Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stres. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stres. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 czerwca 2018

"Stres? No stres! Hakuna matata! ;)" - wywiad z Ulą :)))

Jak nazywa się najciekawsza osoba w branży ślubnej, z którą wywiad powinni przeczytać wszyscy przygotowujący się do ślubu i wesela? Panna Młoda (no dobra, spokojnie, czasem też Pan Młody). Ula :)))
Kto opowie Wam najwięcej i ze szczegółami, kto najlepiej poradzi (bo z doświadczenia i szczerego serca), kto między wiersze wplecie odrobinę humoru (u Uli to coś więcej niż odrobiona), zdrowego dystansu, niezbędnej normalności, historii ludzi i wyjątkowych emocji, które ze sobą niesie ten dzień? Tylko ona.

Wypoczęci, zrelaksowani, najszczęśliwsi? Wciąż w podróży poślubnej?
Tak, jesteśmy w samym środku naszej podróży poślubnej. :) [red. data rozmowy to 2.06.2018] Czy najszczęśliwsi? Nie bardziej, niż zazwyczaj – ale na pewno jesteśmy zafascynowani Zanzibarem, jego odmiennością, ludźmi, wszechobecnym Hakuna Matata i pole pole, które powoli i niepostrzeżenie wnikają w krwiobieg i pozwalają całkowicie się oddać relaksowi. Nie zastanawiajcie się nad podróżą poślubną - potem już nie znajdziecie w sobie tego "napędu", aby wyjechać i nie będzie to już to samo. Polecam - zaczynanie małżeństwa od picia soku kokosowego prosto z orzecha i budzenie się przy dźwięku fal oceanu jest całkiem, całkiem! ;) 
 
Jak wyglądał Wasz ostatni miesiąc przed ślubem? Było intensywnie czy raczej na luzie?
Ostatni miesiąc nie był szczególnie zabiegany, może dzięki planowaniu wszystkiego z wyprzedzeniem. Coś zaczęło się kotłować mniej więcej dwa tygodnie przed ślubem, a tak naprawdę – to dwa ostatnie dni dały nam popalić. Musieliśmy zrobić trochę drobnych zakupów na śniadanie dzień po weselu, zawieźć winiety, alkohol na salę, przygotować wszystko na dzień ślubu, itd. Pewnie można było kilka spraw ogarnąć wcześniej – to, że biegaliśmy jak kot z pęcherzem wynikało wyłącznie z tego, że przeceniliśmy swoje możliwości. Gdyby nie to, że wzięliśmy kilkudniowy urlop i gdyby nie moje nieocenione druhny – nie dalibyśmy rady załatwić większości rzeczy w ciągu tych kluczowych 48 godzin. ;) Tak naprawdę plan stołów w wersji ostatecznej wykonał Paweł kilka godzin przed ślubem, bo jeszcze w piątek kilka osób ot tak, zrezygnowało z udziału w imprezie. ;) Cóż, bywa, choć cały czas dziwi mnie to, że niektórzy chyba nie są świadomi, że podejmując decyzję co do udziału choć tydzień wcześniej (oczywiście nie biorę pod uwagę tak zwanych nagłych wypadków) oszczędzają młodym nieco pracy, a młodym i ich rodzicom zbędnych kosztów.
  
Pozostając jeszcze przed samym dniem ślubu. Nie organizowałaś wieczoru panieńskiego, prawda?
Nie, chyba nie. ;) Ale mogę stwierdzić, że było coś z wieczoru panieńskiego w naszej piątkowej wspólnej wyprawie. W czwartek w nocy przyjechałyśmy do mojego domu rodzinnego, aby w piątek w ciągu dnia ruszyć dalej. Wypiłyśmy trochę wina i poplotkowałyśmy, a w piątek do południa ogarniałyśmy jeszcze bieliźniano-kosmetyczne zakupy. Sama wyprawa na Podlasie to był czysty relaks. Moja siostra kierowała, w głośnikach grała muzyka, a po przyjeździe i załatwianiu sprawunków około 23:00 odkleiły mnie od Pawła, otworzyły prosecco i zaopiekowały się mną. Naprawdę czułam przez cały czas, że dziewczyny nieba by mi przychyliły. :) To był najlepszy wieczór panieński, jaki mogłam sobie wymarzyć i nie zamieniłabym go na nic innego. 
 
Za to zdecydowaliście się na sesję narzeczeńską? Myślisz, że było warto?
Owszem, zdecydowanie warto! Ktoś już kiedyś słusznie zauważył, że jest to świetna szansa na oswojenie się z aparatem i z fotografem również. A naszym głównym motywem była chęć sprawienia Rodzicom małej niespodzianki w postaci dołączenia do prezentowego albumu poza fotkami z dzieciństwa również kilkunastu aktualnych. Poprosiliśmy Michała, aby nasz ślubny plener zamienił na plener narzeczeński. To był koniec kwietnia, drzewa kwitły i sesja zaowocowała przepięknymi, lekkimi, wiosennymi zdjęciami.

A teraz do sedna: W którym momencie poczułaś, że to już się dzieje, że to TEN DZIEŃ?
Tak naprawdę to jeszcze dzień przed powtarzałam, że mam nieodparte wrażenie, jakby to całe zamieszanie i wszystkie decyzje podejmowane były w związku z imprezą kogoś innego. Z kolei w dniu ślubu wszystko zdawało się być pięknym snem, może trochę zautomatyzowanym przez to, że setki razy układałam grafiki, plany i harmonogramy na ten moment. Były też chwile delikatnego ściskania w żołądku, ale tak naprawdę poczułam, że wzięłam ślub dopiero we wtorek po przylocie na Zanzibar, kiedy Paweł na lotnisku powiedział pani w okienku, że płaci za wizę dla siebie i "for his wife". Kiedy to usłyszałam, to pomyślałam, że weszliśmy z Pawłem zupełnie nową epokę. :) Paweł opowiadał mi potem, że on też czuję się odrobinę inaczej jako żonaty facet. Założyliśmy rodzinę, i to jest super uczucie. :) 

Jak spędziłaś przedślubny poranek?
Wspaniale! Tak, jak wspominałam, obudził mnie śpiew ptaków (dom wujków Pawła znajduje się niemal na odludziu, wśród łąk i lasów) w znakomitym nastroju – pogoda dopisywała nam przez cały weekend, no może poza piątkową burzą. Miałyśmy czas dla siebie ledwie do 8:00 – potem dziewczyny pojechały do fryzjera, a ja wskoczyłam pod prysznic, żeby ok. 9:00 się z nimi zamienić. Cały ten dzień minął w bardzo uporządkowany sposób.

