Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróż poślubna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróż poślubna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 stycznia 2018

W oku cyklonu - 4 miesiące do ślubu [Ula]

Ślub za cztery miesiące. Żarty się skończyły. Zaczęłam w końcu czuć, co się dzieje.

Niby część przedślubnego kociokwiku jest pod względną kontrolą, ale odnoszę wrażenie, że za nami ta łatwiejsza część organizacji, którą można było rozłożyć w czasie. Dociera do mnie, że dużą część spraw będziemy musieli ogarnąć w maju. 

Mojej sytuacji nie poprawia zbliżający się egzamin zawodowy. Za chwilę dosłownie wypadam z życia na całe tygodnie, bo będę je spędzać w domu, w dresach, z kubkiem kawy. Co ja mówię, z cysterną kawy! To czas, kiedy to Paweł będzie musiał stać w bezpiecznej odległości i rzucać we mnie czekoladą. ;) I naprawdę ostatnia rzecz, o której potrzebuję teraz myśleć, to kwiaty do dekoracji, wesoły autobus dla weselników z mojej miejscowości i „czy se związać, czy se rozpuścić”. Dlatego do 25 marca zamierzam o tym NIE myśleć, co będzie trudne, bo jestem ciut szurnięta na punkcie doprowadzania spraw do końca i do spazmów doprowadza mnie chociażby te chorerne 7 zaproszeń, których jeszcze nie rozwieźliśmy. Ale spróbuję wytrzymać z tym do kwietnia. Spróbuję. Spróbuję, no!

Styczeń minął nam pod znakiem dalszego ciągu zapraszania weselnych gości – po stronie Pawła jest ich nieco mniej, więc mieliśmy możliwość zajrzenia na dłużej i zamienienia z każdym paru słów. Dla mnie była to super okazja, żeby rodzinę i znajomych poznać nieco bliżej, i bardzo się cieszę, że tylko kilka zaproszeń do bardzo odległych miejscowości wysłaliśmy pocztą.

14 stycznia robiliśmy jedną z przyjemniejszych rzeczy związanych z naszym weselem – to był dzień degustacji menu weselnego na 2018 rok... Wspaniała sprawa. Oczywiście nie obyło się bez przypału, bo namówiłam Pawła na wzięcie dla nas porcji sałatki odrobinę przedwcześnie, prowokując reakcję przesympatycznej pani manager, która przez mikrofon poinformowała, że na razie to jest czas na robienie zdjęć, a na konsumpcję przyjdzie pora. Mówcie mi Bridgett. ;) Ale niczego nie żałuję, bo było pyszne! Jestem absolutnie spokojna o gastronomiczny aspekt przyjęcia. Jedyne, co mnie troszkę zaniepokoiło, to zupełny brak majonezu, trzeba będzie chyba zatargać własny słoik na tę potańcówkę. ;)

Przy okazji degustacji udało nam się pogadać z kilkoma zaprzyjaźnionymi podwykonawcami Rezydencji, bo miała ona trochę taką formę mini-targów ślubnych. I chociaż na początku zarzekaliśmy się, że poradzimy sobie bez animatora, to po tym, co widziałam u naszych gości (a raczej – czego nie widziałam, bo to nie były dzieci, tylko jakieś rozmazane smugi, jakieś szatany totalne!), to refleksja nasunęła się oczywista. Albo bierzemy animatora, albo hipnotyzera, albo speca od calf roping. ;) Animator wydał nam się najbardziej budżetową opcją.

Z kolei w ostatni weekend Pawcio solidnie przysiadł do obdzwaniania ludzi wożących pary młode do ślubu. Z łowów wyszedł zwycięsko i o ile nic nam się nie wykrzaczy po drodze, to w nową drogę życia wyruszymy w Jaguarze. :D Najważniejsze, że bez akompaniamentu akordeonu, bo i takie pakiety były do wzięcia. ;)

Tematu obrączek nie tknęliśmy z uwagi na brak czasu, a poza tym cały czas czekamy na walentynkową promocję w upatrzonym salonie jubilerskim. 

