czwartek, 24 września 2015

"Lepiej, lepiej", czyli nasze subiektywne doświadczenia z nauką tańca przed weselem

Mike Allebach.
Na jakieś 2-3 tygodnie przed ślubem poszliśmy z PM do szkoły tańca na naukę, sami nie wiedzieliśmy czego (czy bardziej pierwszego, czy bardziej użytkowego tańca). Poszliśmy, pomimo tego, że ja się zapierałam rękami i nogami, bo PM twierdził, że trzeba zatańczyć, a rolki, polonezy i tańce ze świadkami/rodzicami/dziadkami nie wchodzą w grę. Jak wrażenia i czy, wg mnie, było warto?

Na wstępie powinnam nas przedstawić. Oboje nie lubimy tańczyć, tańczymy średnio do 5 tańców na każdym weselu na którym jesteśmy. Dyskoteki widziały nas kilka razy w życiu, w większości były to te szkolne, gdzie ja podpierałam ściany i warczałam na każdego kto prosił mnie do tańca. Gdy tańczyliśmy jeden z pierwszych wspólnych razów na studniówce, to podbiliśmy koleżance oko (na szczęście dość delikatnie) ;) Obecnie staramy się więc tańczyć w kątach, z dala od ludzi. Ruszamy się niezgrabnie, stresujemy się zasadami i brak nam poczucia komfortu w tańcu.

Jak wspomniałam na początku na kurs poszliśmy, bo PM stwierdził, że trzeba i nie ma zmiłuj - musimy. I troszkę też z ciekawości jak to wygląda i czy rzeczywiście jesteśmy tak kiepscy jak nam się wydaje (sprawdzone, jesteśmy) :)

Nasze pierwsze zajęcia zaczęły się od "Dzień dobry, nie umiemy i nie lubimy tańczyć, za dwa tygodnie bierzemy ślub. Niech Pan z nami coś zrobi.". Po propozycji walca (angielskiego? nie pamiętam), na drugie zajęcia wróciliśmy już lepiej przygotowani - z listą pięciu piosenek z których instruktor miał wybrać tą do której najłatwiej będzie nam zatańczyć coś bardziej użytkowego (i to najprostszy sposób wyboru utworu na pierwszy taniec). I zaczęliśmy się uczyć.

Jak było na lekcjach?

Stresująco. PM nie stresował się ani przysięgą, ani pierwszym tańcem na sali tak bardzo jak tymi lekcjami! Nawet więcej: mniej stresował się nocami przed swoimi obronami, gdy jego stres i mnie nie pozwalał spać. W życiu nie widziałam go tak spiętego.
Za każdym razem idąc na zajęcia, i tu już oboje, czuliśmy się...  specyficznie. PM jakby stał przy tablicy na matematyce, a ja jakbym szła do szkoły! kompletnie nieprzygotowana.

Deprymująco? PM ma straszną potrzebę robienia wszystkiego co robi perfekcyjnie. Mnie nasze nieudolne próby śmieszyły, on się irytował.
Pewnego razu przyszliśmy na zajęcia sporo przed czasem i mieliśmy okazję podejrzeć parę trenującą (bo to nie były nieudolne ćwiczenia) przed nami. Instruktor sypał im komplementami jak z rękawa, a chwalenie nas polegało na "lepiej, lepiej, jest lepiej". Mnie to odpowiadało (mam awersje do chwalenia, które uznaję je za nieuzasadnione), ale PM lekko to bolało ;)

Czy było warto?

Szczerze? Nie. Jeśli przeczytaliście mój wpis i pomyśleliście sobie "O, też tak mam, identycznie!", to musicie wiedzieć, że nauka tańca, zwłaszcza z presją nauczenia się czegoś ze względu na własne wesele, nie jest fajna. Męczy, irytuje i prawdopodobnie nie da satysfakcji (będzie lepiej, ale np. u nas lepiej nie oznaczało dobrze). Dużo lepiej, pewniej będziecie czuli się zwykłym bujaniu, przytulaniu i obracaniu (jeśli dacie radę). I będzie to lepiej wyglądało na zdjęciach/filmie ;)
Podsumowując chciałabym Wam zacytować Paulinę ze ŚWGW, która pisząc o wyborze piosenki na pierwszy taniec (ale pasuje to i do jego nauki tańca) stwierdziła: "Według mnie pierwszy taniec to niesamowicie magiczna chwila, gdzie tańcząc ze sobą odrywamy się na chwilkę od całego weselnego cyrku i dziękujemy sobie za sakrament, którego sobie udzieliliśmy. Ta piosenka ma być "nasza", a nie odpowiednia do tańca czy choćby ładna.". I tyle w temacie :)

P.S. Jeszcze jedno. Obecnie moim ulubionym tańcem w świecie internetu jest ten - kompletnie niewyuczony, a zachwycający.