Jak wyglądało Twoje pierwsze spotkanie z Pawłem w dniu ślubu?
Nazwałabym je: |first look w asyście|. Trochę byliśmy speszeni sporą ekipą – kamerzyści, fotografowie, wujkowie, druhny z mężami, kierowca naszego ślubnego Jaguara. Pamiętałam, żeby pokierować Pawła do ogrodu, ale zapomniałam dodać, że chcemy się tam spotkać sami. :) Prawdziwa intymność tak naprawdę pojawiła się dopiero tuż przed ślubem, w drodze do ołtarza i podczas składania przysięgi, i wcale nieważne, że było tam z nami ponad sto osób. :)
 
Organizowaliście tradycyjne błogosławieństwo?
Tak – to jest ta część tradycyjnego "obrządku", z której nie chcieliśmy rezygnować. To był ważny moment – dla nas, dla Rodziców, dla Dziadków. Cieszę się, że mogliśmy ich mieć przy sobie. To był taki rodzinny "first look", szczególnie, że oni też dopiero wtedy mnie zobaczyli w sukni ślubnej. :) 
 
Czy możecie przyszłym Parom Młodym polecić jakieś nauki i poradnie rodzinną?
Mieliśmy już pewne fundamenty, ale nauki odbyte u Dominikanów na Freta bardzo nam pomogły obrać trochę bardziej zdecydowany kierunek. Mi osobiście również przydała się wiedza na temat NPR, którą dzieliła się ze mną pani z zintegrowanej poradni (chyba współpracują też z fundacją Sto pociech). Te nauki wyhaczyłam ja, ale ku mojej radości Paweł też się w to zaangażował. Dlatego polecamy. Jednak trzeba traktować wiarę choć trochę poważnie, aby coś z tych nauk wyciągnąć. Jeśli ktoś chce po prostu mieć ten punkt jak najszybciej z głowy, to szkoda aby zajmował miejsce tym, którzy naprawdę go potrzebują. Przykro było patrzeć na spotkaniach na smutne narzeczone siedzące obok obrażonych facetów, którzy siedzieli z nosem w komórce, tak jakby byli tam za karę. 
 
Czy pojawiły się u Ciebie łzy podczas przysięgi lub w innym momencie?
To, czego nie przewidziałam, to przypływ emocji, kiedy po ukończonym czesaniu Pani Kasia podała mi lustro i zobaczyłam prześliczne upięcie z genialnie wkomponowaną ozdobą. Ledwie się poznawałam. Chyba rozczuliło mnie wtedy to, że mam wokół siebie tyle osób, które pomagają najlepiej jak mogą, żeby ten dzień był wyjątkowy.
I tak, oczywiście podczas przysięgi bardzo mocno się wzruszyłam, trochę łamał mi się głos i było to słychać, Paweł z kolei mówił cicho, być może też walczył z łzami. Ale nie płakałam. "Tak mi dopomóż ..." mówiłam już z uśmiechem. :) 
 
Stresowałaś się pierwszym tańcem, dojściem do ołtarza, wypowiedzeniem przysięgi, czymś innym? Jak poradziłaś sobie ze stresem, o ile w ogóle był?
Stres? No stres! Hakuna matata! ;) Ani przez moment nie byłam zestresowana. Przejęta - tak, a kiedy staliśmy pod salą, również skonfudowana, ale nie zestresowana. Właściwie od rana kogoś uspokajałam – moje roztrzęsione druhenki, kierowcę taksówki, któremu padła klimatyzacja, makijażystkę... Ciekawa byłam, jak wyjdzie nam pierwszy taniec, ale kiedy wodzirej dał nam znak, a Paweł wziął mnie za rękę – wiedziałam, że wszystko będzie OK. :) 
 
Czy mieliście jakiś motyw przewodni ślubu i wesela? 
Tak. I nie. :) Prawdę mówiąc, rok przed ślubem miałam bardzo wyraźną wizję co do tego, jak powinny wyglądać dekoracje. Wielkie paprocie, słowiański mrok i niewiele więcej. Paweł sprowadził mnie na ziemię, bo okazało się, że jemu jest znacznie bliżej do klasycznej elegancji. Spotkaliśmy się więc w połowie drogi – były eleganckie bukiety na złotych geometrycznych stojakach, ale z domieszką różnych gatunków paproci, był lekki pastelowy bukiet ze wstążkami, ale z odrobiną mchu w formie dlugaśnych gałązek, który ciągle łapał mnie za welon. ;) Była duża obręcz z jaskółkami i trochę jaskółek przy stole młodych, ale też geometryczne lampiony i złote ramki. To nie były dekoracje zdominowane przez jeden symbol. Lubię myśleć, że to my byliśmy motywem przewodnim wesela. :) A pomysł z paprociami i drzewkami pod sufit dziś mnie już tylko bawi. ;) 
 
