Historia Martyny:
Dziś, gdy już od ponad pół roku jestem szczęśliwą Niepoprawną
Żoną postanowiłam wrócić pamięcią do tych pięknych chwil :)
Aby w pełni omówić naszą „nietypowość” musimy się cofnąć w
czasie o jakieś 10 lat, kiedy to zaczęła
się nasza historia. Adam rodowity białostoczanin, ja – poznanianka. Adam lat
18, ja 17. Nasze drogi spotkały się w Górach Stołowych. Można by rzec: klasyczna „wakacyjna miłość”. Dwa tygodnie
młodzieńczych szaleństw, każde z nas wróciło do swoich domów.
Zostały piękne
wspomnienia i … dzielące nas 500 km. Po roku znajomości i kolejnym wakacyjnym
spotkaniu postanowiliśmy, że na przekór wszystkim przeciwnościom losu będziemy
razem! I tak kursowaliśmy do siebie przez 7 lat i jak to w życiu - bywało
lepiej i gorzej. Teraz, gdy od trzech lat mieszkamy ze sobą nie wiem jak
wytrzymaliśmy tą rozłąkę, ale wiem jedno – dzięki temu bardzo doceniamy każdą
chwilę w której jesteśmy razem.
I tak też po siedmiu latach kursowania na trasie Poznań –
Białystok ulokowałam się na końcowym przystanku tej podróży. Towarzyszyły temu
skrajne emocje - z jednej strony nieopisana radość, że w końcu jesteśmy na 100%
razem, z drugiej całe moje dotychczasowe życie zostało w Poznaniu. Czego się
nie robi z miłości! A tęsknota za rodziną i przyjaciółmi? Żyjemy w XXI wieku!
Życie co prawda zweryfikowało niektóre
znajomości, ale z rodzicami rozmawiam częściej niż kiedy mieszkaliśmy pod
jednym dachem :) A Adam w związku z tym, że swoje życie towarzyskie w
Białymstoku budowałam od podstaw, poza przyjacielem stał się również moją
przyjaciółką, jakkolwiek by to nie brzmiało :D
Do rzeczy!
Zdecydowaliśmy, że ślub weźmiemy w Białymstoku, czyli
„niepoprawnie” porzuciłam swoją rodzimą poznańską parafię :) Uznaliśmy, że
organizacja wesela na odległość może być problematyczna. Chociaż organizacja na
miejscu również okazała się nie lada operacją logistyczną - cała moja strona to
goście przyjezdni, praktycznie z każdej strony Polski :) W toku przygotowań
musieliśmy podjąć jeszcze jedną ważną decyzję, w związku z tym, że Adam jest
prawosławny pozostawała kwestia: ślub w Kościele czy ślub w Cerkwi. Stanęło na drugiej opcji :) z której oboje
byliśmy szalenie zadowoleni, zarówno od strony formalnej (procedura - nauki i
zaświadczenia ograniczone do niezbędnego minimum), jak i symboliki ceremonii
zaślubin – polecam się zapoznać, bo długo by tu pisać.
Wesele zaczęło się na dobrą sprawę dwa dni przed właściwym
terminem :) Wtedy też przyjechali moi rodzice i świadkowie (podczas ślubu w
Cerkwi każde z małżonków ma swoją parę świadków). W związku z tym, że zarówno
ja jak i moja przyjaciółka - świadkowa jesteśmy florystykami oprawa kwiatowa
ślubu i wesela była szczegółowo zaplanowana. Wraz z Asią z Poznania przyjechał
cały samochód kwiatów :) W środę po obiedzie u moich teściów goście udali się do
hotelu przy Sali weselnej. My musieliśmy
jeszcze szybciutko udać się na spotkanie z zaprzyjaźnionym fotografem, by
nakręcić krótki filmik do podziękowań dla rodziców. Potem popędziliśmy na salę, żeby pomóc Asi w przygotowaniu dekoracji. Już po tamtym wieczorze wiedziałam, że mogę być spokojna o obsługę
naszego wesela. Siedzieliśmy z moją mamą, świadkami i przyjaciółmi w oranżerii
wijąc wianki na żyrandole, a przemiła kelnerka przynosiła nam co rusz jakieś
smakołyki :). Do późna „instalowaliśmy” dekoracje na Sali.