Za to – na samą myśl się ekscytuję – coś zaczęło już kiełkować, jeśli chodzi o podróż poślubną! Długo nie mogliśmy się zdecydować – Paweł zachęcał do rozważenia Ziemi Ognistej, a ja durna prawie bym na to poszła. Na szczęście w porę postanowiłam sprawdzić jakie tam panują temperatury w maju. Potem byłam już podejrzliwa wobec każdego miejsca, w którym jest chociaż cień szansy na możliwość łowienia taaaakich ryb. Nie jeżdżę może w podróż poślubną codziennie, ale i bez tego wiem, że mróz/komary/brak bieżącej wody/więcej komarów to nie są moje priorytety. Chociaż Syberia kusiła, oj, kusiła... Bardziej jednak kusiła wizja oceanu, słońca, picia wody kokosowej i jedzenia krewetek. I tak marudziłam Pawłowi, marudziłam, aż któregoś wyjątkowo brzydkiego dnia, kiedy biegłam na pociąg i padało mi za kołnierz, mój telefon zaćwierkał kusząco, a na mojej skrzynce mailowej pojawiło się potwierdzenie dokonania rezerwacji. A tam... ZANZIBAR! Zanzibar, i pokój z widokiem na Ocean Indyjski, i 12 nocy w pół-polskim pensjonacie przy przepięknej plaży (pod moskitierą). I tyle kokosów, ile tylko zmieszczę. Nie muszę chyba dodawać, że pisk, jaki z siebie wydałam, przepłoszył wszystkie gołębie na dworcu. Teraz, kiedy mamy już zarezerwowany nocleg, musimy tylko upolować bilety w dobrej cenie i z niezłym czasem przelotu.

Aha, i poradnia. Poradnia jest ekstra! Na razie nic o wykresach, za to mieliśmy... pochwalić się sobą nawzajem. To było najmilsze przeżycie miesiąca, przez kwadrans słuchać komplementów na swój temat, a potem chwalić Pawła drugie tyle. Zdecydowanie mogę to robić częściej! :D 

A co w lutym? Tak, jak wspominałam – kawa, dresy i walka o zachowanie poczytalności. ;) Trzymajcie kciuki, aby wszystko poszło dobrze, i bym mogła się w kwietniu martwić już tylko o kolor serwetek i inne takie pierdolety. :)  Od poniedziałku zaczynam urlop naukowy, a do wpisu lutowego chyba oddeleguję Pawła. On o tym jeszcze nie wie, ale ponieważ 22 lutego mam urodziny, to chyba nie będzie miał zbyt dużego wyboru. ;) 

Chociaż w tym miesiącu nie zabrakło przygód i stresów, to muszę Wam powiedzieć, że lubię projekt ŚLUB, już tylko dlatego, że nauczył nas grać w jednym zespole, rozmawiać ze sobą i na sobie polegać. To cieszy bardziej, niż wszystko inne.

piątek, 24 listopada 2017

Wszystkie nasze podróże poślubne :)

Po co mi ślub? Po to, aby pojechać w podróż poślubną. Ja tak serio. I najlepiej... nie w jedną, a całą listę pierwszych miejsc i pierwszych razy :)

Pierwszy wyjazd - Moszna, woj, opolskie
Chyba równo tydzień po ślubie. Na kilka godzin, z myślą, że dolnośląskie to za blisko, więc zawojujmy opolskie ;) A jeśli już opolskie, to... ciągle w klimatach ślubnych, w miejsce, które odwiedzają "wszystkie" Pary Młode - Zamek w Mosznie. Zdecydowanie polecam na każdy wyjazd z kategorii romantyczne, przy odpowiednim nastawieniu oczywiście ;)


Pierwszy weekend - Wisła, woj. śląskie
To jeden z moich ulubionych punktów (Zakopane było kilka miesięcy później, więc niestety nie załapało się na listę pierwszych razów). To cała ja, to moja podstawa odliczania każdego miesiąca w roku i planowania... wszystkiego (ślubu też). Wisła i LGP w skokach narciarskich :)


Pierwszy wyjazd za granicę - Bratysława, Słowacja
Gdzieś ciut dalej, gdzieś spokojniej, gdzieś taniej i gdzieś gdzie jeszcze nas nie było. Padło na Bratysławę. To idealna opcja do połączenia z wypadem do Wiednia, np. teraz na jarmarki (podróż poślubna na jarmark - czy to nie brzmi cudownie?) :)
Na zdjęciu: Zamek Devín.