Jak wyglądały Wasze podziękowania dla rodziców i gości?
Staraliśmy trzymać się bliżej konwencji kolacji w eleganckiej restauracji niż weselnej biesiady, dlatego zdecydowaliśmy się na podziękowania w formie toastów  – należały się one gościom – za przejechanie niemałego kawałka drogi, aby być z nami w tym dniu, a także Rodzicom, szczególnie mamom, bo bez nich nie byłoby ani wesela, ani naszego małżeństwa. :) Za każdym razem wzorowo wsparła nas obsługa, która roznosiła sprawnie lampki z winem musującym i zespół, który kierował ruchem. :)
Rodzicom wręczyliśmy nasze zmiksowane zdjęcia w dwóch szytych ręcznie albumach fotograficznych (swoją drogą, to zabawne, jak wiele mamy podobnych zdjęć – z Zakopanego, z łóżek rodziców, z butelkami jako malutkie dzieci) – zostało w nich sporo wolnego miejsca, które wykorzystamy na zdjęcia ze ślubu, wesela, a być może – chrzcin wnuków i kolejnych wspólnych lat. ;)
Gościom nie dawaliśmy żadnych prezentów – całość posiadanych na ten cel środków woleliśmy zainwestować w tyle słodkości i weselnych smakołyków oraz szeroko pojętą oprawę wesela ile się da, i to właśnie rozumieliśmy jako ukłon w kierunku naszych najbliższych. Nie chcieliśmy ich obciążać szpargałami czy jakimkolwiek innym drobiazgiem, który dla części i tak będzie tylko zbędnym balastem.
Jesteśmy za to nastawieni na jakąś formę podziękowania – za obecność i wspaniałe upominki - po powrocie z podróży poślubnej. Być może uda się rozdać i rozesłać do wszystkich choć kilka odbitek z imprezy. Ale najważniejsza będzie okazja do osobistego pofatygowania się, spotkania i powiedzenia – dziękujemy. :)

Czy wykonywaliście jakieś rzeczy, dekoracje samodzielnie?
Tu nie możemy pochwalić się imponującym dorobkiem. :) Woleliśmy robić to, co potrafimy najlepiej, czyli pracować zawodowo, a za zgromadzone środki wynająć profesjonalistów. ;) Jedynie Paweł na znalezionym przeze mnie ślicznym papierze czerpanym (z zatopionymi w nim żółtymi płatkami kwiatów) wydrukował plan stołów, który w dniu ślubu zabrał na salę. Natomiast siostra Pawła zaprojektowała ozdobną obręcz z jaskółkami, którą zostawiliśmy sobie na pamiątkę. Aha – i jeszcze sami pogięliśmy winiety! :D 
 
Jaką i skąd miałaś suknie ślubną? Jakie dodatki? Czy w dniu ślubu byłaś z niej w pełni zadowolona?
Suknia była jedną z przyczyn tego, że w trakcie wesela unosiłam się na małym różowym obłoczku błogostanu. ;) Nigdy w życiu nie usłyszałam tylu pięknych i szczerych komplementów na temat swojego stroju! Miałam trochę obawy, bo suknia jest odważnie wykrojona na plecach, ale w kościele cierpliwie przykrywała je welonem szwagierka, a potem w wirze zabawy przestało mi to wadzić. Były też momenty, że jedna jedyna haftka spinająca ją z tyłu nad łopatkami rozpinała się w tańcu, ale mąż szybko naprawiał tę drobną awarię, zanim sprawy mogły zajść za daleko. ;) Do sukni dokupiłam (na prośbę narzeczonego) długi welon, miałam też kolczyki i buty w szampańskim kolorze. Większej ilości biżuterii nie chciałam, bo już wcześniej zdecydowałam się na wykonaną na zamówienie ozdobę autorstwa Kasi z pracowni Jeżka (wśród fryzjerek i przyszłych panien młodych zrobiła furorę, mogę tylko od siebie dodać, że Kasia wie co robi :) ). 
Suknię uszyto w pracowni tureckiego projektanta Tarika Ediza, którego odzież można kupić w warszawskim salonie Madonna. Z obsługi byłam całkiem zadowolona, mimo mojej awersji do zakupów. Jednak nieoceniona jest podczas przymiarek również obecność bliskich dziewczyn, które spojrzą na pannę młodą chłodnym okiem i ocenią ją niezależnie od niekończących się pochwał ekspedientek. 
 
Czy zaplanowaliście jakieś dodatkowe atrakcje?
Nie. I jest nam z tym bardzo dobrze. :) Prawdę mówiąc, mamy nadzieję, że trend polegający na robieniu z wesel cyrku się w końcu odwróci. Teraz ludzie na imprezach biegają od fotobudki do drinkbaru, po drodze mijając fontanny czekolad, piramidy sushi i taniec z ogniem. :D My - mimo poświęconych na to bitych dziesięciu godzin - mieliśmy ekstremalnie mało czasu na "bycie" w tym dniu – bycie z gośćmi, z Rodzicami, ze świadkami – naprawdę nie wiem, co by było, gdyby czas zajęły nam pokazy sztucznych ogni, etc. Nie robiliśmy nawet oczepin, tylko dwie zabawy. :)

Kto pomagał Wam w organizacji/koordynacji/ogarnianiu podczas wesela?
Czadu dawały przede wszystkim moje druhny – już pod koniec wesela dowiedziałam się, że cała obsługa sali znakomicie zna już moją siostrę, która wszystkie organizacyjne drobiazgi dogadywała z managerką sali, nawet na moment mnie tym nie obarczając. Nie wiem, jak ona to wszystko ogarnęła, ale do mnie nie dotarł żaden zgrzyt i żaden problem, zanim nie został przez nią rozwiązany. Podejrzewam, że również pozostałe dziewczyny miały w tym swój udział.
No i oczywiście nasi podwykonawcy – wszyscy bez wyjątku byli wspaniali! Nie wiem, na ile był to dobry wybór, a na ile łut szczęścia, ale każdy z osobna dołożył swoją cegiełkę do tego pięknego dnia i nigdy im tego nie zapomnę. :) 
 
Jak zakończyliście wesele?
Ono samo naturalnie wygasło. :) Zostało nas może kilkanaście osób – głównie druhny z partnerami, zatańczyliśmy ostatniego wężyka i już po chwili zrobiła się czwarta rano i mogliśmy spokojnie udać się do apartamentu nowożeńców w świetle budzącego się dnia. Jestem zadowolona z tego, że mogliśmy pozostawić obsłudze sali najcięższą robotę, zwłaszcza po nieprzespanej nocy – czyli sprzątanie i pakowanie jedzenia . Jedyne o co się martwiliśmy, to mała ilość snu – już o 8 byliśmy z powrotem na nogach, ogarniając odbiór jedzenia, alkoholu i organizując śniadanie przyjezdnym gościom.

