Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podziękowania dla rodziców. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podziękowania dla rodziców. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 czerwca 2018

"Stres? No stres! Hakuna matata! ;)" - wywiad z Ulą :)))

Jak nazywa się najciekawsza osoba w branży ślubnej, z którą wywiad powinni przeczytać wszyscy przygotowujący się do ślubu i wesela? Panna Młoda (no dobra, spokojnie, czasem też Pan Młody). Ula :)))
Kto opowie Wam najwięcej i ze szczegółami, kto najlepiej poradzi (bo z doświadczenia i szczerego serca), kto między wiersze wplecie odrobinę humoru (u Uli to coś więcej niż odrobiona), zdrowego dystansu, niezbędnej normalności, historii ludzi i wyjątkowych emocji, które ze sobą niesie ten dzień? Tylko ona.

Wypoczęci, zrelaksowani, najszczęśliwsi? Wciąż w podróży poślubnej?
Tak, jesteśmy w samym środku naszej podróży poślubnej. :) [red. data rozmowy to 2.06.2018] Czy najszczęśliwsi? Nie bardziej, niż zazwyczaj – ale na pewno jesteśmy zafascynowani Zanzibarem, jego odmiennością, ludźmi, wszechobecnym Hakuna Matata i pole pole, które powoli i niepostrzeżenie wnikają w krwiobieg i pozwalają całkowicie się oddać relaksowi. Nie zastanawiajcie się nad podróżą poślubną - potem już nie znajdziecie w sobie tego "napędu", aby wyjechać i nie będzie to już to samo. Polecam - zaczynanie małżeństwa od picia soku kokosowego prosto z orzecha i budzenie się przy dźwięku fal oceanu jest całkiem, całkiem! ;) 
 
Jak wyglądał Wasz ostatni miesiąc przed ślubem? Było intensywnie czy raczej na luzie?
Ostatni miesiąc nie był szczególnie zabiegany, może dzięki planowaniu wszystkiego z wyprzedzeniem. Coś zaczęło się kotłować mniej więcej dwa tygodnie przed ślubem, a tak naprawdę – to dwa ostatnie dni dały nam popalić. Musieliśmy zrobić trochę drobnych zakupów na śniadanie dzień po weselu, zawieźć winiety, alkohol na salę, przygotować wszystko na dzień ślubu, itd. Pewnie można było kilka spraw ogarnąć wcześniej – to, że biegaliśmy jak kot z pęcherzem wynikało wyłącznie z tego, że przeceniliśmy swoje możliwości. Gdyby nie to, że wzięliśmy kilkudniowy urlop i gdyby nie moje nieocenione druhny – nie dalibyśmy rady załatwić większości rzeczy w ciągu tych kluczowych 48 godzin. ;) Tak naprawdę plan stołów w wersji ostatecznej wykonał Paweł kilka godzin przed ślubem, bo jeszcze w piątek kilka osób ot tak, zrezygnowało z udziału w imprezie. ;) Cóż, bywa, choć cały czas dziwi mnie to, że niektórzy chyba nie są świadomi, że podejmując decyzję co do udziału choć tydzień wcześniej (oczywiście nie biorę pod uwagę tak zwanych nagłych wypadków) oszczędzają młodym nieco pracy, a młodym i ich rodzicom zbędnych kosztów.
  
Pozostając jeszcze przed samym dniem ślubu. Nie organizowałaś wieczoru panieńskiego, prawda?
Nie, chyba nie. ;) Ale mogę stwierdzić, że było coś z wieczoru panieńskiego w naszej piątkowej wspólnej wyprawie. W czwartek w nocy przyjechałyśmy do mojego domu rodzinnego, aby w piątek w ciągu dnia ruszyć dalej. Wypiłyśmy trochę wina i poplotkowałyśmy, a w piątek do południa ogarniałyśmy jeszcze bieliźniano-kosmetyczne zakupy. Sama wyprawa na Podlasie to był czysty relaks. Moja siostra kierowała, w głośnikach grała muzyka, a po przyjeździe i załatwianiu sprawunków około 23:00 odkleiły mnie od Pawła, otworzyły prosecco i zaopiekowały się mną. Naprawdę czułam przez cały czas, że dziewczyny nieba by mi przychyliły. :) To był najlepszy wieczór panieński, jaki mogłam sobie wymarzyć i nie zamieniłabym go na nic innego. 
 
Za to zdecydowaliście się na sesję narzeczeńską? Myślisz, że było warto?
Owszem, zdecydowanie warto! Ktoś już kiedyś słusznie zauważył, że jest to świetna szansa na oswojenie się z aparatem i z fotografem również. A naszym głównym motywem była chęć sprawienia Rodzicom małej niespodzianki w postaci dołączenia do prezentowego albumu poza fotkami z dzieciństwa również kilkunastu aktualnych. Poprosiliśmy Michała, aby nasz ślubny plener zamienił na plener narzeczeński. To był koniec kwietnia, drzewa kwitły i sesja zaowocowała przepięknymi, lekkimi, wiosennymi zdjęciami.

A teraz do sedna: W którym momencie poczułaś, że to już się dzieje, że to TEN DZIEŃ?
Tak naprawdę to jeszcze dzień przed powtarzałam, że mam nieodparte wrażenie, jakby to całe zamieszanie i wszystkie decyzje podejmowane były w związku z imprezą kogoś innego. Z kolei w dniu ślubu wszystko zdawało się być pięknym snem, może trochę zautomatyzowanym przez to, że setki razy układałam grafiki, plany i harmonogramy na ten moment. Były też chwile delikatnego ściskania w żołądku, ale tak naprawdę poczułam, że wzięłam ślub dopiero we wtorek po przylocie na Zanzibar, kiedy Paweł na lotnisku powiedział pani w okienku, że płaci za wizę dla siebie i "for his wife". Kiedy to usłyszałam, to pomyślałam, że weszliśmy z Pawłem zupełnie nową epokę. :) Paweł opowiadał mi potem, że on też czuję się odrobinę inaczej jako żonaty facet. Założyliśmy rodzinę, i to jest super uczucie. :) 

Jak spędziłaś przedślubny poranek?
Wspaniale! Tak, jak wspominałam, obudził mnie śpiew ptaków (dom wujków Pawła znajduje się niemal na odludziu, wśród łąk i lasów) w znakomitym nastroju – pogoda dopisywała nam przez cały weekend, no może poza piątkową burzą. Miałyśmy czas dla siebie ledwie do 8:00 – potem dziewczyny pojechały do fryzjera, a ja wskoczyłam pod prysznic, żeby ok. 9:00 się z nimi zamienić. Cały ten dzień minął w bardzo uporządkowany sposób.