Pierwsze wakacje - Włochy
Czym są dla mnie wakacje? To dużo słońca, to morze gdzieś w tle, to kilkanaście dni intensywnego spacerowania. Tak bardzo popularnie i tak bardzo idealnie - włoskie zamki, włoskie kościoły, włoskie miasteczka i miasta.
Na zdjęciu: Zamek w San Leo.


I dziś :)
Teraz czas na najbardziej wyczekiwaną. Taką przez którą nie było długiego weekendu w listopadzie, nie będzie weekendu z jarmarkiem gdzieś u naszych sąsiadów (ale jeden dzień ukradnę rzeczywistości, choćby nie wiem co), nie będzie przedświątecznego wyjścia na występ chóru i słuchania kolęd, nie będzie mnie na finale Szlachetnej Paczki i chyba nic innego nie łamie mi tak bardzo serce (nie dlatego, że jestem nadzwyczajnie dobra, ale dlatego, że ja tym wszystkim wolontariuszom potwornie zazdroszczę - tych siniaków, tych problemów z zaśnięciem, tych emocji).
Ale liczę, że u mnie też będzie fajnie, bo... to moje spełniające się marzenie, a Paczkę przecież można zabrać na koniec świata (koszulka SuperW już czeka w walizce) :)


A więcej o nas i wszystkich pierwszych razach znajdziecie na instagramie lub w obrączkowym wpisie na blogu :)

piątek, 10 marca 2017

3 miesiące do ślubu, czyli niech ktoś zatrzyma świat, my wysiadamy! [Jagoda]

W naszym życiu dzieje się dużo i szybko, nawet nie wiadomo kiedy z poniedziałku robi się niedziela i znowu kolejny tydzień. Tak bardzo chciałam świętować studniówkę do ślubu, a i tak ją przegapiliśmy! Jesteśmy już zmęczeni, nie tylko ślubem, ale też pracą, różnymi zobowiązaniami rodzinno-towarzyskimi, chórem, próbami zespołu PM… Nie mamy dla siebie czasu, często się mijamy, do tego przesilenie wiosenne i wychodzi mieszanka skutkująca tęsknotą i frustracją. Dlatego postanowiliśmy rzucić wszystko i za tydzień jedziemy na Mazury. 

Może nie będzie to jakaś wielka wyprawa, na pewno nie odpoczniemy na tyle, ile chcemy, ale myślę, że przyda nam się chociaż taki trzydniowy wypad na podróż przedślubną ;) Robimy coś, czego żadne z nas przedtem nie próbowało, czyli zarezerwowaliśmy hotel ze spa i zamierzamy chillować w basenie, spacerować i zafundować sobie jakiś masaż. Relaks pełną gębą. Od dwóch tygodni żyję tylko myślą o tym, że zrobimy sobie wolne od całego świata i dzięki temu jakoś sobie radzę z natłokiem obowiązków.

Jeśli już jesteśmy w temacie podróżniczym, to zaplanowaliśmy też miesiąc miodowy (a w zasadzie dwa tygodnie). Zaplanowaliśmy to może za dużo powiedziane, bo po prostu podjęliśmy decyzję, że spakujemy namiot, śpiwory i ruszamy gdzieś w południowym kierunku (na północ to raczej wpław i zimno, bo mieszkamy w Gdańsku) – pewnie skończy się na górach, Tatrach lub Bieszczadach, ewentualnie z noclegiem w jakimś ciekawym miejscu po drodze. A na sam koniec wyjazdu wylądujemy na woodstocku :) Nie mamy teraz głowy do planowania wyprawy, która zasługiwałaby na miano podróży życia, więc postanowiliśmy odłożyć ją na sezon zimowy, czyli pół roku po ślubie. Aktualnie na tapecie jest Tajlandia, przyszła teściowa odwiedzała ją z plecakiem już cztery razy, chętnie dzieli się doświadczeniami i dobrymi radami, więc chyba zdecydujemy się na ten kierunek. Uwielbiam wyjeżdżać z moim PM, zostawiać wszystko w tyle i mieć siebie na wyłączność. Palić ogniska na plaży, pić piwo w namiocie w czasie burzy i przede wszystkim odciąć się od internetu, filmów, gier, od wszystkiego, czym czasem niepotrzebnie zaśmiecamy sobie wspólny wolny czas. W takich podróżach na sto procent jesteśmy obecni dla siebie i te chwile dla mnie stanowią najcenniejsze chwile i wspomnienia na całe życie :)