Z czego, biorąc pod uwagę wszystkie efekty przygotowań, jesteś najbardziej zadowolona?
Cieszę się, że udało nam się zachować formułę eleganckiego przyjęcia – widzieliśmy, że gościom to się spodobało i czuli się "dopieszczeni" - wspominamy to z radością. Całokształt zagrał – piękna sala, ładnie podane i smaczne jedzenie, efektowne dekoracje i muzyka bez disco – polo – wszystko było spójne, ale nie nudne.

Co było dla Ciebie najtrudniejsze w całym tym dniu?
Najgorsze było to uczucie "rozrywania". Każdy, kto wesele ma za sobą, będzie pewnie wiedział, o czym mówię. :) Jest tyle miejsc, w które chcesz pójść, tyle osób, z którymi chcesz porozmawiać, tyle decyzji, które musisz podjąć, że ostatecznie czujesz, że nic nie zrobiłaś tak na sto procent. Te półsłówka rzucane w biegu do ważnych przecież ludzi wkurzały mnie najbardziej, ale niewiele można zrobić, jeśli tych ludzi jest 140, a Ty tylko jedna. :)

Twoje najzabawniejsze wspomnienie z tego dnia…:)
Zdecydowanie wygrywa szminka, więc jednak muszę o niej napisać ciut więcej. ;) Przy błogosławieństwie i całowaniu w czoło spora część jasnoróżowej szminki zmieniła właściciela i wylądowała na moim i Pawła czole. Nie było problemu zetrzeć ją z Pawła, ale przy próbach zdjęcia jej ze mnie w moim czole zaczynała pojawiać się dziura po startym ślubnym makijażu. Na zegarku było po szesnastej, a ślub był za niecałą godzinę, ale zdecydowaliśmy, że pojedziemy na sygnale do naszej bazy i makijażystki na błyskawiczną korektę. Ostatecznie cała akcja ratunkowa skończyła się powodzeniem i już kwadrans przed ślubem podpisywaliśmy ślubne dokumenty w kościele. Szkoda mi tylko mamy, która strasznie się tym przejęła. Zupełnie niepotrzebnie, bo to jedno z moich ulubionych wspomnień. :) W razie gdybyście jednak nie miały do dyspozycji makijażystki tuż przed ślubem (nasza w tym czasie wciąż malowała moje druhny – szczęście w nieszczęściu), to poproście mamy, aby całowały Was tylko symbolicznie. ;) 
 
Ulubione pytania wszystkich w Internecie: Coś się nie udało?  Coś byś zmieniła (w całych przygotowaniach lub w samym dniu ślubu i wesela)?
Tak – przy malowaniu sypnął się harmonogram. Wiadomo, że przy trzech osobach może wystąpić obsuwa, która przy każdej kolejnej może się pogłębić, a co dopiero – przy pięciu. Mieliśmy jak się okazało za mały zapas czasu (mimo startu o 8:00), co skutkowało tym, że moja przyjaciółka i siostra nie były na błogosławieństwie. Pocieszam się tym, że dotarły na przysięgę, ale wyobrażam sobie, jak musiały się czuć. Ten za sztywny grafik to jedyna rzecz, którą tak naprawdę bym zmieniła. 
 
Gdzie zdecydowaliście się zrobić sesję poślubną? Czy to już za Wami?
Myślę, że nieprędko znajdziemy na to czas, ale wstępnie ustaliliśmy z fotografem, że spotkamy się w lipcu lub sierpniu, kiedy wróci z urlopu. To i tak duży postęp, bo początkowo nie chcieliśmy żadnej takiej sesji (w to miejsce była sesja narzeczeńska). Ale po obejrzeniu zdjęć plenerowych naszego rodzeństwa zmieniliśmy zdanie – to wyjątkowa pamiątka, która będzie nam służyć przez lata do odświeżania wspomnień. :) 
 
Jak wrażenia po podróży poślubnej?
Czy jeszcze ktoś to czyta??? :) Bo mogłabym wysmażyć drugie tyle tekstu, tylko i wyłącznie zachwycając się Zanzibarem. Jak już pisałam Milenie, osobiście nie jestem zwolennikiem jakiegoś ekstremalnego podróżowania w stylu Pawlikowskiej, Paweł z kolei nie lubi leżenia plackiem na plaży i tu jest coś dla nas obojga. Komfortowe pokoje, przepyszne jedzenie przygotowane przez gospodarza, taras słoneczny na wyciągnięcie ręki, przygotowywane na miejscu smoothie z marakui, mango i banana, ale też – pływanie łodzią dhow, snorkling, homary prosto z ogniska, szukanie baobabów w środku dżungli. Szczerze polecam Zanzibar. Gdyby ktoś chciał więcej informacji i rekomendacji – Milena wie gdzie mnie znaleźć. :)

piątek, 10 lutego 2017

4 miesiące do ślubu, czyli lekki stresik [Jagoda]

Cat Mayer Studio / junebugweddings
Nie mogę się doczekać czerwca, a jednocześnie się go strasznie boję. Wydaje mi się, że wszystko takie niezorganizowane, że te inspiracje wygrzebane gdzieś na forach, blogach i pinterestach, które w myślach zaznaczyłam jako "must-have" muszą pójść w odstawkę, bo fizycznie nie znajdziemy czasu, żeby się tym zająć. Nadal nie wiem, jak będzie wyglądała moja fryzura i makijaż, a planowane schudnięcie… Cóż, obawiam się, że pozostanie mi twierdzenie, że mówiąc "do wesela zamierzam zrzucić tak z pięć kilo" chodziło mi nie o nasze, ale o wesele mojego dwunastoletniego braciszka ;)