Jak wyglądało Twoje pierwsze spotkanie z Pawłem w dniu ślubu?
Nazwałabym je: |first look w asyście|. Trochę byliśmy speszeni sporą ekipą – kamerzyści, fotografowie, wujkowie, druhny z mężami, kierowca naszego ślubnego Jaguara. Pamiętałam, żeby pokierować Pawła do ogrodu, ale zapomniałam dodać, że chcemy się tam spotkać sami. :) Prawdziwa intymność tak naprawdę pojawiła się dopiero tuż przed ślubem, w drodze do ołtarza i podczas składania przysięgi, i wcale nieważne, że było tam z nami ponad sto osób. :)
 
Organizowaliście tradycyjne błogosławieństwo?
Tak – to jest ta część tradycyjnego "obrządku", z której nie chcieliśmy rezygnować. To był ważny moment – dla nas, dla Rodziców, dla Dziadków. Cieszę się, że mogliśmy ich mieć przy sobie. To był taki rodzinny "first look", szczególnie, że oni też dopiero wtedy mnie zobaczyli w sukni ślubnej. :) 
 
Czy możecie przyszłym Parom Młodym polecić jakieś nauki i poradnie rodzinną?
Mieliśmy już pewne fundamenty, ale nauki odbyte u Dominikanów na Freta bardzo nam pomogły obrać trochę bardziej zdecydowany kierunek. Mi osobiście również przydała się wiedza na temat NPR, którą dzieliła się ze mną pani z zintegrowanej poradni (chyba współpracują też z fundacją Sto pociech). Te nauki wyhaczyłam ja, ale ku mojej radości Paweł też się w to zaangażował. Dlatego polecamy. Jednak trzeba traktować wiarę choć trochę poważnie, aby coś z tych nauk wyciągnąć. Jeśli ktoś chce po prostu mieć ten punkt jak najszybciej z głowy, to szkoda aby zajmował miejsce tym, którzy naprawdę go potrzebują. Przykro było patrzeć na spotkaniach na smutne narzeczone siedzące obok obrażonych facetów, którzy siedzieli z nosem w komórce, tak jakby byli tam za karę. 
 
Czy pojawiły się u Ciebie łzy podczas przysięgi lub w innym momencie?
To, czego nie przewidziałam, to przypływ emocji, kiedy po ukończonym czesaniu Pani Kasia podała mi lustro i zobaczyłam prześliczne upięcie z genialnie wkomponowaną ozdobą. Ledwie się poznawałam. Chyba rozczuliło mnie wtedy to, że mam wokół siebie tyle osób, które pomagają najlepiej jak mogą, żeby ten dzień był wyjątkowy.
I tak, oczywiście podczas przysięgi bardzo mocno się wzruszyłam, trochę łamał mi się głos i było to słychać, Paweł z kolei mówił cicho, być może też walczył z łzami. Ale nie płakałam. "Tak mi dopomóż ..." mówiłam już z uśmiechem. :) 
 
Stresowałaś się pierwszym tańcem, dojściem do ołtarza, wypowiedzeniem przysięgi, czymś innym? Jak poradziłaś sobie ze stresem, o ile w ogóle był?
Stres? No stres! Hakuna matata! ;) Ani przez moment nie byłam zestresowana. Przejęta - tak, a kiedy staliśmy pod salą, również skonfudowana, ale nie zestresowana. Właściwie od rana kogoś uspokajałam – moje roztrzęsione druhenki, kierowcę taksówki, któremu padła klimatyzacja, makijażystkę... Ciekawa byłam, jak wyjdzie nam pierwszy taniec, ale kiedy wodzirej dał nam znak, a Paweł wziął mnie za rękę – wiedziałam, że wszystko będzie OK. :) 
 
Czy mieliście jakiś motyw przewodni ślubu i wesela? 
Tak. I nie. :) Prawdę mówiąc, rok przed ślubem miałam bardzo wyraźną wizję co do tego, jak powinny wyglądać dekoracje. Wielkie paprocie, słowiański mrok i niewiele więcej. Paweł sprowadził mnie na ziemię, bo okazało się, że jemu jest znacznie bliżej do klasycznej elegancji. Spotkaliśmy się więc w połowie drogi – były eleganckie bukiety na złotych geometrycznych stojakach, ale z domieszką różnych gatunków paproci, był lekki pastelowy bukiet ze wstążkami, ale z odrobiną mchu w formie dlugaśnych gałązek, który ciągle łapał mnie za welon. ;) Była duża obręcz z jaskółkami i trochę jaskółek przy stole młodych, ale też geometryczne lampiony i złote ramki. To nie były dekoracje zdominowane przez jeden symbol. Lubię myśleć, że to my byliśmy motywem przewodnim wesela. :) A pomysł z paprociami i drzewkami pod sufit dziś mnie już tylko bawi. ;) 
 
Jak wyglądały Wasze podziękowania dla rodziców i gości?
Staraliśmy trzymać się bliżej konwencji kolacji w eleganckiej restauracji niż weselnej biesiady, dlatego zdecydowaliśmy się na podziękowania w formie toastów  – należały się one gościom – za przejechanie niemałego kawałka drogi, aby być z nami w tym dniu, a także Rodzicom, szczególnie mamom, bo bez nich nie byłoby ani wesela, ani naszego małżeństwa. :) Za każdym razem wzorowo wsparła nas obsługa, która roznosiła sprawnie lampki z winem musującym i zespół, który kierował ruchem. :)
Rodzicom wręczyliśmy nasze zmiksowane zdjęcia w dwóch szytych ręcznie albumach fotograficznych (swoją drogą, to zabawne, jak wiele mamy podobnych zdjęć – z Zakopanego, z łóżek rodziców, z butelkami jako malutkie dzieci) – zostało w nich sporo wolnego miejsca, które wykorzystamy na zdjęcia ze ślubu, wesela, a być może – chrzcin wnuków i kolejnych wspólnych lat. ;)
Gościom nie dawaliśmy żadnych prezentów – całość posiadanych na ten cel środków woleliśmy zainwestować w tyle słodkości i weselnych smakołyków oraz szeroko pojętą oprawę wesela ile się da, i to właśnie rozumieliśmy jako ukłon w kierunku naszych najbliższych. Nie chcieliśmy ich obciążać szpargałami czy jakimkolwiek innym drobiazgiem, który dla części i tak będzie tylko zbędnym balastem.
Jesteśmy za to nastawieni na jakąś formę podziękowania – za obecność i wspaniałe upominki - po powrocie z podróży poślubnej. Być może uda się rozdać i rozesłać do wszystkich choć kilka odbitek z imprezy. Ale najważniejsza będzie okazja do osobistego pofatygowania się, spotkania i powiedzenia – dziękujemy. :)