Wracając na ziemię – cały czas coś tam klecimy w sprawie przygotowań weselnych. PM zrobił rozpoznanie terenu wśród hurtowni alkoholu, ja z kolei wśród kwiaciarni, które mogłyby podjąć się ustrojenia sali weselnej. W zeszłym tygodniu zamówiliśmy też obrączki! W końcu wybraliśmy najzwyklejszy, klasyczny i prosty wzór z żółtego złota z soczewką wewnątrz, żeby łatwiej było je zdejmować. Niestety w pracy będę to musiała robić bardzo często. Muszę przyznać, że to ja byłam mężczyzną u jubilera, bo praktycznie od razu wskazałam na to, co mi się podoba, natomiast PM zaświeciły się oczy na widok białego złota, różnych kombinacji białego z żółtym i różnorodności kształtów, przymierzał, wybrzydzał, dopytywał... Ale jak to bywa w kwestii biżuterii, to w końcu kobiece zdanie zostało przeforsowane. Jubiler, na początku grzeczny i profesjonalny, tak się przy nas wyluzował i uśmiał, że nieświadomie przeszedł z nami na "ty" ;)

Trudne wyzwanie tego miesiąca to tort. Moim niekwestionowanym faworytem był naked cake, G. chciał po prostu, żeby był i żeby był w miarę smaczny ;) Pierwsza cukiernia, do której zadzwoniłam policzyła sobie za naked tyle, co za "ekstradekoracyjny", czyli dodatkowe 300 zł. Przyznam, że łączna cena zwaliła mnie z nóg i moim pierwszym odruchem było - "rezygnujemy z tortu, jego i tak nikt nie pamięta, w sumie to pewnie podczas wesela ludzie by nie zauważyli, że zabrakło tortu". Ale z pomocą przyszła jedna z facebookowych grup, na której polecono mi prywatną pracownię tortów artystycznych – tam pani, której portfolio oglądaliśmy z wybałuszonymi oczami cały wieczór, oszacowała koszt naked cake dwukrotnie niższy, niż w pierwszej cukierni. Czyli wszystko toczy się po dobrych torach!

Rozdaliśmy już ostatnie zaproszenia z podstawowej puli. Póki co prawie wszyscy zarzekają się, że będą, ale czekamy do kwietnia na ostateczne RSVP i wtedy ewentualnie doprosimy osoby, które bardzo byśmy chcieli, aby towarzyszyły nam w tym dniu, ale niestety ze względów logistycznych zabrakło miejsca dla nich. Niesamowite w organizacji wesela jest to, że zdajesz sobie sprawę, ile w twoim życiu jest ważnych i bliskich osób. Wyszło nam naprawdę więcej niż myśleliśmy :)

I uwaga! Coś co spędzało mi sen z oczu, czyli makijaż i fryzura. Ogarnęłam już drugą próbną fryzurę i pierwszy makijaż. Do perfekcji z katalogów ślubnych albo zdjęć najlepszych reportaży, które oglądałam w internecie, to jeszcze sporo brakuje, ale wiecie co? Już nie chcę być perfekcyjna. Od makijażu oczekuję tylko, żeby ktoś pomalował mi w miarę powieki (sama zazwyczaj używam jednego koloru, bo kiedy próbuję smoky eyes, wychodzi mi śliwa a’la przemoc domowa), do tego żeby dokleił rzęsy i aby to się trzymało kupy chociaż do północy. A fryzura już niech będzie jakakolwiek, byle bez rokokoko, jak przy poprzednim razie. Prosty warkocz i tyle. Niech się nawet rozwali przy tańcach, z wiankiem będzie wrażenie słowiańskiej dziewoi ;)