Ale potem się pocieszam, że niektórzy potrafią ogarnąć udany ślub z weselem w pół roku, a my już przecież sporo przygotowań mamy za sobą i pozostaje spiąć trochę szczegółów. Ciekawa jestem, czy wszyscy przyszli PM przeżywają taki stres. Okres narzeczeństwa jest zdecydowanie magiczny, bo rozmowy o wspólnej przyszłości nabierają konkretnego kształtu, ale chyba jest podszyty permanentnym myśleniem o organizacji ślubu. A ile można! Boję się, że przez to ciągłe wałkowanie tematu w samym dniu "X" będziemy zbyt wykończeni, żeby się nim po prostu cieszyć…

Tymczasem rozglądam się za cukiernią, w której zamówimy tort i generalnie wszystkie ciasta, bo w tym kierunku, podobnie jak w kwestii alkoholu, na razie jesteśmy ciut w tyle. To znaczy nie mamy nic. I jakoś nie ma energii, żeby to zmienić… Mieliśmy też w lutym zamówić obrączki – od dziadków G. dostaliśmy trochę złota na przetopienie, ale oczywiście podczas ostatniej wizyty u przyszłych teściów zapomnieliśmy ich zabrać. A w planach było ogarnięcie tego w styczniu! Nasze doby wciąż są za krótkie, mnóstwo rzeczy siedzi nam na głowie, na wszystko braknie czasu, a jeszcze na domiar złego przyplątała się do mnie paskudna grypa i przez jakiś tydzień byłam kompletnie wyłączona z życia. G. zajmował się mną jak małym dzieciakiem, które marudzi, śpi, smarka i chce jeść tylko frytki. Dla niego też nie był to łatwy tydzień ;)

Oj, chyba zaczyna mnie łapać panika. Denerwuję się tym bardziej, że w planach mam trochę większą ilość pracy w nadchodzących miesiącach i po prostu nie widzę tego całego załatwiania, bo usługodawcy jakoś nie bardzo chcą się kontaktować po nocach, a mi właśnie w nocy wszystko się przypomina… PM jeszcze tego nie wie, ale najprawdopodobniej ostatnie, najbardziej stresujące przygotowania, spadną w większej części na niego ;) Ciekawe, czy się ucieszy!

Ale ostatni miesiąc miał też kilka zrealizowanych punktów :) Przyszły moje piękne, cudowne buciki! Od kiedy zobaczyłam je gdzieś w gąszczu internetowych inspiracji, zakochałam się w ich błękitnym kolorze i nie mogłam przestać o nich myśleć, tylko one pasowały do mojego wyobrażenia własnej nogi jako nogi panny młodej. Jak tylko udało mi się namierzyć, jakiej są firmy, przeszukiwałam internet w poszukiwaniu sklepu, gdzie mogłabym je kupić… I znalazłam, ale tylko w rozmiarze 36 i 40, a potrzebowałam 37. Po krótkim czasie bicia się z myślami postanowiłam zaryzykować kupno mniejszych – a nuż się uda trafić. Przyszły po trzech dniach i otwierałam je z akcją serca jak podczas joggingu ;) Pasują! To musi być przeznaczenie! W dodatku po moim zamówieniu okazało się, że wykupiłam już ostatnie 36, w tej chwili chyba nie można ich dostać nigdzie w sieci :)

Dotarł też wianek :) A przysłano go do mnie z… Grecji! Może nie był najtańszy, ale przejrzałyśmy z mamą chyba milion stron ze sztucznymi wiankami i ten totalnie zdeklasował konkurencję. Do tego doszło kilka kieliszków wina u przyjaciółki, które zniwelowały wątpliwości i zakupy zrobione ;)

Z kolei podczas przerwy w pracy postanowiłam, że zamiast bolerka będę miała błękitną skórzaną kurtkę i zgodnie z dotychczasową tradycją robienia bardzo przemyślanych zakupów ślubnych – znalazłam zaraz taką używaną na allegro i ją zalicytowałam ;) Druhny mówią, że przesadzam i mam natychmiast kupić sobie klasyczny biały szal jako okrycie, ale PM po raz kolejny przesądził sprawę i stwierdził, że to właśnie jest mój styl, kurtka musi być i koniec.

I wiecie co? Wygląda na to, że tym samym swój outfit mam skompletowany! Teraz bierzemy się za Grzesia. Pierwszy element stylizacji dostał ode mnie jako prezent walentynkowy (to znaczy miał być to upominek, który dam mu podczas kolacji walentynkowej, ale oczywiście nie wytrzymałam i dałam mu go zaraz po otwarciu przesyłki). Spinki do mankietów koszuli ze zdjęciem jego ukochanej lokomotywy :) Znowu spotkaliśmy się z kilkoma krytycznymi opiniami, bo kolej koleją, a elegancja elegancją, ale… No co, jesteśmy niepoprawną parą młodą!

I mam nadzieję, że będziemy tacy niepoprawni przez całe życie :)

wtorek, 7 czerwca 2016

"Ten dzień był prostszy i dużo mniej stresujący niż mi się wcześniej wydawało, że będzie." - wywiad z Dagmarą :)))

Bajkowe Śluby
Nie chcecie wiedzieć ile stron ma ten tekst w wordzie, ale... chcecie go przeczytać :) Znajdziecie w nim masę pozytywnej energii i szczerej radości, cudowną naturalność i normalność, podejście do ślubu i wesela, które od miesięcy mnie zachwycało. Dziś, po kilkutygodniewej przerwie od jej wpisów, możecie przeczytać mój (i częściowo Wasz) "wywiad" z Dagmarą-już-po-ślubie :)

Rozmawiam z wieloma Pannami Młodymi i muszę przyznać, że nie spotkałam jeszcze tak dobrze zorganizowanej, z planem na każdy dzień, jak Ty. Jak się tego nauczyć? Masz dla innych jakieś rady?
Nie do końca wiem jak na to pytanie odpowiedzieć. ;) Rzeczywiście podczas organizacji ślubu sama siebie zaskoczyłam tym jak dobrze potrafię być zorganizowana. Miałam listy na każdy miesiąc (potem już nawet na każdy dzień), plik w excelu z zapisaną każdą wydaną złotówką itd. Nie znam chyba jednak sposobu na to, jak się tego nauczyć. Ja po prostu jestem zadaniowcem (nie tylko w kwestii organizacji ślubu), potrzebuje liste i konkretne punkty, które mogę z niej wykreślać. Muszę mieć zawsze wszystko rozpisane i zanotowane w kalendarzu. Wiem, jak sama się ze mnie śmiałaś, gdy dokładnie planowałam napisanie postów. ;) U mnie to tak działa, że jak coś zapiszę to jest duże prawdopodobieństwo, że to po prostu zrobię. Więc zapisuje sporo. ;)
Rady dla Panien Młodych? Dla mnie to zdecydowanie właśnie przygotowanie listy rzeczy do załatwienia i skrupulatne dopisywanie do niej wszystkiego co nam przyjdzie po drodze do głowy. Wtedy o niczym nie zapomnicie.

