Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amerykańskie zaręczyny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amerykańskie zaręczyny. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 maja 2014

Zaręczyny - tak, nie, nie wiem?

etsy
Prawdopodobnie każdy z Was zna różnice pomiędzy oświadczynami i zaręczynami. Pierwsze są przez kobiety uwielbiane i często długo wyczekiwane. Drugie są... formalnością. Być może dlatego ulegają ciągłym metamorfozom (od wystawnych przyjęć, przez tradycję, po ich kompletny brak). U mnie zaręczyn jeszcze nie było. I nie wiem czy będą...

Oświadczyny to złożenie drugiej osobie propozycji małżeństwa. To te filmowe sceny z romantycznymi kolacjami, facetem na kolanach i pierścionkiem w kieliszku szampana. O swoich mam w planie cokolwiek (:P) kiedyś napisać (kiedyś oznacza rocznicę oświadczyn).
Dawno, dawno temu oświadczyny polegały niemal na tym samym co dziś, z jednym malutkim wyjątkiem - o rękę nie prosiło się kobiety, a jej ojca lub rodziców. Dziś nadal dobrym zwyczajem jest udanie się pary narzeczonych do rodziców i oznajmienie im decyzji o ślubie (najlepiej rodziców wcześniej o tym delikatnie uprzedzić). Mi i PM to jednak nie wyszło, byliśmy na wakacjach, więc rodzice zostali poinformowani mailowo :P

Zaręczyny to przyrzeczenie czy też obiecanie sobie małżeństwa, coś co podkreśla wagę tego pierwszego "tak". Prawie zawsze jest połączone z uroczystością rodzinną, a więc całą grupą świadków tego wydarzenia.
Kiedyś było to przede wszystkim uroczyste ogłoszenie decyzji o ślubie. W rzeczywistości przyszły Pan Młody i rodzina Panny Młodej świętowali dogadanie się w kwestiach majątkowych i oddania mu córki. Z tej okazji organizowano w domu narzeczonej wystawne przyjęcie podczas którego para wymieniała się obrączkami. Zaręczyn nie można było bez powodu zerwać, a dane słowo wiele znaczyło. W dużej mierze brzmi to jak opis współczesnego wesela, nie sądzicie?

Jak wyglądające zaręczyny pamiętam ja? Najstarsze to takie sprzed 19-20 lat, zaręczyny jednej z ważniejszych dla mnie wtedy osób. Stremowany narzeczony przychodzący wraz ze swoimi rodzicami do domu rodzinnego narzeczonej. Z dwoma bukietami (dla teściowej i narzeczonej), z butelką wina dla teścia, z pierścionkiem w ręku. Proszący ojca dziewczyny o jej rękę (a współcześnie: przychylność dla ich decyzji), proszący o rękę samą dziewczynę (z bukietem, pierścionkiem i na kolanach). Koniecznie w imprezie musieli brać udział dziadkowie i rodzeństwo narzeczonych wraz z dziećmi (i tu byłam ja).
Są rejony Polski w których takie ceremonie nadal mają miejsce, czego dowodem są zaręczynowe zdjęcia na facebooku.

Scena, którą opisałam wyżej brzmi dla mnie jak cyrk i koszmar w jednym. Coraz częściej odchodzi się od tego rodzaju przedstawień i organizuje mini przyjęcie dla najbliższych, czasem jedynie dla rodziców (choć babcia by mi tego nie darowała!), na którym wszyscy zaproszeni mają okazję do poznania się i omówienia kwestii wesela. Przyjęcie zaręczynowe w restauracji, przy grillu czy w domu w maluteńkim gronie, bez zbędnych słów i gestów, nie brzmi źle, prawda? W przeciwieństwie do pojawiających się zza oceanu inspiracji polegających na organizacji przyjęć zaręczynowych z muzyką, tortem i masą gości? Brzmi jak wesele? Albo jak tradycyjne zaręczyny sprzed dziesiątek lat, które opisałam na początku?

Dlaczego do tej pory u mnie nie było oficjalnych zaręczyn? Jesteśmy z PM parą prawie 8 lat, nasi rodzice dobrze się znają, dzwonią do siebie i okazjonalnie widują. Nie mamy więc potrzeby organizowania specjalnego spotkania w celach zapoznawczych czy omówienia kwestii weselnych (takie okazje znajdują się same). Nie jestem fanką rodzinnych imprez na których byłabym zmuszana do odgrywania jakiejś roli. Nie lubię rozmawiać o weselu (wolę pisać - daje mi to poczucie dystansu miedzy nim, a mną). I na koniec... kilka dni po oświadczynach nastraszyłam mojego PM, że będzie musiał prosić o rękę (i rodziców i mnie), klękać przed ludźmi w bukietem kwiatów i pierścionkiem i znosić ich natrętne spojrzenia. No i go przekonałam, że wcale tego nie chcemy ;) 
Nie wykluczam, że takie przyjęcie (po mojemu, czyli zorganizowane w 100% przez nas i na naszych zasadach), dla samego faktu uczczenia decyzji o ślubie, nie będzie miało miejsca. Jestem fanką organizowania i byłoby to dla mnie niemałą frajdą. Nie wiem tylko czy czas i odległość na takie imprezy nam pozwolą ;)