Czy wykonywaliście jakieś rzeczy, dekoracje samodzielnie?
Tu nie możemy pochwalić się imponującym dorobkiem. :) Woleliśmy robić to, co potrafimy najlepiej, czyli pracować zawodowo, a za zgromadzone środki wynająć profesjonalistów. ;) Jedynie Paweł na znalezionym przeze mnie ślicznym papierze czerpanym (z zatopionymi w nim żółtymi płatkami kwiatów) wydrukował plan stołów, który w dniu ślubu zabrał na salę. Natomiast siostra Pawła zaprojektowała ozdobną obręcz z jaskółkami, którą zostawiliśmy sobie na pamiątkę. Aha – i jeszcze sami pogięliśmy winiety! :D 
 
Jaką i skąd miałaś suknie ślubną? Jakie dodatki? Czy w dniu ślubu byłaś z niej w pełni zadowolona?
Suknia była jedną z przyczyn tego, że w trakcie wesela unosiłam się na małym różowym obłoczku błogostanu. ;) Nigdy w życiu nie usłyszałam tylu pięknych i szczerych komplementów na temat swojego stroju! Miałam trochę obawy, bo suknia jest odważnie wykrojona na plecach, ale w kościele cierpliwie przykrywała je welonem szwagierka, a potem w wirze zabawy przestało mi to wadzić. Były też momenty, że jedna jedyna haftka spinająca ją z tyłu nad łopatkami rozpinała się w tańcu, ale mąż szybko naprawiał tę drobną awarię, zanim sprawy mogły zajść za daleko. ;) Do sukni dokupiłam (na prośbę narzeczonego) długi welon, miałam też kolczyki i buty w szampańskim kolorze. Większej ilości biżuterii nie chciałam, bo już wcześniej zdecydowałam się na wykonaną na zamówienie ozdobę autorstwa Kasi z pracowni Jeżka (wśród fryzjerek i przyszłych panien młodych zrobiła furorę, mogę tylko od siebie dodać, że Kasia wie co robi :) ). 
Suknię uszyto w pracowni tureckiego projektanta Tarika Ediza, którego odzież można kupić w warszawskim salonie Madonna. Z obsługi byłam całkiem zadowolona, mimo mojej awersji do zakupów. Jednak nieoceniona jest podczas przymiarek również obecność bliskich dziewczyn, które spojrzą na pannę młodą chłodnym okiem i ocenią ją niezależnie od niekończących się pochwał ekspedientek. 
 
Czy zaplanowaliście jakieś dodatkowe atrakcje?
Nie. I jest nam z tym bardzo dobrze. :) Prawdę mówiąc, mamy nadzieję, że trend polegający na robieniu z wesel cyrku się w końcu odwróci. Teraz ludzie na imprezach biegają od fotobudki do drinkbaru, po drodze mijając fontanny czekolad, piramidy sushi i taniec z ogniem. :D My - mimo poświęconych na to bitych dziesięciu godzin - mieliśmy ekstremalnie mało czasu na "bycie" w tym dniu – bycie z gośćmi, z Rodzicami, ze świadkami – naprawdę nie wiem, co by było, gdyby czas zajęły nam pokazy sztucznych ogni, etc. Nie robiliśmy nawet oczepin, tylko dwie zabawy. :)

Kto pomagał Wam w organizacji/koordynacji/ogarnianiu podczas wesela?
Czadu dawały przede wszystkim moje druhny – już pod koniec wesela dowiedziałam się, że cała obsługa sali znakomicie zna już moją siostrę, która wszystkie organizacyjne drobiazgi dogadywała z managerką sali, nawet na moment mnie tym nie obarczając. Nie wiem, jak ona to wszystko ogarnęła, ale do mnie nie dotarł żaden zgrzyt i żaden problem, zanim nie został przez nią rozwiązany. Podejrzewam, że również pozostałe dziewczyny miały w tym swój udział.
No i oczywiście nasi podwykonawcy – wszyscy bez wyjątku byli wspaniali! Nie wiem, na ile był to dobry wybór, a na ile łut szczęścia, ale każdy z osobna dołożył swoją cegiełkę do tego pięknego dnia i nigdy im tego nie zapomnę. :) 
 
Jak zakończyliście wesele?
Ono samo naturalnie wygasło. :) Zostało nas może kilkanaście osób – głównie druhny z partnerami, zatańczyliśmy ostatniego wężyka i już po chwili zrobiła się czwarta rano i mogliśmy spokojnie udać się do apartamentu nowożeńców w świetle budzącego się dnia. Jestem zadowolona z tego, że mogliśmy pozostawić obsłudze sali najcięższą robotę, zwłaszcza po nieprzespanej nocy – czyli sprzątanie i pakowanie jedzenia . Jedyne o co się martwiliśmy, to mała ilość snu – już o 8 byliśmy z powrotem na nogach, ogarniając odbiór jedzenia, alkoholu i organizując śniadanie przyjezdnym gościom.

Z czego, biorąc pod uwagę wszystkie efekty przygotowań, jesteś najbardziej zadowolona?
Cieszę się, że udało nam się zachować formułę eleganckiego przyjęcia – widzieliśmy, że gościom to się spodobało i czuli się "dopieszczeni" - wspominamy to z radością. Całokształt zagrał – piękna sala, ładnie podane i smaczne jedzenie, efektowne dekoracje i muzyka bez disco – polo – wszystko było spójne, ale nie nudne.

Co było dla Ciebie najtrudniejsze w całym tym dniu?
Najgorsze było to uczucie "rozrywania". Każdy, kto wesele ma za sobą, będzie pewnie wiedział, o czym mówię. :) Jest tyle miejsc, w które chcesz pójść, tyle osób, z którymi chcesz porozmawiać, tyle decyzji, które musisz podjąć, że ostatecznie czujesz, że nic nie zrobiłaś tak na sto procent. Te półsłówka rzucane w biegu do ważnych przecież ludzi wkurzały mnie najbardziej, ale niewiele można zrobić, jeśli tych ludzi jest 140, a Ty tylko jedna. :)

Twoje najzabawniejsze wspomnienie z tego dnia…:)
Zdecydowanie wygrywa szminka, więc jednak muszę o niej napisać ciut więcej. ;) Przy błogosławieństwie i całowaniu w czoło spora część jasnoróżowej szminki zmieniła właściciela i wylądowała na moim i Pawła czole. Nie było problemu zetrzeć ją z Pawła, ale przy próbach zdjęcia jej ze mnie w moim czole zaczynała pojawiać się dziura po startym ślubnym makijażu. Na zegarku było po szesnastej, a ślub był za niecałą godzinę, ale zdecydowaliśmy, że pojedziemy na sygnale do naszej bazy i makijażystki na błyskawiczną korektę. Ostatecznie cała akcja ratunkowa skończyła się powodzeniem i już kwadrans przed ślubem podpisywaliśmy ślubne dokumenty w kościele. Szkoda mi tylko mamy, która strasznie się tym przejęła. Zupełnie niepotrzebnie, bo to jedno z moich ulubionych wspomnień. :) W razie gdybyście jednak nie miały do dyspozycji makijażystki tuż przed ślubem (nasza w tym czasie wciąż malowała moje druhny – szczęście w nieszczęściu), to poproście mamy, aby całowały Was tylko symbolicznie. ;) 
 
Ulubione pytania wszystkich w Internecie: Coś się nie udało?  Coś byś zmieniła (w całych przygotowaniach lub w samym dniu ślubu i wesela)?
Tak – przy malowaniu sypnął się harmonogram. Wiadomo, że przy trzech osobach może wystąpić obsuwa, która przy każdej kolejnej może się pogłębić, a co dopiero – przy pięciu. Mieliśmy jak się okazało za mały zapas czasu (mimo startu o 8:00), co skutkowało tym, że moja przyjaciółka i siostra nie były na błogosławieństwie. Pocieszam się tym, że dotarły na przysięgę, ale wyobrażam sobie, jak musiały się czuć. Ten za sztywny grafik to jedyna rzecz, którą tak naprawdę bym zmieniła. 
 