Czy (i jeśli tak, to dlaczego) poleciłabyś narzeczonym zrobienie sesji narzeczeńskiej?
Jasne, że tak! Zawsze byłam na tak, zanim tę sesję jeszcze w ogóle zrobiliśmy. Przede wszystkim to jest rewelacyjna pamiątka. Ja się ciągle śmieję, że piękniejszych zdjęć to już pewnie w życiu mieć nie będziemy. No taka prawda. :P Poza tym zawsze jest to jakaś okazja do zapoznania się z fotografem, który przecież najczęściej jest dla was kimś zupełnie obcym, a ma wam towarzyszyć w tym ważnym dniu. Warto więc wykorzystać taką okazję na poznanie się i w dzień ślubu być już przynajmniej w tej kwestii spokojniejszym. Poza tym fotograf to jedno, ale jest jeszcze aparat. I na mnie on za pierwszym razem zadziałał naprawdę przerażająco i paraliżująco. :P Jest jeszcze kwestia tego jak podchodzicie do zdjęć. Ja zdjęcia uwielbiam i najchętniej obwiesiłabym nimi wszystkie ściany w mieszkaniu. Wiem, że po odebraniu gotowego materiału będę musiała się opanowywać. ;)  Na razie mamy dopiero kilka zdjęć zarówno z sesji narzeczeńskiej, jak i ze ślubu, a ja i tak je wszystkie oglądam kilka razy dziennie. Mam świra na tym punkcie, przyznaje się. :P
Róbcie sesję narzeczeńskie, róbcie koniecznie! Wiem, że narzeczeni są czasem mniej chętni i mój też taki był, ale zdecydowanie warto spróbować ich przekonać.

Ulubione pytania wszystkich w Internecie: Coś się nie udało? :) Coś byś zmieniła? :)
Nie zmieniłabym nic, bo każda zmiana spowodowałaby, że ten dzień nie byłby już taki sam. A w moim osobistym odczuciu był najlepszy, jaki tylko mógł być. :) Ale owszem były rzeczy, które się nie udały. Nie udała się nasza oprawa muzyczna na mszy. Nie dogadali się ze sobą ludzie, nawaliło nagłośnienie itd. Spojrzeliśmy się na siebie porozumiewawczo z PM przed tym ołtarzem. Ja wyszeptałam do niego, że coś nam nie wyszło z tą muzyką. Ale wszystko z uśmiechem. :P No co już mogliśmy wtedy zrobić? Choć znając mojego męża to przez sekundę mi przeszło przez myśl czy za chwilę mi spod tego ołtarza nie ucieknie, żeby zrobić tam porządek. :D
Kolejna rzecz, która nie wyszła to mój odnaleziony o trzeciej w nocy tren. Moja suknia początkowo miała tren składający się z trzech warstw: satyna, koronka i na to tiul. Z satyny zrezygnowałam od razu, ale koronka i tiul miały zostać. Na ostatniej przymiarce okazało się, że tren jest jednak tylko z tiulu. Trochę mi było przykro, bo ta koronka efektownie wyglądała, ale już się nawet nie odezwałam. Teraz po czasie wiem, że chyba się po prostu w tym salonie nie dogadałyśmy i że trzeba było temat trenu drążyć. Finalnie gdzieś już nad ranem przy moich tańcach i podskokach nagle pociągnęła się za moją suknią długa warstwa koronki. Byłam przekonana, że po prostu się porwała! I tak się już wtedy tylko z tego śmiałam. :P Jednak po dokładnych oględzinach moich przyjaciółek okazało się, że się po prostu odpiął koronkowy tren. Nie wierzyłam! Myślałam, że chcą mnie tylko uspokoić, że suknia jest w całości. Zaprowadziły mnie do lustra i wszystko dokładnie pokazały. No nic, sfotografujemy tren na plenerze. Lepiej, że odkryłam go tak późno niż w ogóle! :D
Może też do rzeczy, które nie wyszły można by zaliczyć moje spuchnięte nogi, które przestały mieścić się w butach już koło północy. :P Nie miałam żadnych innych na przebranie, więc przetańczyłam do rana na boso, a po weselu moje nogi wyglądały jakbym wróciła z pracy w kopalni. ;)
Poza tymi drobnymi wpadkami, cała reszta wyszła nawet lepiej niż planowaliśmy. :)

Czy mieliście jakiś motyw, kolor przewodni?
Nie mieliśmy koloru przewodniego, bo ja sama nie jestem zwolennikiem dobierania wszystkich dodatków w jednym kolorze, szukania w popłochu muchy o odpowiednim odcieniu, narzekania na ściany czy serwetki na sali. ;) Po prostu łatwiej się planuje gdy nie jest się ograniczonym choćby właśnie kolorystycznie. Mieliśmy za to motyw przewodni. Miało być sielsko, kolorowo, polnie czy nawet wiejsko jak się czasem śmiałam. :P Marzył mi się bukiet z polnych kwiatów, słoiki zamiast wazonów, mały drewniany kościół, wianek we włosach... I wszystkie te marzenia się pięknie ziściły! Nie byłam może typową panną młodą i nie potrafię nawet odpowiedzieć na pytanie z jakich kwiatów składał się mój bukiet, ale naprawdę szczerze polecam tą odrobinę luzu przy planowaniu. Moje florystki wiedziały tylko, że ma być kolorowo, nie interesowało mnie jakie to dokładnie będą kolory. ;)
Swoją drogą pamiętam jak pan od fotobudki uparcie chciał podkolorować nasze ptaszki (na wydrukach zdjęć) właśnie na kolor przewodni. A my je chcieliśmy po prostu czarne. ;)