Ostatnio, po pewnym okresie fascynacji organizacją wesela (pewnie związaną w byciem zapisaną do facebookowych grup ślubnych), wróciłam do punktu, kiedy… Przestało mi się chcieć perfekcyjnej imprezy. Znajomi mówią, że są strasznie ciekawi naszego wesela, bo na pewno będzie wyjątkowe. Zaczęłam drążyć temat – co to znaczy? Otóż wcale nie chodzi o to, że będzie jak z okładki. Raczej wspominają coś o tym, że znając nas, będzie bez wzruszających uniesień, bez pompy i nadęcia, ale raczej dużo… Śmiechu, szaleństwa i głupot. No i super, takich oczekiwań chcę od gości! Chcę wziąć ślub z ukochanym (tutaj moim jedynym oczekiwaniem jest nie wywalić się po drodze do ołtarza, poza tym jestem otwarta na wszelkiego rodzaju głupoty i wpadki), potem zajechać naszym żółtym fiatem na hot-doga na stację benzynową (To jest nasze marzenie od początku planowania wesela. Ewentualnie do tego jeszcze ja tankująca benzynę w sukni ślubnej… Widzicie w głowie te miny obsługi?), a na końcu dobrze się bawić z najbliższymi. Zamierzam wytańczyć się z PM za wszystkie czasy, pojeść, popić, powzruszać i wyśmiać do utraty tchu. I tyle. Płacę, to wymagam ;)

A perfekcyjne śluby i reportaże z nich pooglądam na ekranie komputera – w domu, w piżamie i kapciach, popijając piwo!

piątek, 16 grudnia 2016

Podróż poślubna zimą

plus.google
Biała, piękna, polska zima jest świetną porą roku na ślub. Dla odważnych. Jeśli zakładamy, że ślub to dopiero początek, trzeba też... rozważnie/odważnie podejść do realizacji kolejnych punktów wspólnego życia, zaczynając od podróżny poślubnej. Tak, zimą, przy minusowych temperaturach i odmrażających policzki wiatrach... albo i nie ;)

Czy zimą może być fajnie i czy nie lepiej przełożyć podróż poślubną na lato? Latem, w Europie, prawdopodobnie będzie taniej, bliżej, cieplej. Tylko po co czekać, skoro można w drogę wyruszyć już?

Gdzie najlepiej spędzić zimową podróż poślubną?

W górach!
W Tatrach, w Alpach, w jakiekolwiek tylko chcecie. Zastanawiacie się po co tam jechać? Aby spacerować łatwiejszymi szlakami, pić grzane wino i zajadać się oscypkami z żurawiną, jeździć na nartach/desce/łyżwach/sankach/czymkolwiek zechcecie, oglądać sportowe zmagania (np. takie fajne skoki narciarskie :D), iść do sauny/jacuzzi, wynająć chatę na odludziu i pić gorącą czekoladę pod kocem przy kominku lub przy oknie za którym pada śnieg (to moja wersja idealnego sylwestra, którego prawdopodobnie nigdy nie doczekam ;)). 

W mieście!
Tak, to prawda, że zimą większość miast wygląda brzydko i przygnębiająco. Ale jeśli tylko macie okazję pojechać w podróż poślubną w grudniu (lub przed zdjęciem wszystkich świąteczno-zimowych ozdób), to jedźcie! Gdzie? Do jakiekolwiek europejskiego miasta sąsiadującego z Polską (na jarmark! osobiście polecam Budapeszt i Wiedeń), do Londynu, do Paryża, albo jak w moim idealnym zimowym marzeniu - do Nowego Jorku, aby zobaczyć to lodowisko i tę choinkę na Rockefeller Center. 

Hen daleko!
Koniecznie musicie mieć ciepło? No trudno ;) Teraz pytanie jaka temperatura Was usatysfakcjonuje: wiosenna czy to muszą być typowo letnie upały? To jedyne co musicie wziąć pod uwagę i będziecie mogli wybierać prawdopodobnie na wszystkich kontynentach, zaczynając od najtańszej opcji czyli Makaronezji, a kończąc na Tajlandii, Indiach, Meksyku, RPA i tam gdzie tylko biura podróży i mapy pokażą Wam dobrą pogodę :)

poniedziałek, 11 lipca 2016

"Pomysł na podróż dookoła świata kiełkował w naszych głowach od dawna, znacznie wcześniej niż wykiełkował ten o ślubie" - wywiad z Karoliną i Bartkiem, autorami bloga Tropimy Przygody