Czwartek był równie pracowity: odbiór prezentów dla gości –
małych sękaczy. Wizyta u kosmetyczki.
Wizyta w Cerkwi wraz z rodzicami i świadkami, gdzie przeprowadziliśmy niejako
„próbę” ceremonii, a Kapłan pięknie
wytłumaczył wszystkim, tak jak nam na spotkaniu w ramach nauk
przedmałżeńskich, symbolikę całej ceremonii. Wieczorem znów wizyta na Sali,
rozstawianie winietek i pozostałej poligrafii ślubnej. Witanie kolejnych
przyjezdnych gości. Znów późny powrót do domu, ale na pełnym luzie, bez obaw o
niewyspanie itp. Jedyne co nas martwiło
to pogoda, cały dzień mżył deszcz, było szaro- buro! Pozostała szybka lista
rzeczy do zrobienia „na jutro” i spać.
I w końcu nastał ten dzień. Po przebudzeniu
przywitało nas
słońce! Byliśmy tak pozytywnie nakręceni, że jakoś nie było czasu na
stres.
Moim największym zmartwieniem było to żeby w tym wszystkim nie zapomnieć
o
jedzeniu. Ale nad tym dzielnie czuwała Asia z moją Mamą. No i się
zaczęło… Adam zajął się przygotowaniem naszego ślubnego auta, a ja? Fryzjer, oczekiwanie na makijażystkę w domu, szybka kawa z Mamą i
malowanie. Gdy w domu znów pojawiła się moja świadkowa w 100% gotowa, a
Mama
pojechała do hotelu się przebierać, to był znak, że trzeba się pomału
szykować.
Z racji tego, że przygotowywaliśmy się oboje w mieszkaniu teściów, w
szczytowym momencie w domu było tłoczno. Czas
zaczął płynąć kilka razy szybciej niż zazwyczaj. Pojawił się fotograf,
ja ze
świadkową przygotowywałam się w jednym pokoju, Adam ze swoim świadkiem w
drugim. Nadszedł czas na
Błogosławieństwo. I tu spore zaskoczenie! Byłam święcie przekonana, że
to moja
Mama zaleje się łzami, a razem z nią ja, a tu niespodzianka – jako
pierwszy
wystąpił mój Tata, powiedział jedno słowo i zeszkliły mu się oczy i
załamał
głos, chyba dlatego, że oddawał swoją
jedyną córeczkę ;). Tu niespodzianek koniec bo wraz z nim popłakałam
się i ja.
Ale dzielnie wspierał mnie chrześniak Adama, dwuletni Kubuś, który całe
Błogosławieństwo stał obok mnie i dzielnie trzymał za rękę! Bardzo
doceniam
jego wsparcie :)
Najśmieszniejszym momentem „przedślubnym”, który często
wspominamy jest przejazd z domu do Cerkwi. Mieliśmy do pokonania niecałe 2
kilometry, a udało się stworzyć ciekawą historię! Wsiadając do samochodu Adam
poczuł potrzebę spożycia miętówki/gumy,
jego świadkowa poczęstowała go Mentosem, jako dobry mąż wziął i dla
mnie. W samochodzie dokonaliśmy konsumpcji, po czym stwierdziliśmy, że jeszcze
na szybko trzeba się napić i będziemy gotowi. Świadek w samochodzie podał nam
Coca-Colę! Adam popił, ja popiłam, po czym przypomniało mi się co się dzieje,
gdy się wrzuci Mentosa do Coli :) Ale obyło się bez incydentów!
W oczekiwaniu pod Świątynią uśmiechy nie schodziły nam z
twarzy, cieszyliśmy
się, że widzimy wszystkich najbliższych nam ludzi, którzy postanowili z nami
być w tym dniu. Sama Ceremonia przebiegła niesamowicie spokojnie, w dużej
mierze dzięki Kapłanowi, który ją prowadził. Przywitał nas w drzwiach ciepłym
uśmiechem, którym nas zaraził, kilka miłych słów i: „No to zaczynamy!”. Sama
ceremonia zaślubin w Cerkwi robi ogromne wrażenie, przede wszystkim pięknie
śpiewający chór, msza odprawiana w języku starocerkiewnym (w naszym przypadku
najważniejsze modlitwy były czytane również po polsku ze względu na moją
rodzinę)! Zwłaszcza, że 90% moich gości prawdopodobnie pierwszy raz było w
Cerkwi, a chyba 100% pierwszy raz na ceremonii zaślubin :)
Życzenia po ceremonii, w końcu mogliśmy uściskać wszystkich
naszych gości!