Czy wykonywaliście jakieś rzeczy, dekoracje samodzielnie?
Kilka rzeczy przygotowaliśmy sami. Samodzielnie przygotowywaliśmy podziękowania dla gości, osobno zamawiając fiolki, osobno kupując odpowiednią herbatę i na koniec doczepiając zamówione karteczki. PM sam przygotował drogowskaz kierujący na nasze wesele oraz piękne, drewniane tablice na sznurkach. Były na nich wypisane ważne dla nas daty i parę słów. Dodatkowo zaproszenia, które co prawda kupowaliśmy gotowe, ale projekt zmodyfikowaliśmy samodzielnie - choć znów bardziej zrobił to PM. Muszę w ogóle mojego męża pochwalić, bo się niesamowicie zaangażował właśnie w te szczegóły i różne elementy wizualne. I bardzo się starał by wszystko wyszło idealnie. Po części sami zrobiliśmy też pudełko na koperty. Kupiliśmy zwykłe drewniane pudełko, które pomalowaliśmy na biało i ozdobiliśmy naszymi imionami oraz datą. Kupiliśmy w tym celu małe literki i cyfry wykonane ze sklejki.  

Jak spędziłaś sobotnie przedpołudnie?
Mieszkaliśmy już z PM razem przed ślubem, ale noc z piątku na sobotę postanowiliśmy dla podsycenia emocji spędzić osobno. Ja spałam u mojej mamy, gdzie w tym czasie nocowała też siostra z mężem i dwójką dzieci. Mieszkanie nie jest za duże, miejsc noclegowych też nie ma za wiele, więc spałyśmy w piątek we trójkę: ja, mama i moja niespełna trzyletnia siostrzenica. I to też było super! W sobotę od rana czytałam w łóżku bajki, potem układałam klocki itd. Ani trochę nie czułam, że DZIŚ wychodzę za mąż! :D Był czas i na zabawę i na spokojne śniadanie czy kawę. Fryzjerkę miałam dopiero o 10.30, ale gdy ona przyjechała nadal nie czułam, że to już. 

Organizowaliście tradycyjne błogosławieństwo?
Początkowo nie chcieliśmy błogosławieństwa w ogóle. U mnie jakoś nie ma tego zwyczaju. Mamie PM jednak bardzo na tym zależało. Wyszłam z założenia, że to jest temat, w którym absolutnie nie wypada nam się na siłę upierać, że nie chcemy, jeśli bliskiej nam osobie na tym zależy. Błogosławieństwo więc się odbyło, ale ciężko mi określić czy w tradycyjnej formie. Byliśmy my i rodzice, bez żadnych dalszych osób jak to się czasem zdarza. Nie było też klękania, a całość zajęła może trzy minuty. 

Czy możecie jakieś nauki i poradnie rodzinną w Poznaniu polecić?
Nauki robiliśmy w poznańskiej farze i trwały one przez trzy soboty z rzędu. Było to dla nas jedyne możliwe rozwiązanie, bo przez tryb pracy nie było mowy o naukach odbywających się w tygodniu. Wśród tego wszystkiego co się słucha o naukach te były w moim odczuciu całkiem ok. ;)
Poradnie (na ul. Gieburowskiego) natomiast odbyliśmy na jednym spotkaniu, które trwało podwójną ilość czasu i obejmowało tak jakby dwa spotkania. Trzecie spotkanie było dla chętnych. 

Jak wyglądały Wasze podziękowania dla rodziców i gości?
Z podziękowaniami dla rodziców mieliśmy początkowo spory problem. Moi rodzice są po rozwodzie co już automatycznie niektóre formy podziękowań (typu wycieczka/wyjście dla rodziców) wyklucza. Nie przekonywały mnie też różne znane formy podziękowań, takie jak skrzynie dla rodziców z alkoholem/słodyczami/kawą itd. Wiedzieliśmy też, że nie chcemy żadnej piosenki ani tańców. Przez jakiś czas chodziło mi po głowie by w ogóle nie dziękować na weselu tylko przed/po nim, ale rodzicom chyba jednak sprawiło przyjemność to, że odbyło się to w trakcie wesela. Na krótko przed ślubem ustaliliśmy, że damy rodzicom po jednym zdjęciu z naszej sesji narzeczeńskiej wywołanym w większym formacie i oprawionym. Nie przygotowaliśmy sobie też żadnej gotowej mowy. W rezultacie PM powiedział kilka zdań podziękowania do mikrofonu, a ja nie chcąc pozostać gorsza spróbowałam po nim. I tu właśnie wyszła moja łatwość do wzruszania się. Musiałam przerwać w pół zdania, bo nie byłam w stanie mówić. ;)
Natomiast z podziękowaniami dla gości poszło nam sprawniej i juz dużo wcześniej mieliśmy na nie pomysł. Przygotowaliśmy małe szklane fiolki z herbatą oraz doczepioną na sznurku karteczką z podziękowaniem. 