Gdzie zdecydowaliście się zrobić sesję poślubną? Czy to już za Wami?
Myślę, że nieprędko znajdziemy na to czas, ale wstępnie ustaliliśmy z fotografem, że spotkamy się w lipcu lub sierpniu, kiedy wróci z urlopu. To i tak duży postęp, bo początkowo nie chcieliśmy żadnej takiej sesji (w to miejsce była sesja narzeczeńska). Ale po obejrzeniu zdjęć plenerowych naszego rodzeństwa zmieniliśmy zdanie – to wyjątkowa pamiątka, która będzie nam służyć przez lata do odświeżania wspomnień. :) 
 
Jak wrażenia po podróży poślubnej?
Czy jeszcze ktoś to czyta??? :) Bo mogłabym wysmażyć drugie tyle tekstu, tylko i wyłącznie zachwycając się Zanzibarem. Jak już pisałam Milenie, osobiście nie jestem zwolennikiem jakiegoś ekstremalnego podróżowania w stylu Pawlikowskiej, Paweł z kolei nie lubi leżenia plackiem na plaży i tu jest coś dla nas obojga. Komfortowe pokoje, przepyszne jedzenie przygotowane przez gospodarza, taras słoneczny na wyciągnięcie ręki, przygotowywane na miejscu smoothie z marakui, mango i banana, ale też – pływanie łodzią dhow, snorkling, homary prosto z ogniska, szukanie baobabów w środku dżungli. Szczerze polecam Zanzibar. Gdyby ktoś chciał więcej informacji i rekomendacji – Milena wie gdzie mnie znaleźć. :)

wtorek, 21 marca 2017

Podziękowanie rodzicom a trudne sytuacje

kateplus
Pomimo całej pozytywnej energii jaką najczęściej niosą ze sobą przygotowania do ślubu, czasem w ich trakcie natrafia się na sytuacje trudne. Takie, które bezpośrednio dotykają i mogą sprawiać przykrość. Jedną z nich bywa próba zorganizowania podziękowań dla rodziców w sytuacji, gdy jedna osoba chce podziękować bardzo, bo ma za co, a jej druga połówka ma sytuację rodzinną, która podziękowaniom nie sprzyja. I tu czasem pojawia się zgrzyt… Bo jak i w jaki sposób z podobnych sytuacji wybrnąć?

Jak podziękować, gdy sytuacja rodzinna temu nie sprzyja?

 
Nie wszystkie historie rodzinne są proste i nie wszystkie sprzyjają organizacji podziękowań na weselu. Coraz częściej zdarzają się rodzice po rozwodach, mający kiepskie relacje ze swoimi byłymi  partnerami, rodzice z którymi narzeczeni nie mają dobrych kontaktów i tacy, którzy już nie żyją. Jeśli nie zdecydujecie się lub nie możecie zaprosić któregokolwiek z "trudnych" rodziców na ślub, to sprawa rozwiązuje się sama. Trudności pojawiają się w przypadku, gdy rodziców zapraszacie lub bardzo chcielibyście ich przy sobie mieć, a nie możecie. A wtedy...


1. Nie organizujcie podziękowań na weselu.
Jeśli jedno z Was nie ma rodziców albo niedawno ich straciło i ta strata jest dla niego bolesna, jeśli jedno z Was nie ma dobrych rekcji z rodzicami, jeśli wiecie, że Wasi rodzice po rozwodzie nie wystoją obok siebie dwóch minut - zrezygnujcie z publicznych podziękowań. Każdemu z nich możecie podziękować osobno, w najwłaściwszy dla niego sposób.


2. Nie wykluczajcie publicznie z podziękowań nikogo z zaproszonych na wesele.
Zdecydowanie lepiej podziękowania zorganizować w momencie, gdy "rodzica do wykluczenia" nie będzie w pobliżu. Jeśli nie jest to możliwe na weselu, to zróbcie to przed lub po oficjalnej imprezie. Możecie, dla wybranych, zorganizować kolejce u siebie w domu lub zaprosić rodziców do restauracji. I też będzie wyjątkowo.


3. Podziękujcie… w neutralny sposób.
Pomimo trudnych relacji w rodzinie czujecie, że macie za co każdemu z rodziców podziękować , ale…  publiczna forma, przy śledzących Was wzrokiem gościach, jest krępująca. Podziękujcie w kościele, sami i/lub przy pomoc księdza czy oprawy muzycznej ceremonii. Krótko, oficjalnie, za to, za co każdemu rodzicowi podziękować się da.
Podobnie możecie zrobić w przypadku śmierci jednego z rodziców. I dodatkowo, w dogodnym dla Was momencie, odwiedzić cmentarz.


4. Zorganizujcie… coś zamiast.Zamiast piosenki, wspólnego tańczenia w kółeczku, dawania prezentów… Pomyślcie nad małym wydarzeniem, które wyróżni w tym dniu rodzica, którego chcecie wyróżnić. Może taniec z tatą, może wspólne przygotowania z mamą, dedykacja ulubionej piosenki taty (nawet tej, której Wy nie cierpicie ;)), może wyjątkowy element stroju (ślubne kolczyki mamy jako coś pożyczonego)… Ogranicza Was kreatywność ;)


5. Postawcie się na miejscu swojej drugiej połówki.Nie zmuszajcie nikogo do podziękowań tylko dlatego, że Wasi rodzice byli super i im się należy. Jeśli są super, to zrozumieją. Komfort i samopoczucie Waszej drugiej połówki są w tym momencie najważniejsze.
Podziękowania dla rodziców powinny być radosnym momentem w którym leją się jedynie łzy wzruszenia. Nie dopuśćcie, aby było inaczej.

piątek, 26 sierpnia 2016

Kiedy, jeśli nie na weselu, podziękować rodzicom?

