Znowu nie poczułam palpitacji serca, ale cena i jakość mnie przekonała. Przymierzałam ją sama, w domu, z samego rana (kiedy przyjechał kurier, wyskoczyłam do niego w piżamie), bez makijażu i fryzury, z narzeczonym śpiącym za ścianą ;), a w dodatku nie dopinała się w biuście. Nakręciłam filmik komórką i rozesłałam po moich druhnach. A potem jeszcze pokazałam mamie i babci. Same pozytywne reakcje! Siostra nadrobiła moją niewzruszoną postawę, bo "zaszkliły się jej oczy". Miałam jeszcze chwilę wątpliwości, czy jednak nie zdecydować się na styl rustykalny, więc zwróciłam się do wyroczni ostatecznej…
… Czyli PM, bo to on ma patrzeć na mnie jak w obrazek :) A on zdecydował, żeby brać to, o czym zawsze marzyłam, a nie to, co jest modne na pintereście :)

Suknia ze standardowej rozmiarówki odesłana, a ja już zmierzona przez krawcową i w przyszłym tygodniu zamawiam na swoje wymiary. Im szybciej będę ją miała w szafie u mamy, tym spokojniej będę spać. A jak schudnę, to sobie tuż przed ślubem zwężę. Tyć nie planuję! Taka jestem niepoprawna ;)

poniedziałek, 23 maja 2016

Rok po tym dniu, czyli rocznicowy wpis ;)

Adene Photography
W ubiegłą niedzielę byliśmy na ślubie, który miał miejsce w tym samym kościele w którym odbył się nasz, a mszę celebrował ten sam ksiądz. Nawet więcej: używał tych samych, zapewne napisanych kilka lat temu, tekstów ;) Jestem mistrzem fantazji, wyobrażania sobie jak by to było cofnąć czas, przeżyć coś na nowo, więc... w myślach cofnęłam się do tego dnia. Na kilka sekund, bo po tych kilku sekundach przyszło mi do głowy, że ja kompletnie nie chciałbym tego dnia przeżywać po raz drugi. Jeden taki ślub i jedno takie wesele mi wystarczą, na całe życie ;)

To nie jest tak, że mam złe i traumatyczne wspomnienia :P Są bardzo dobre, a nawet z każdym dniem są coraz lepsze, pewnie dlatego, że sama decyduję o tym co i jak chcę zapamiętać i mam w głowie bardzo fajna wersję tego dnia. Nie jest też tak, że nie lubię ślubów... Bardzo chętnie wzięłabym takich jeszcze z 50, ale każdy w innym miejscu na świecie, chyba jako dodatek do podróży i po to, aby mieć ładne zdjęcia ;)

Czy po ślubie coś się zmienia? Można na nowo się zakochać, można na nowo mieć te motyle w brzuchu. I wcale niekoniecznie przed ołtarzem, a dzień, tydzień czy kilka miesięcy po ślubie. Na spokojnie i tylko we dwoje - niektórym (czyt. nam) tak łatwiej. Czy zmienia się relacja i czy po tych motylach będzie już tylko gorzej? To wszystko zależy od Was, to wy możecie wszystko psuć lub ciągle rozwijać, nie ślub. Czy on się zmieni? I tak i nie. Bo z pewnością nie stanie się nagle lepszym człowiekiem (tytuł męża nie wpływa na charakter), ale macie jak w banku, że za 10 lat nie będzie taki sam jak dziś ;) U nas... jest podobnie jak 3, 5 i 7 lat temu. Choć czasem mam wrażenie, że da się go kochać coraz bardziej :)
Nie staniecie się jednym, a przynajmniej nie polecam - wydaje mi się to niezdrowe. Bycie dwoma różnymi osobami i poznawanie świata przez pryzmat drugiej-innej osoby jest zbyt fascynujące!
Tak naprawdę może zmienić się wszystko i nic. Nic, jeśli mieszkaliście ze sobą od lat, nie zmieniacie miejsca zamieszkania, nie decydujecie się jeszcze na dzieci i inne wielkie zmiany. Wszystko, jeśli te zmiany sobie fundujecie :) My wszystko przechodzimy w żółwim tempie, tak żółwim, że mamy nawet zaległości i w ślubnym temacie ;)
Aaaa... no przecież, może zmienić się nazwisko, adres i w pakiecie z tym wszystkim dostaje się rodzinę męża ;) Jeśli akceptuje się nowe nazwisko (mnie fb pomógł je zapamiętać), nowe miejsce zamieszkania (najlepiej własne :))) ) i nową "rodzinę", to żadna z tych zmian nie rusza ;) Czasem coś wymaga kompromisu (czyt. zaplanowania wizyt w domach rodziców i teściów), czasem dyskusji, czasem umiejętności odmawiania. Ale wszystkiego da się, nawet bezboleśnie, nauczyć. Nam poszło gładko.
I ostatnie... ludzie dookoła myślą, że jest się bardziej dorosłym niż się jest ;) A to wcale tak nie działa i wcale nie trzeba :D

23.05.2016 - "świetny pretekst, aby zaplanować jakiś wspólny wyjazd, ewentualnie iść na pizze" ;) No to jedziemy za kilka dni, na długi weekend do miasta na literkę B :)