Niesamowicie miło było niemalże od każdego słuchać „Pięknie
wyglądacie!”. Stwierdziliśmy, że chyba już nigdy w życiu tyle razy w ciągu
jednego dnia nie usłyszymy :). W trakcie życzeń „zamiast kwiatów” zbieraliśmy
pieniążki na białostockie Hospicjum dla dzieci, nasi goście bardzo pozytywnie
zareagowali na tą akcję (Fundacja Pomóż Im – Nadzieja zamiast kwiatów), a my po
dzień dzisiejszy ze wzruszeniem spoglądamy na dyplom, który dostaliśmy w
podziękowaniu od Fundacji.
Goście wyruszyli na salę, my spokojnie udaliśmy się do
samochodu i powoli wyruszyliśmy za nimi. Podczas powitania zagięła mnie moja
Mama, co przeczuwałam już w drodze na
salę, a zupełnie zapomniałyśmy na ten temat porozmawiać. Pytanie przy powitaniu
„Co wybierasz chleb, sól czy Pana Młodego?” mnie oczywiście zagięło! Ale jakoś z podpowiedzią dałam radę :)
Po pierwszym toaście zasiedliśmy do stołu, byłam
niesamowicie głodna! Tak jak się spodziewałam obsługa nie zawiodła, wszystko
było przygotowane perfekcyjnie, tak jak było ustalone, a może nawet lepiej! Z
tego co pamiętam, że zjadłam i z relacji gości wiem, że jedzenie było cudowne!
Duży komfort dawał nam też nasz zespół! Dzięki nim nie siedzieliśmy jak na szpilkach
zastanawiając się czy to już tańczyć, czy już podziękowania dla rodziców itp.
Oni nad wszystkim czuwali :) To dzięki nim i cudnej obsłudze Sali mogliśmy się
swobodnie bawić na własnym weselu! Pierwszy taniec na spontanie, bez ćwiczeń,
gdyż jesteśmy tancerzami bardzo amatorami (lubimy ze sobą tańczyć, ale nie
odpowiadamy za wrażenia estetyczne), dlatego też stwierdziliśmy, że lekcje i
układy dostarczą nam jedynie
niepotrzebnego stresu (ja to chyba nie zjadłabym rosołku :D). Tak więc zakręciliśmy się kilka razy w kółku
stworzonym przez naszych gości i po chwili zespół zaprosił wszystkich, aby
przyłączyli się do nas :D Polecam to wszystkim nietanecznym PM.
Później zabawa zaczęła się na dobre! My krążyliśmy między parkietem, a
stołami gości. Ogromną zaletą Sali jest parkiet oddzielony od części
„biesiadnej”, jest to jednak szklane przepierzenie, więc mogliśmy swobodnie
rozmawiać, ale widzieliśmy również parkiet i bawiących się gości. W koszt Sali wliczony był barman. Pani za
barem wyczyniała drinkowe cuda, goście byli zachwyceni, życie towarzyskie przy
drink barze kwitło :D
Kolejnym ważnym momentem było podziękowanie dla rodziców.
Pierwotnie myśleliśmy o popularnych filmowych podziękowaniach, ostatecznie
stworzyliśmy prezentację ze zdjęciami od dzieciństwa do chwili obecnej, której
motywem przewodnim było hasło „Czego nauczyli nas rodzice?”. Prezentacja miała
być bardziej śmieszna niż wzruszająca, dlatego na początku zawarliśmy kilka
szlagierowych haseł, które każdy z nas jako dziecko usłyszał od swoich
rodzicieli :) Wszystko wyszło zgodnie z planem, nie wyświetlił się jedynie filmik
na końcu, ale to szczegół, o którym tylko my wiedzieliśmy ;). Jedyną naszą wtopą było to, że zapomnieliśmy w
tym wszystkim o rocznicy ślubu moich rodziców, a właściwie to ze względu na to
wybraliśmy właśnie tą datę :) nadrobiliśmy ten błąd nazajutrz.