Vanessa Ferreita Fotografia / lapisdenoiva
Coraz częściej publiczne podziękowania rodzicom w trakcie wesela lądują na liście rzeczy z których Para Młoda najchętniej by zrezygnowała (o swoim zdaniu na ten temat pisałam tu i tu). Bo publicznie, to "na pokaz", z tremą, skrępowaniem, bez intymności, a czasem z dużą ilością przykrych wspomnień. Jeśli planujecie z takiej formy podziękowań zrezygnować, to zapewne macie swoje powody i argumenty nie do podważenia. Teraz czas na krok numer 2. W momencie podjęcia takiej decyzji pojawia się pytanie: Jak inaczej i gdzie to zrobić?

Na błogosławieństwie
Ślub kościelny zdecydowanie sprzyja znajdowaniu okazji do zostania z rodzicami sam na sam lub wykorzystania jego elementów w celu powiedzenia od siebie kilku słów. Niezależnie od tego kiedy macie błogosławieństwo (dzień przed czy w dniu ślubu) możecie oba, często dość wzruszające, elementy połączyć w jedną całość i tuż po błogosławieństwie podziękować rodzicom i wręczyć upominki. Tym sposobem wszyscy w tym samym momencie macie okazję do powiedzenia sobie ważnych słów, a jednocześnie nie zabraknie Wam czasu na ewentualną poprawę makijażu po przeżytych emocjach ;)

W kościele
Moim największym okryciem i najciekawszą informacją jaką wyniosłam z poradni rodzinnej był fakt, że rodzicom można podziękować także na mszy ślubnej! Wiem, to nadal publicznie, nadal z tremą, ale już bez otoczki, którą wielu nazywa "cyrkiem". Nadal nie będzie to doskonały moment do wniesienia wielkich prezentów, ale do powiedzenia ważnych słów, w rodzinach mocno wierzących, mam wrażenie, że idealny. Chcecie zadedykować rodzicom piosenkę i nie chcecie "Cudownych rodziców mam"? W kościele, wybierając odpowiedni utwór, też możecie. Choć w tym przypadku bardzo polecam uważać na tekst, patetyczność i solidne wzruszenia. W którym momencie? Najprawdopodobniej okazję do takiego wystąpienia od księdza otrzymacie po błogosławieństwie.

Wcześniej/później
Dzień, tydzień przed lub po. W dowolnym momencie, który będzie dla całej Waszej grupy komfortowy. Momencie, który nie sprawi, że wszystkie Wasze rozmowy będą dotyczyć ślubu i wesela (jest takie ryzyko gdy wybieracie termin przed ślubem). Jeśli zdecydujecie się na podziękowania po weselu, to upewnijcie się, że rodzice nie będą niemile rozczarowani tym, że w trakcie wesela nic takiego się nie wydarzyło. 
Spotkanie z podziękowaniem zorganizujecie w miejscu, które będzie wystarczająco intymne i podkreślające ważność wydarzenia (np. zaproszenie do teatru, a potem kolacja w Waszym domu lub restauracji, macie pełną dowolność w wyborze). 

Kto z Was nie dziękuje na weselu? Kiedy i jak planujecie to zrobić? 

środa, 11 maja 2016

Dla kogo są te podziękowania?

Gina Leigh Photography
O jakie podziękowania chodzi mi w tytule tego wpisu? Można mieć co do tego wątpliwości ;) Chodzi o podziękowania dla rodziców i o to, że czasem zamiast być "dziękuje" skierowanym w ich stronę stają się to kolejnym elementem wielkiego show pt. "Ślub Ani i Marka" (imiona możecie dowolnie zmienić). A tak chyba nie powinno być…

Coraz więcej Par Młodych wychodzi z założenia, że to ich ślub, ich wesele i będą one wyglądały dokładnie tak jak Para sobie wymarzy. To im ma się podobać, to oni mają się czuć z tym komfortowo. Podejście bardzo słuszne, ale jak każde inne… może mieć swoje granice. Co powiecie na to, że Para Młoda decyduje o rodzaju muzyki (z zastrzeżeniem, że wesele musi być bez disco polo), menu (potrawach jedynie wegańskich), braku wódki (jedynie winie do obiadu)? Oburzonych takim egoizmem Pary zapewne będzie wielu, bo "nic goście z tego wesela nie będą mieli". Wg mnie będą, choćby okazję do zdobycia nowych doświadczeń, spróbowania czegoś innego i inaczej. I jeśli gościom z taką myślą jest źle, to ich wina, sami sobie to negatywne nastawienie fundują. Gdzie kończy się więc moja granica dotycząca tego gdzie Para Moda jest najważniejsza, a gdzie powinna oddać pałeczkę komuś innemu? Na podziękowaniach dla rodziców.
 

[łapcie ironię] Prawda, że podziękowania dla rodziców to jeden z tych… ykhm… elementów wesela na pokaz? Bo na pokaz nie jest biała suknia, zespół czy fotograf na którego normalnie nie byłoby nas stać (ale to ślub, więc przepłacimy), prezenciki dla gości, aby nas i to wesele zapamiętali jako najlepsze w rodzinie? Nie, na pokaz jest to, że podziękuje się rodzicom, nawet jeśli ma się za co i byłoby to szczere. Że zrobi się to publicznie, że zadedykuje się im piosenkę, że się z nimi zatańczy, że da się im kosz ze słodyczami… Hm? [koniec łapania]
 

Czasem zastanawiając się nad tym czym kreatywnym zastąpić tradycyjne podziękowania, zapomina się o tym, że to mają być podziękowania dla rodziców. Nie muszą spektakularnie wypaść na zdjęciach i filmie, nie muszą sprawić, że wszystkie kolejne Pary Młode w rodzinie będą ściągnąć od Was pomysł, nie muszą wycisnąć łez lub wręcz przeciwnie – zahamować ich. Podziękowania dla rodziców są jedynym elementem na weselu, który nie jest dla Was i to nie Wam ma najbardziej się podobać. To moment dla rodziców, ma się spodobać im – bardziej niż Wam. To dokładnie tak samo jak z dawaniem prezentu na każdą inną okazję: nie wysyłamy go pocztą tylko wręczamy osobiście, nie kupujemy czegoś co podoba się nam, a to co spodoba się drugiej osobie (i nie naruszy Waszego "honoru"/wartości).

Coraz popularniejsze jest rezygnowanie z publicznych podziękowań na weselu. Czy to złe? Oczywiście, że nie. Prywatność daje większy komfort i większe poczucie intymności. Prywatność jest dobra, jeśli obie strony jej chcą i nikt nie będzie nią rozczarowany.

"A czego chcieliby rodzice?" - to chyba najważniejsze pytanie, które warto sobie zadać. Czasem mam wrażenie, że wszyscy notorycznie o tym zapominają robiąc z podziękowań swój prywatny spektakl. Bo to ich wesele,  ich "cyrk i ich małpki". A przecież to co zrobicie ma się podobać rodzicom, nie Wam. Wam ma jedynie korona z głowy nie spaść.