Po co się bierze ślub? Sama sobie odpowiem na to pytanie twierdząc, że po to, aby jeszcze bardziej wspólnie cieszyć się z życia :) Karolina i Bartek, z którymi wywiad przeczytacie dziś na blogu, to osoby, które są dla mnie idealnym odzwierciedleniem tego twierdzenia :)
Są małżeństwem od 2015, parą podróżników, która od listopada 2015 jest w.... niekończącej się podróży poślubnej, autorami jednego z moich ulubionych kont na instagramie i bloga Tropimy Przygody na którym piszą nie tylko o swoich podróżach, ale także o odpowiedzialnej turystyce czy perspektywie podróżującego wegetarianina :)
Jeśli uważacie, że podróż poślubna jest nie mniej ważna niż wesele i lubicie inspirujące historie, to zdecydowanie wywiad, który musicie przeczytać :)
Cześć Karolino! Cześć Bartku! Proszę opowiedzcie na początek coś o sobie. Skąd się wzięły podróże w Waszym życiu?
Karolina: Mnie od dziecka gdzieś ciągnęło. Pamiętam, że będąc w III klasie podstawówki bardzo chciałam pojechać na wycieczkę szkolną do Włoch, ale rodzice uznali, że jestem za mała, żeby jechać bez nich lub starszego brata. Rok później jednak pozwolili mi pojechać na taką wycieczkę do Londynu. Byłam najmłodszą uczestniczką wycieczki. Będąc w gimnazjum wiedziałam, że na studiach na pewno pojadę na Erasmusa (wtedy jeszcze się ten program inaczej nazywał). Więc tak naprawdę tkwiło to we mnie od zawsze :)
Bartek: U mnie wszystko zaczęło się od pasji do geografii, zwłaszcza godzin spędzonych nad wpatrywaniem się w atlas i marzeniu o dalekich krainach oraz pragnienia przeżywania wielkich przygód, podsycanych zwłaszcza przez książki Karola Maya, Juliusza Verne oraz… Tomka, np. u źródeł Orinoko ;)  

Czy Wasze zaręczyny również były związane z podróżami?
Karolina: Oczywiście :) Bartek zrobił mi niespodziankę i zabrał na weekend do Włoch, do Bolonii tuż przed naszą rocznicą. Tam, ostatniego wieczora, przy lampce wina wyciągnął pierścionek i się oświadczył. Jeszcze przed wyjazdem trochę się spodziewałam, jaki może być powód tej niespodzianki, ale kiedy już siedzieliśmy w samolocie zbił mnie z tropu na tyle, że byłam pewna, że się nie oświadczy. A więc niespodzianka się udała :)

Ze względu na tematykę mojego bloga nie mogę nie zapytać… Jak wspominacie swój ślub i wesele? I co możecie przyszłym Parom Młodym od siebie doradzić?
To była impreza roku! Wiemy, że goście bawili się świetnie i my też. Nie byliśmy bardzo zdenerwowani, ale nastawieni na fajne i ważne wydarzenie i wydaje nam się, że ten luz udzielił się wszystkim sprawiając, że bawili się bardzo dobrze. I to byśmy radzili przyszłym parom młodym: nie dajcie sobie wmówić przez kogokolwiek, że wesele to impreza tylko dla gości, upodobania pary młodej nie mają znaczenia, a na weselu trzeba siedzieć jak na szpilkach. To nieprawda!
 
Co przy organizacji tego dnia było dla Was najważniejsze? Albo jeszcze szerzej… jak wyglądała taka lista TOP3 najważniejszych dla Was podczas całej organizacji ślubu rzeczy?
Najważniejsze oczywiście było, aby wszyscy się dobrze bawili – zarówno goście, jak i my. Po drugie, chcieliśmy zadbać o odpowiedni klimat wesela poprzez oprawę tego dnia, np. dojazd do kościoła zabytkowym tramwajem, a do sali łodzią oraz akcenty podróżnicze. Ponadto zależało nam, żeby nie było wpadek i rzeczywiście się ich ustrzegliśmy. 