Zabawa trwała do białego rana, sukcesywnie żegnaliśmy
wychodzących gości w podziękowaniu wręczając im sękacze.
Nie planowaliśmy motywu przewodniego, wyszło nam chyba
klasyczne wesele podlaskie :D Miejscowi goście pewnie nie byli niczym zaskoczeni, goście przyjezdni natomiast
nie mogli się nachwalić jedzenia regionalnego, pięknych krajobrazów podlaskich.
Wszyscy jednym głosem chwalili obsługę i zespół, my w 100% dołączamy się do
pochwał. Momenty, gdy muzycy z instrumentami schodzili ze sceny do tańczących
gości naprawdę robiły wrażenie.
Do pokoju dotarliśmy przed 5.30, noc poślubną zaczęliśmy
od ciężkiej dla Adama procedury „odpakowania” Żony, no ale nikt nie mówił, że
będzie łatwo :D.
O 9 spotkaliśmy się z biesiadnikami na śniadaniu. Z poranka pamiętam jedynie
to, że miałam niesamowicie obolałe stopy, bo do końca tańczyłam w butach,
wiedziałam, że jak je ściągnę to już nie założę żadnych :D.
Później udaliśmy się na poprawiny, które zorganizowaliśmy
już w innym miejscu, niedaleko Sali weselnej. Zależało nam na tym, żeby ten
dzień spędzić na luzie z najbliższymi i nie ograniczać się czasem.
Biesiadowaliśmy aż do poniedziałku :D
Nie dało się krócej :D
Nietypowe/ niepoprawne:
- Suknia ślubna kupiona po pierwszych przymiarkach, ponad
rok przed ślubem, na przymiarki wybrałam się z najlepszą przyjaciółką –
przyszłym Mężem :)
- Zaproszenia w
formie pocztówek z Naszym zdjęciem, projektowane przez Nas.
- Ślub dwuwyznaniowy
w Cerkwi; Czworo świadków, świadkowa w ciąży bliźniaczej; najmłodszy gość
weselny zasiadał przy naszym stole :)
- Oprawa florystyczna
wesela tworzona przez nas i przyjaciół.
- Spontaniczny pierwszy taniec, w towarzystwie gości.
- Wspaniałe miejsce – Sala weselna – pięknie położona z
profesjonalną obsługą i przepysznym jedzeniem w ilościach nie do przejedzenia!
- Genialny zespół, dzięki któremu na własnym weselu
bawiliśmy się jak goście :)
- Dwudniowe poprawiny w formie agro-wczasów w gronie najbliższych :)
Rady dla przyszłych Panien Młodych:
Chyba nie będę oryginalna jeśli napiszę, że nie ma się co
stresować. Nauczona doświadczeniem mogę radzić, aby nie dokładać sobie
niepotrzebnych stresów. Jeżeli nie jest się tancerzem wybitnym – odpuścić
wyuczony układ, jeśli nie jest się oratorem – odpuścić mowy dziękczynne, można
przecież je zastąpić inną formą podziękowań. Co jeszcze mogę radzić? Bawcie
się i cieszcie tym dniem, tak aby potem
wspominać go z uśmiechem od ucha do ucha i zastanawiać się skąd skołować
budżet, żeby na rocznicę ślubu wyprawić kolejne wesele :)
Zdjęcia: Piotr Gromko
Kilka zdań od NPM:
Wróć ;) Z pewnością obejrzeliście zdjęcia, ale czy przeczytaliście tekst? Jeśli nie, to odsyłam do lektury. Po przeczytaniu zdjęcia ogląda i rozumie się inaczej, jeszcze lepiej. I dopiero wtedy, tak jak ja, będziecie się szeroko do nich uśmiechać :D
Rewelacyjnie
czyta się o takiej rodzinnej współpracy w
przygotowaniu wesela, wsparciu chrześniaka Pana Młodego, akcji zamiast
kwiatów
(uwielbiam i doceniam!)... Mnie brakowało przymiotników na opisanie tego
co zobaczyłam i przeczytałam: jest rewelacyjnie, naturalnie, mega
pozytywnie, rodzinne,
po prostu PIĘKNIE :)
Martyno, trzymam kciuki za ten budżet na rocznicę. Bardzo mocno!!!