*Wpis dotyczy osób, które czują, że mają komu i mają za co (nie, nie tylko za wesele) dziękować.

niedziela, 7 czerwca 2015

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Martyna

Historia Martyny:
Dziś, gdy już od ponad pół roku jestem szczęśliwą Niepoprawną Żoną postanowiłam wrócić pamięcią do tych pięknych chwil :)
Aby w pełni omówić naszą „nietypowość” musimy się cofnąć w czasie o jakieś 10 lat,  kiedy to zaczęła się nasza historia. Adam rodowity białostoczanin, ja – poznanianka. Adam lat 18, ja 17. Nasze drogi spotkały się w Górach Stołowych. Można by rzec: klasyczna „wakacyjna miłość”. Dwa tygodnie młodzieńczych szaleństw, każde z nas wróciło do swoich domów.
Zostały piękne wspomnienia i … dzielące nas 500 km. Po roku znajomości i kolejnym wakacyjnym spotkaniu postanowiliśmy, że na przekór wszystkim przeciwnościom losu będziemy razem! I tak kursowaliśmy do siebie przez 7 lat i jak to w życiu - bywało lepiej i gorzej. Teraz, gdy od trzech lat mieszkamy ze sobą nie wiem jak wytrzymaliśmy tą rozłąkę, ale wiem jedno – dzięki temu bardzo doceniamy każdą chwilę w której jesteśmy razem.
I tak też po siedmiu latach kursowania na trasie Poznań – Białystok ulokowałam się na końcowym przystanku tej podróży. Towarzyszyły temu skrajne emocje - z jednej strony nieopisana radość, że w końcu jesteśmy na 100% razem, z drugiej całe moje dotychczasowe życie zostało w Poznaniu. Czego się nie robi z miłości! A tęsknota za rodziną i przyjaciółmi? Żyjemy w XXI wieku! Życie co prawda zweryfikowało niektóre znajomości, ale z rodzicami rozmawiam częściej niż kiedy mieszkaliśmy pod jednym dachem :) A Adam w związku z tym, że swoje życie towarzyskie w Białymstoku budowałam od podstaw, poza przyjacielem stał się również moją przyjaciółką, jakkolwiek by to nie brzmiało :D
Do rzeczy!
Zdecydowaliśmy, że ślub weźmiemy w Białymstoku, czyli „niepoprawnie” porzuciłam swoją rodzimą poznańską parafię :) Uznaliśmy, że organizacja wesela na odległość może być problematyczna. Chociaż organizacja na miejscu również okazała się nie lada operacją logistyczną - cała moja strona to goście przyjezdni, praktycznie z każdej strony Polski :) W toku przygotowań musieliśmy podjąć jeszcze jedną ważną decyzję, w związku z tym, że Adam jest prawosławny pozostawała kwestia: ślub w Kościele czy ślub w Cerkwi. Stanęło na drugiej opcji :) z której oboje byliśmy szalenie zadowoleni, zarówno od strony formalnej (procedura - nauki i zaświadczenia ograniczone do niezbędnego minimum), jak i symboliki ceremonii zaślubin – polecam się zapoznać, bo długo by tu pisać.
Wesele zaczęło się na dobrą sprawę dwa dni przed właściwym terminem :) Wtedy też przyjechali moi rodzice i świadkowie (podczas ślubu w Cerkwi każde z małżonków ma swoją parę świadków). W związku z tym, że zarówno ja jak i moja przyjaciółka - świadkowa jesteśmy florystykami oprawa kwiatowa ślubu i wesela była szczegółowo zaplanowana. Wraz z Asią z Poznania przyjechał cały samochód kwiatów :) W środę po obiedzie u moich teściów goście udali się do hotelu przy Sali weselnej.  My musieliśmy jeszcze szybciutko udać się na spotkanie z zaprzyjaźnionym fotografem, by nakręcić krótki filmik do podziękowań dla rodziców. Potem popędziliśmy na salę, żeby pomóc Asi w przygotowaniu dekoracji. Już po tamtym wieczorze wiedziałam, że mogę być spokojna o obsługę naszego wesela. Siedzieliśmy z moją mamą, świadkami i przyjaciółmi w oranżerii wijąc wianki na żyrandole, a przemiła kelnerka przynosiła nam co rusz jakieś smakołyki :). Do późna „instalowaliśmy” dekoracje na Sali.
Czwartek był równie pracowity: odbiór prezentów dla gości – małych sękaczy. Wizyta u kosmetyczki. Wizyta w Cerkwi wraz z rodzicami i świadkami, gdzie przeprowadziliśmy niejako „próbę”  ceremonii, a Kapłan pięknie wytłumaczył wszystkim, tak jak nam na spotkaniu w ramach nauk przedmałżeńskich, symbolikę całej ceremonii. Wieczorem znów wizyta na Sali, rozstawianie winietek i pozostałej poligrafii ślubnej. Witanie kolejnych przyjezdnych gości. Znów późny powrót do domu, ale na pełnym luzie, bez obaw o niewyspanie itp.  Jedyne co nas martwiło to pogoda, cały dzień mżył deszcz, było szaro- buro! Pozostała szybka lista rzeczy do zrobienia „na jutro” i spać.
I w końcu nastał ten dzień. Po przebudzeniu przywitało nas słońce! Byliśmy tak pozytywnie nakręceni, że jakoś nie było czasu na stres. Moim największym zmartwieniem było to żeby w tym wszystkim nie zapomnieć o jedzeniu. Ale nad tym dzielnie czuwała Asia z moją Mamą. No i się zaczęło… Adam zajął się przygotowaniem naszego ślubnego auta, a ja? Fryzjer, oczekiwanie na makijażystkę w domu, szybka kawa z Mamą i malowanie. Gdy w domu znów pojawiła się moja świadkowa w 100% gotowa, a Mama pojechała do hotelu się przebierać, to był znak, że trzeba się pomału szykować. Z racji tego, że przygotowywaliśmy się oboje w mieszkaniu teściów,  w szczytowym momencie w domu było tłoczno. Czas zaczął płynąć kilka razy szybciej niż zazwyczaj. Pojawił się fotograf, ja ze świadkową przygotowywałam się w jednym pokoju, Adam ze swoim świadkiem w drugim. Nadszedł czas na Błogosławieństwo. I tu spore zaskoczenie! Byłam święcie przekonana, że to moja Mama zaleje się łzami, a razem z nią ja, a tu niespodzianka – jako pierwszy wystąpił mój Tata, powiedział jedno słowo i zeszkliły mu się oczy i załamał głos, chyba dlatego, że oddawał  swoją jedyną córeczkę ;). Tu niespodzianek koniec bo wraz z nim popłakałam się i ja. Ale dzielnie wspierał mnie chrześniak Adama, dwuletni Kubuś, który całe Błogosławieństwo stał obok mnie i dzielnie trzymał za rękę! Bardzo doceniam jego wsparcie :)