Zdecydowaliście się na jakieś nawiązania na ślubie/weselu do podroży?
Pewnie, że tak. Zaproszenia rozesłaliśmy w formie paszportu i karty pokładowej. Winietki wyglądały jak kartki pocztowe, a zamiast księgi gości mieliśmy plakat z mapą świata, na którym goście mogli napisać, co tylko chcieli. Dodatkowo podziękowania dla rodziców nagrywaliśmy podczas podróży w przeciągu półrocza poprzedzającego wesele w różnych miejscach, które odwiedzaliśmy i złożyliśmy to później w jeden filmik. I jak już wspominaliśmy, do kościoła pojechaliśmy z gośćmi zabytkowym tramwajem, a na przyjęcie popłynęliśmy łodzią po wrocławskiej Odrze. Jakby nie patrzeć, środki transportu są ważną częścią każdej podróży :)

Nie zastanawialiście się nad ślubem w jakimś egzotycznym, ciepłym miejscu?
Przez chwilę. Ale chcieliśmy ten ważny dzień spędzić z najbliższymi, szczególnie że chwilę później planowaliśmy wyjazd, a nie mogliśmy sobie pozwolić na wynajęcie samolotu dla wszystkich gości w jakieś egzotyczne miejsce :)

Chyba każdy kto organizuje swój ślub i czyta Waszego bloga zastanawia się nad jednym: co w Waszym przypadku pochłonęło więcej pieniędzy, ślub i wesele czy wstępny budżet na podróż poślubną?
Zdecydowanie więcej pieniędzy mamy przeznaczone na podróż niż mieliśmy na wesele. Ale to jest tak, że my teraz żyjemy w podróży, a życie codzienne kosztuje :)

Skąd pomysł, aby rzucić wszystko i wyruszyć w podróż poślubną (#neverendinghoneymoon), która będzie trwała dłużej niż standardowy poślubny wyjazdy czy nawet miesiąc miodowy?
Pomysł na podróż dookoła świata kiełkował w naszych głowach od dawna, znacznie wcześniej niż wykiełkował ten o ślubie :) Ślub i tradycja podróży poślubnej okazały się świetną okazją, by te dwie rzeczy ze sobą połączyć. I tak powstała Niekończąca Się Podróż Poślubna. 

Czy, na chwilę obecną, macie zaplanowany koniec swojej wyprawy?
Odpowiedź zależy od tego, czy przeczytają to nasi rodzice ;) A mówiąc poważnie, planujemy wrócić do Polski, ale jeszcze nie wiemy kiedy. Podróżujemy od listopada 2015 roku, a nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie tego, co sobie wstępnie zamierzyliśmy.

Jak w takim razie wygląda obecny plan? Gdzie już byliście? Gdzie jesteście obecnie? Gdzie planujecie dotrzeć?
Zaczęliśmy w Panamie, potem spędziliśmy miesiąc w Kolumbii, trzy w Ekwadorze, dwa w Peru, niecały miesiąc w Boliwii, zajrzeliśmy na chwilę do Chile, a teraz jesteśmy w Argentynie. Chcemy dotrzeć do Patagonii, wrócić do Chile, polecieć na Wyspę Wielkanocną, a potem ponownie odwiedzić Argentynę, Paragwaj i Urugwaj. Mamy na to czas do końca października, bo na początku listopada lecimy do Nowej Zelandii, gdzie zatrzymamy się na dłużej. Później chcielibyśmy przejechać outback w Australii i przez Azję wrócić do Polski. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Które z do tej pory odwiedzonych w Ameryce Południowej miejsc wywarło na Was największe wrażenie? I do którego najchętniej wrócilibyście?
Do tej pory największe wrażenie wywarły na nas Andy w Peru, szczególnie Cordillera Blanca. Chętnie byśmy tam wrócili, ale również chcielibyśmy odwiedzić jeszcze Kolumbię dla tych zawsze uśmiechniętych ludzi oraz Argentynę, choć ledwie co do niej wjechaliśmy. Fajnie też byłoby polecieć raz jeszcze na Galapagos, bo to trochę jakby inna planeta :)