9 komentarzy:

  1. Hmmm po części rozumiem, ale się nie zgodzę. My byliśmy na kilku zajęciach, od początku tylko szukaliśmy wsparcia, żeby nie bijąc się z lewej na prawą. Udało nam się rozpaczy, było kilka figur, ale nasz taniec polegał na patrzenia sobie w oczy i myśleniu o sobie. I od początku nam to mówiono i to jest możliwe, więc ja zachęcam!
    Dziewczyny nie uczcie się żadnego stylu! Poproszę o pomoc w tańcu do WASZEJ piosenki i wprowadzanie sami poprawki.
    Na naszym tańcu mnóstwo ludzi płakała, bo mówili, że było widać między nami miłość, że tylko my tam jesteśmy, patrzymy w oczy, dotykamy się. . I tak właśnie było. Goście byli nam zupełnie obojętni, a cały stres przed tym tańcem okazał się niepotrzebny. Byliśmy tam tylko my.
    Ja odradzam walce... są bardzo sztywne i pięknie wyglądają tylko na konkursach i bazach.
    Sami się chwilę ucxylismy, bo dostaliśmy taki prezent od przyjaciół, ale dla mnie to taniec-umiejetnosc. Gdzie tam zmieścić uczucie jak rzadko kiedy możesz kogoś pocałować, przytulić, spojrzeć w oczy??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nieprawda. My tańczyliśmy walca i choć wiem, że to kwestia bardzo indywidualna, w moim odczuciu byłobardzo romantycznie. Nauczyliśmy się kroków podstawowych, kilku przejść, żadnych figur. Tańcząc walca też można improwiziwać, niekoniecznie trzymać się jakiegoś wydumanym schematu. My żadnych tyle razy masz ulubiony krok, że instruktor włosy rwał z głowy :)

      Usuń
  2. A ja się nie zgodzę. Poszliśmy na kurs z tego samego powodu co wy. Nie umieliśmy tańczyć i nigdy tego nie robiliśmy (ani razu nie byłam na żadnej dyskotece!). Jednak szybko okazało się, że to wielka frajda. Chodziliśmy na zajęcia grupowe i indywidualne. Wieczorami po pracy chodziliśmy na boisko ćwiczyć walce, a na weselu (nie tylko swoim, w te wakacje było ich kilka) przetańczyliśmy cała noc. Gdy dowiedzieliśmy się, że nasz kurs jest kontynuowanywe we wrześniu, byliśmy jedna z pierwszych par, jakie się zapisały. A pomyśleć, że gdyby nie ślub nigdy nie wpadł by nam do głowy tak absurdalny pomysł :)
    Myślę, że warto próbować. W końcu co może się stać? Najwyżej pokaże się, że to był jednak głupi pomysł :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopowiadając... jestem zdania, że zawsze warto próbować, choćby po to, aby mieć własne zdanie (i może skończy się tak jak u Was). Nie warto jednak, gdy nas to meczy, nie daje frajdy i prawdopodobnie da sztuczny efekt - to ten moment w którym spokojnie można (i wg mnie warto) się rozmyślić (zwłaszcza gdy nie robi się tego dla własnej przyjemności, a z myślą, że trzeba) ;)

      Usuń
  3. Uwielbiam tańczyć, mój Y. nie. W ogóle nie czuje rytmu, w tańcu czuje się nienaturalnie i się spina. W takcie "na dwa" mój Y. w ogóle w tańcu nie wygląda. Dlatego na dzień przed ślubem w pół godziny nauczyłam go liczyć do trzech, zginać kolano i wchodzić na palce. Tak zatańczyliśmy walca angielskiego do piosenki, która walcem wcale nie jest, ale która nam obojgu się podoba. :) . :D
    Taniec, który zamieściłaś jest trochę wyuczony. Fakt, że te dwie osoby czują rytm i dobrze się ruszają, ale niektóre figury są wyuczone chociażby przez wspólne chodzenie na imprezy. :) Ale tonaprawdę uroczy pierwszy taniec. Naturalny, a nie coś na wzór nieudolnego tańca z gwiazdami. :D