Najśmieszniejszym momentem „przedślubnym”, który często wspominamy jest przejazd z domu do Cerkwi. Mieliśmy do pokonania niecałe 2 kilometry, a udało się stworzyć ciekawą historię! Wsiadając do samochodu Adam poczuł potrzebę spożycia miętówki/gumy,  jego świadkowa poczęstowała go Mentosem, jako dobry mąż wziął i dla mnie. W samochodzie dokonaliśmy konsumpcji, po czym stwierdziliśmy, że jeszcze na szybko trzeba się napić i będziemy gotowi. Świadek w samochodzie podał nam Coca-Colę! Adam popił, ja popiłam, po czym przypomniało mi się co się dzieje, gdy się wrzuci Mentosa do Coli :) Ale obyło się bez incydentów!
W oczekiwaniu pod Świątynią uśmiechy nie schodziły nam z twarzy, cieszyliśmy się, że widzimy wszystkich najbliższych nam ludzi, którzy postanowili z nami być w tym dniu. Sama Ceremonia przebiegła niesamowicie spokojnie, w dużej mierze dzięki Kapłanowi, który ją prowadził. Przywitał nas w drzwiach ciepłym uśmiechem, którym nas zaraził, kilka miłych słów i: „No to zaczynamy!”. Sama ceremonia zaślubin w Cerkwi robi ogromne wrażenie, przede wszystkim pięknie śpiewający chór, msza odprawiana w języku starocerkiewnym (w naszym przypadku najważniejsze modlitwy były czytane również po polsku ze względu na moją rodzinę)! Zwłaszcza, że 90% moich gości prawdopodobnie pierwszy raz było w Cerkwi, a chyba 100% pierwszy raz na ceremonii zaślubin :)
Życzenia po ceremonii, w końcu mogliśmy uściskać wszystkich naszych gości!
Niesamowicie miło było niemalże od każdego słuchać „Pięknie wyglądacie!”. Stwierdziliśmy, że chyba już nigdy w życiu tyle razy w ciągu jednego dnia nie usłyszymy :). W trakcie życzeń „zamiast kwiatów” zbieraliśmy pieniążki na białostockie Hospicjum dla dzieci, nasi goście bardzo pozytywnie zareagowali na tą akcję (Fundacja Pomóż Im – Nadzieja zamiast kwiatów), a my po dzień dzisiejszy ze wzruszeniem spoglądamy na dyplom, który dostaliśmy w podziękowaniu od Fundacji.
Goście wyruszyli na salę, my spokojnie udaliśmy się do samochodu i powoli wyruszyliśmy za nimi. Podczas powitania zagięła mnie moja Mama, co przeczuwałam już w drodze na salę, a zupełnie zapomniałyśmy na ten temat porozmawiać. Pytanie przy powitaniu „Co wybierasz chleb, sól czy Pana Młodego?” mnie oczywiście zagięło!  Ale jakoś z podpowiedzią dałam radę :)
Po pierwszym toaście zasiedliśmy do stołu, byłam niesamowicie głodna! Tak jak się spodziewałam obsługa nie zawiodła, wszystko było przygotowane perfekcyjnie, tak jak było ustalone, a może nawet lepiej! Z tego co pamiętam, że zjadłam i z relacji gości wiem, że jedzenie było cudowne! Duży komfort dawał nam też nasz zespół! Dzięki nim nie siedzieliśmy jak na szpilkach zastanawiając się czy to już tańczyć, czy już podziękowania dla rodziców itp. Oni nad wszystkim czuwali :) To dzięki nim i cudnej obsłudze Sali mogliśmy się swobodnie bawić na własnym weselu! Pierwszy taniec na spontanie, bez ćwiczeń, gdyż jesteśmy tancerzami bardzo amatorami (lubimy ze sobą tańczyć, ale nie odpowiadamy za wrażenia estetyczne), dlatego też stwierdziliśmy, że lekcje i układy dostarczą nam jedynie  niepotrzebnego stresu (ja to chyba nie zjadłabym rosołku :D). Tak więc zakręciliśmy się kilka razy w kółku stworzonym przez naszych gości i po chwili zespół zaprosił wszystkich, aby przyłączyli się do nas :D Polecam to wszystkim nietanecznym PM. Później zabawa zaczęła się na dobre! My krążyliśmy między parkietem, a stołami gości. Ogromną zaletą Sali jest parkiet oddzielony od części „biesiadnej”, jest to jednak szklane przepierzenie, więc mogliśmy swobodnie rozmawiać, ale widzieliśmy również parkiet i bawiących się gości. W koszt Sali wliczony był barman. Pani za barem wyczyniała drinkowe cuda, goście byli zachwyceni, życie towarzyskie przy drink barze kwitło :D
Kolejnym ważnym momentem było podziękowanie dla rodziców. Pierwotnie myśleliśmy o popularnych filmowych podziękowaniach, ostatecznie stworzyliśmy prezentację ze zdjęciami od dzieciństwa do chwili obecnej, której motywem przewodnim było hasło „Czego nauczyli nas rodzice?”. Prezentacja miała być bardziej śmieszna niż wzruszająca, dlatego na początku zawarliśmy kilka szlagierowych haseł, które każdy z nas jako dziecko usłyszał od swoich rodzicieli :) Wszystko wyszło zgodnie z planem, nie wyświetlił się jedynie filmik na końcu, ale to  szczegół, o którym tylko my wiedzieliśmy ;).  Jedyną naszą wtopą było to, że zapomnieliśmy w tym wszystkim o rocznicy ślubu moich rodziców, a właściwie to ze względu na to wybraliśmy właśnie tą datę :) nadrobiliśmy ten błąd nazajutrz.
Zabawa trwała do białego rana, sukcesywnie żegnaliśmy wychodzących gości w podziękowaniu wręczając im sękacze.
Nie planowaliśmy motywu przewodniego, wyszło nam chyba klasyczne wesele podlaskie :D Miejscowi goście pewnie nie byli niczym zaskoczeni, goście przyjezdni natomiast nie mogli się nachwalić jedzenia regionalnego, pięknych krajobrazów podlaskich. Wszyscy jednym głosem chwalili obsługę i zespół, my w 100% dołączamy się do pochwał. Momenty, gdy muzycy z instrumentami schodzili ze sceny do tańczących gości naprawdę robiły wrażenie.
Do pokoju dotarliśmy przed 5.30, noc poślubną zaczęliśmy od ciężkiej dla Adama procedury „odpakowania” Żony, no ale nikt nie mówił, że będzie łatwo :D. O 9 spotkaliśmy się z biesiadnikami na śniadaniu. Z poranka pamiętam jedynie to, że miałam niesamowicie obolałe stopy, bo do końca tańczyłam w butach, wiedziałam, że jak je ściągnę to już nie założę żadnych :D.
Później udaliśmy się na poprawiny, które zorganizowaliśmy już w innym miejscu, niedaleko Sali weselnej. Zależało nam na tym, żeby ten dzień spędzić na luzie z najbliższymi i nie ograniczać się czasem. Biesiadowaliśmy aż do poniedziałku :D
Nie dało się krócej :D 