Jakie miejsca moglibyście polecić młodym małżonkom na podróż poślubną (już nie tylko w Ameryce Południowej)? Jakie dla osób aktywnych, lubiących intensywnie podróżować i jakie dla nastawionych na odpoczynek?
Karolina: Trudno polecić coś jednego, wszystko zależy od indywidualnych preferencji, bo aktywnie można spędzać czas na milion różnych sposobów i w bardzo różnych miejscach. Ale gdybyśmy mieli teraz wybierać miejsce na aktywną podróż poślubną dla nas, to chcielibyśmy pochodzić po górach w Peru albo pojechać na Islandię, bo ta wyspa nas niezmiernie fascynuje, choć jeszcze tam nie byliśmy. A na odpoczynek polecielibyśmy na Galapagos, choć i tak na plaży byśmy nie leżeli, bo nie umiemy :) lub nad skandynawskie jeziora, bo Skandynawia zajmuje specjalne miejsce w moim sercu.  

Dlaczego never ending honeymoon? Co charakterystycznego dla tego projektu, jeśli mogę go tak nazwać, robicie, aby podkreślić fakt, że to nadal Wasz miesiąc miodowy, a nie podróż jak każda inna?
Dlatego, że się nie kończy ;) Zabraliśmy ze sobą w podróż welon (choć na ślubie welonu nie miałam) i muszkę. Robimy sobie w nich zdjęcia w różnych niesamowitych miejscach, które odwiedzamy i publikujemy na Instagramie, gdzie mamy konto o zaskakującej nazwie neverendinghoneymoon. Niejednokrotnie spotkaliśmy się z miłymi reakcjami osób, które przypadkiem były świadkami naszych „mini-sesji” w welonie i muszce. Patrzą z zaciekawieniem, pytają o co chodzi. Raz nawet pewien Pan zapytał, czy również może nam zrobić zdjęcie :)

Czy spędzanie ze sobą czasu, takie 24h na dobę, nie jest męczące?
To zapewne zależy od dopasowania charakterów każdej pary. My jesteśmy nie tylko małżeństwem, ale też przyjaciółmi, nigdy nie nudzimy się w swoim towarzystwie i nie mamy się dosyć. Po tylu miesiącach spędzonych 24h na dobę we dwoje nie bardzo potrafimy sobie wyobrazić, że może być inaczej. 

Na podróże poślubne ludziom brakuje budżetu, często jego większość pochłania organizacja wesela. Jak te pieniądze znaleźć? Jak udało się to Wam?
Jak znaleźć pieniądze na spełnianie marzeń? Pracować :) Gdy tylko podjęliśmy decyzję o wyjeździe (na ponad rok przed wyjazdem), zmieniliśmy priorytety dotyczące wydawania pieniędzy, zaczęliśmy oszczędzać więcej i pracować więcej, żeby zgromadzić jak największy budżet. Już wcześniej mieliśmy trochę oszczędności, które nie miały konkretnego przeznaczenia i zaczęliśmy do nich dokładać. Ponadto przy organizacji wesela wsparli nas rodzice, za co jesteśmy im bardzo wdzięczni (to na wypadek gdyby jednak to czytali;)). Trochę nas to odciążyło finansowo, a „prezenty” od gości dorzuciliśmy do budżetu na podróż. I tak się uzbierała kwota, która pozwoliła nam podróż zacząć. Oczywiście na całą podróż nam nie wystarczy, ale właśnie po to zatrzymujemy się w Nowej Zelandii na dużej, aby budżet podreperować.

Jest też druga strona, niektórzy nie doceniają takich poślubnych wyjazdów uważając je za niepotrzebne. A dlaczego, wg Was, warto w podróż poślubną pojechać?
Warto w podróż poślubną pojechać i to najlepiej od razu po ślubie, bo to przedłuża tę euforię po tak ważnym dniu. Zabrzmi to dość paradoksalnie, ale my tego nie mieliśmy. Wyjechaliśmy w podróż ponad dwa miesiące po ślubie, a po weekendzie weselnym rzuciliśmy się w wir pracy oraz przygotowań do podróży i nie mieliśmy nawet czasu nacieszyć się tą radością oraz energią, jaka napełnia parę młodą podczas ślubu i wesela. A tego uczucia nie da się później odnowić. To trochę jak odgrzewany po dwóch dniach kotlet – niby wciąż dobry, ale to już nie ten sam smak :) 
Wszystkie zdjęcia z tego wpisu pochodzą z instagramowego konta Karoliny i Bartka neverendinghoneymoon.