    OdpowiedzUsuń
  4. My rozważaliśmy opcję kursu tańca lub ewentualnie tzw. SOS przedślubnego - w sumie bardziej rozważałam to ja niż mój P., bo sama czuje się nienaturalnie i niezgrabnie tańcząc i obawiałam się, że nasz pierwszy taniec i w ogóle tańce w trakcie wesela będą katastrofą. Ostatecznie zrezygnowaliśmy, bo mój szanowny przekonał mnie, że jeśli krępuję się tańczyć z nim w zaciszu domowym, to co dopiero będzie przy obcej osobie na sali tanecznej. Szczerze, nasze próby na dywanie w pokoju wystarczyły - wyszło naturalnie, ja się nie stresowałam (za bardzo...:P), a po tańcu wszyscy się nas pytali czy gdzieś chodziliśmy na naukę:D A wesele całe przetańcowałam, chociaż zapierałam się przed, że absolutnie ograniczę się do minimum ruchu na parkiecie:D Więc jak widać wszystko kwestia indywidualnego podejścia ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja to jestem trochę jak Twój PM - muszę wszystko zrobić perfekcyjnie i też czułam to ukłucie zazdrości, gdy patrzyłam na inne pary na kursie tańca użytkowego ;)
    Para z tego teledysku tańczy rewelacyjnie - Boże jak ja chciałabym umieć się tak ruszać! ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Widzisz, wszystko zależy od dobrego nauczyciela. 4 tygodnie przed weselem mojej przyjaciółki zapisaliśmy się na kurs "tańca użytkowego". Ja tańczyłam dużo, nawet wyczynowo, aż do kontuzji, mój luby - nic a nic. Po 4 lekcjach grupowych z cudownym Panem Jędrkiem mój chłopak czuł się na tyle pewnie, że już zawsze dużo tańczy na imprezach. Pan tłumaczył wszystko bardzo prosto i pokazył podstawowe przejścia.
    Kurs u tego Pana polecałam jeszcze kilku znajomym i byli zadowoleni.
    Rozmawiałam z nim ostatnio - polecał wpaść 3 miesiące przed ślubem, 2 tygodnie to na rozchodzenie butów mogą nie starczyć ;) Gdyby ktoś zastanawiał się, kiedy na lekcje - wg mnie 2 miesiące przed ślubem, jeśli po prostu chcecie poznać kilka przejść i poćwiczyć pląsy, a 3, jeśli to ma być przygotowany układ. Potem chyba za dużo stresu będzie.

    OdpowiedzUsuń
  7. przede wszystkim zaczęliście o wiele za późno, żeby poczuć się na parkiecie chociaż odrobinę komfortowo. Mój mąż jest tak jak Wy albo i bardziej "antytaneczny" - nawet tych góra pięciu tańców by nie zatańczył na imprezie/czyimś weselu, chociaż z drugiej strony chciał zatańczył ładny pierwszy taniec. Na kurs ogólny tańca towarzyskiego zapisaliśmy się rok i 3 miesiące przed naszym ślubem - żeby zapoznać się z różnymi tańcami i zobaczyć, który nam najbardziej odpowiada, nauczyć się słuchać muzyki i rytmu itp. Przygotowania do tańca właściwego zaczęliśmy 6 miesięcy przed ślubem - lekcje raz w tygodniu + ćwiczenie we własnym zakresie. Ponieważ mamy dwie lewe nogi, to taniec nie był jakiś super wypasiony (wiele par w ciągu 6 miesięcy nauczyłoby się tańczyć jak zawodowcy :P), ale dzięki temu że mieliśmy dużo czasu na oswojenie się z parkietem wyszedł bardzo naturalnie. Dłuższe przygotowania pomagają również przy współpracy z instruktorem - lepiej go poznaliśmy i czuliśmy się w swobodnie w jego towarzystwie, a i on wiedział już mniej więcej co nam wychodzi, a co nie i na tej podstawie łatwiej mu było skomponować choreografię. Początkowo oczywiście był "krew, pot i łzy" oraz kryzys "w życiu tego nie zatańczymy", ale z czasem odprężyliśmy się, do tego stopnia że nawet dodaliśmy kilka ruchów od siebie, znalezionych na you tube :) także z mojego punktu widzenia na kurs warto iść, ale odpowiednio wcześnie, na ostatnią chwilę nie dość że niewiele się nauczymy, to jeszcze dołożymy sobie niepotrzebnego stresu.

    OdpowiedzUsuń