Nietypowe/ niepoprawne: 
- Suknia ślubna kupiona po pierwszych przymiarkach, ponad rok przed ślubem, na przymiarki wybrałam się z najlepszą przyjaciółką – przyszłym Mężem :)
- Zaproszenia w formie pocztówek z Naszym zdjęciem, projektowane przez Nas.
-  Ślub dwuwyznaniowy w Cerkwi; Czworo świadków, świadkowa w ciąży bliźniaczej; najmłodszy gość weselny zasiadał przy naszym stole :)
- Oprawa florystyczna wesela tworzona przez nas i przyjaciół.
- Spontaniczny pierwszy taniec, w towarzystwie gości.
- Wspaniałe miejsce – Sala weselna – pięknie położona z profesjonalną obsługą i przepysznym jedzeniem w ilościach nie do przejedzenia!
- Genialny zespół, dzięki któremu na własnym weselu bawiliśmy się jak goście :)
- Dwudniowe poprawiny w formie agro-wczasów w gronie najbliższych :)

Rady dla przyszłych Panien Młodych: 
Chyba nie będę oryginalna jeśli napiszę, że nie ma się co stresować. Nauczona doświadczeniem mogę radzić, aby nie dokładać sobie niepotrzebnych stresów. Jeżeli nie jest się tancerzem wybitnym – odpuścić wyuczony układ, jeśli nie jest się oratorem – odpuścić mowy dziękczynne, można przecież je zastąpić inną formą podziękowań. Co jeszcze mogę radzić? Bawcie się i cieszcie tym dniem, tak aby potem wspominać go z uśmiechem od ucha do ucha i zastanawiać się skąd skołować budżet, żeby na rocznicę ślubu wyprawić kolejne wesele :)

Zdjęcia: Piotr Gromko

















Kilka zdań od NPM:
Wróć ;) Z pewnością obejrzeliście zdjęcia, ale czy przeczytaliście tekst? Jeśli nie, to odsyłam do lektury. Po przeczytaniu zdjęcia ogląda i rozumie się inaczej, jeszcze lepiej. I dopiero wtedy, tak jak ja, będziecie się szeroko do nich uśmiechać :D 
Rewelacyjnie czyta się o takiej rodzinnej współpracy w przygotowaniu wesela, wsparciu chrześniaka Pana Młodego, akcji zamiast kwiatów (uwielbiam i doceniam!)... Mnie brakowało przymiotników na opisanie tego co zobaczyłam i przeczytałam: jest rewelacyjnie, naturalnie, mega pozytywnie, rodzinne, po prostu PIĘKNIE :)
Martyno, trzymam kciuki za ten budżet na rocznicę. Bardzo mocno!!!

wtorek, 28 kwietnia 2015

Jak włączyć się w Mszę Świętą Ślubną?

danielmoyerphotography
Podobno ceremonia ślubu w USC jest nudna do bólu? Podobno w kościele jest nie wiele lepiej, bo trzeba wstawać, klękać, siadać i słuchać jak ksiądz przynudza? Bzdura. Każdą ceremonię można uczynić wyjątkową i bardziej naszą, bez wyciągania urzędnika i księdza w plener.
Jak to zrobić z Mszą Świętą Ślubną?

Kościół sprzyja inicjatywom Młodych Par, często nawet bardziej niż nam się wydaje. Jesteśmy ograniczeni pewnymi zasadami i normami, ale mamy duży wpływ na to jak nasza Msza Ślubna będzie wyglądać. Wystarczy kilka chętnych do pomocy bliskich osób, chwila czasu i popracowanie nad aspektami Mszy na które możemy mieć wpływ.

Dekoracje
Najbardziej oczywisty i popularny ze wszystkich punktów. Traktowany często bardzo praktycznie: chcemy mieć ładny kościół, wybieramy dekoracje które do niego pasują (nie do motywu przewodniego).

Oprawa muzyczna
Coś co wzrusza i zachwyca, tym bardziej, że akustyka w takich miejscach daje dużo możliwości. Możemy kierować się doborem rodzaju muzyki do miejsca (postawić na wszystko z tej samej epoki), preferencjami co do rodzaju występu, lubianymi głosami i instrumentami (wybór jest ogromny: organy, flety, wiolonczela, skrzypce, gitary, chóry, kwartety smyczkowe i wiele innych).
Zazwyczaj bezproblemowo można dobrać sobie utwory o przeznaczeniu liturgicznym, o nieliturgiczne można powalczyć (i czasem się udaje) :)

Czytania, ewangelia i psalmy
Narzeczeni mogą wybrać jakie czytania, ewangelie i psalmy chcą usłyszeć.  Wybór ograniczony jest do tekstów Pisma Świętego o tematyce miłości i małżeństwa. Warto jednak skorzystać z tej możliwości i w dniu ślubu usłyszeć teksty, które są Waszemu postrzeganiu bliskie i mówią o czymś dla Was, we wspólnym życiu, ważnym. 
O przeczytanie czytań i/lub odśpiewanie psalmu możecie poprosić bliskie osoby lub zrobić to samodzielnie.

Przysięga
Najważniejsze: przysięgi nie musicie powtarzać za księdzem, możecie ją przeczytać (tak po włosku ;)) lub powiedzieć z pamięci.
Niestety nie możecie zmienić tekstu przysięgi, ale… możecie poprosić księdza o możliwość dodania do standardowej formuły czegoś od siebie. Warto księdza uprzedzić co chcecie powiedzieć i zapytać w którym momencie możecie to zrobić (nie zawsze jest to możliwe po przysiędze).

Modlitwa Powszechna / Modlitwa Wiernych
Modlitwa zazwyczaj zawiera standardowe intencje, dotyczące Kościoła, państwa, wspólnoty parafialnej, ludzkości… Takich intencji jest około 5-6, a w dniu ślubu można część zastąpić bardziej personalnymi odniesieniami - prośbami o łaski dla konkretnych osób.
Módlmy się o… jakie łaski… i dla kogo? Nowych małżonków, ich rodziców, rodziców chrzestnych, dziadków, rodzeństwo, świadków, bliskich zmarłych z rodzin.
Taką modlitwę można napisać samemu (przy pomocy księdza) lub poprosić o to kogoś z rodziny.

Podziękowania dla rodziców
Usłyszałam o tym po raz pierwszy w Poradni Rodzinnej i pomysł uznałam za genialny. Jeśli nie planujecie tańczyć w kółeczku z rodzicami, nie chcecie wyświetlać prezentacji z podziękowaniami i nie potrzebujecie do swoich podziękowań orkiestry i sali weselnej, to możecie zrobić to w kościele, pod koniec najważniejszego etapu dnia ślubu i wesela.