Jaką i skąd miałaś suknie ślubną? Czy w dniu ślubu byłaś z niej w pełni zadowolona?
Moją suknię ślubną zakupiłam w salonie AmyLove w Poznaniu. Była ona koronkowa z dodatkiem tiulu oraz pięknie wyciętymi plecami. To te plecy spowodowały, że właśnie ją wybrałam. :)
W tym temacie chyba jednak nie byłam typową panną młodą, bo wybór sukni był dla mnie jednym z mniej przyjemnych etapów przygotowań. Nigdy jakoś nie marzyłam o wielkiej, białej sukni i o tym by przez jeden dzień być księżniczką. :P Większość sukni ślubnych po prostu jakoś do mnie nie trafia. Jeszcze długi czas przed ślubem byłam zakochana w projektach Anny Kary – lekkich i zwiewnych. I pewnie bym jakąś suknię od niej kupiła, gdyby nie niesympatyczna obsługa na jaką natrafiłam w salonie w Poznaniu. ;) Jak widać to ma duże znaczenie!
Moja sukienka bardzo mi się podobała i nie żałuje jej wyboru, ale jestem też przekonana, że gdybym miała szukać jej po raz drugi to zdecydowałabym się na inną. Pewnie bardziej sielską i lekką. ;) 

Jak zareagował PM, gdy Cię zobaczył?
To był zdecydowanie najlepszy moment całego tego dnia! Zacznijmy od tego, że jestem wielką zwolenniczką tych tzw. first looków i wiedziałam, że to musi być moment pełen emocji. Bardzo chciałam byśmy byli wtedy z PM sami (jedynie z fotografem gdzieś z boku). Miałam w planach by po prostu wszystkich z tego mieszkania na kilka minut delikatnie wyprosić. Jednak w całym tym przedślubnym zamieszaniu, gdy w mamy mieszkaniu było już naprawdę sporo ludzi chciałam machnąć ręką i z tego zrezygnować. I to chyba tylko dzięki uporowi mojej świadkowej pomysł jednak został zrealizowany i wszyscy z tego mieszkania zostali po prostu wyrzuceni. ;) PM gdy mnie zobaczył to się po prostu niesamowicie wzruszył i dla mnie to było najpiękniejsze i najcudowniejsze co tylko mógł zrobić. Na co dzień to ja jestem tą osobą, która często wzrusza się i płacze, jemu się raczej nie zdarza i nie spodziewałam się takiej reakcji. Ja nawet nie byłam przekonana czy jemu się spodoba moja suknia czy fryzura. :P
Zdecydowanie polecam wszystkim zorganizowanie tego momentu sam na sam, wystarczy dosłownie kilka minut. Gdy macie ogród zadanie jest ułatwione i nie trzeba ludzi wyrzucać z domu. :P

Na co dzień nosisz okulary, dlaczego w dniu ślubu zdecydowałaś się na soczewki kontaktowe? 
Ani przez jedną minutę nie przyszło mi do głowy by iść do ślubu w okularach. Jakoś mi się to nie zgrywało z całą wizją mojego wyglądu tego dnia. Nie wspominając już po prostu o wygodzie podczas tańców itd. Przez długi czas myślałam, że po prostu zdejmę okulary na ten dzień i tyle. Mam niewielką wadę i wydawało mi się, że przeżyje ten dzień bez nich. Ale tak na kilka miesięcy przed ślubem zaczęłam skupiać się na tym, jak jednak niewyraźnie widzę, wszystko co jest choćby kawałek dalej, bez okularów. I pomyślałam sobie, że przecież tego jednego, jedynego dnia chcę właśnie zobaczyć i zapamiętać jak najwięcej! Tak urodził się pomysł z soczewkami, których nigdy wcześniej nie nosiłam i nie wiedziałam czy to w ogóle jest dla mnie. Po badaniu i odpowiednim dobraniu soczewek okazało się to prostsze niż myślałam. Od samego początku nie miałam żadnego problemu z ich zakładaniem czy ściąganiem, a moje oczy też bardzo dobrze znosiły nawet długie godziny z nimi. Na pewno nie zdecydowałabym się na założenie soczewek pierwszy raz w dniu ślubu, bo nigdy nie wiemy jak nasze oczy zareagują. Ja je kilka razy testowałam nim nastał ten dzień. Jestem bardzo zadowolona, że nie zdecydowałam się pójść zupełnie bez niczego, bo wyraźny obraz w dniu własnego ślubu jest jednak bardzo ważny. :)
Na co dzień jednak bardo lubię moje okulary i soczewki noszę teraz zdecydowanie sporadycznie.

Czy pojawiły się u Ciebie łzy podczas przysięgi lub w innym momencie?
Łez podczas przysięgi nie było co zdziwiło mnie niesamowicie, bo mi naprawdę dużo nie potrzeba by się wzruszyć. Płaczę na filmach, płaczę na cudzych ślubach, nawet na reklamach zdarza mi się uronić łzę. :P Moje emocje dzień przed ślubem czy w sam dzień ślubu mocno mnie zaskoczyły. Nie było stresu, nie było płaczu, była duża pewność i z tego co mówią ludzie dookoła-dużo uśmiechu.
Były tylko dwa krótkie momenty, gdy rzeczywiście łezka mi się w oku zakręciła. Przy podziękowaniach rodzicom i przy przemowie mojej mamy. Powiedziała ona wznosząc toast kilka zdań o mnie, o PM, o nas i bardzo mnie to wtedy wzruszyło.

Czy stresowaliście się pierwszym tańcem? Jak sobie z nim poradziliście?
Pierwszy taniec to była moja zmora od samego początku. Najchętniej bym całkowicie z niego zrezygnowała, ewentualnie pobujała się przed dwie minuty przytulona do PM. Jemu jednak zależało na tym by nauczyć się czegoś więcej, a ja (z miłości) się zgodziłam. ;) Odbyliśmy pięć indywidualnych lekcji i nauczyliśmy się krótkiego, dwuminutowego układu. Ja stresowałam się strasznie już na samych lekcjach (choć miałam też z nich sporo frajdy) i byłam pewna, że na weselu po prostu będzie panika z mojej strony. A tu znów zaskoczenie. ;) Zatańczyliśmy pierwszy taniec oboje na totalnym luzie i z szerokimi uśmiechami. Co więcej, już po tym tańcu okazało się, że moich rodziców nie było w tym czasie na sali. Mama nie mogła przeboleć tego, że ją ten taniec ominął. Tym sposobem już po dobrych 2-3 godzinach poprosiła DJa o DRUGI pierwszy taniec. On oczywiście najpierw przyszedł z tym do nas, a ja znów na totalnym luzie machnęłam ręką i się zgodziłam.
Nie chciałam zatańczyć ani jednego pierwszego tańca, a zatańczyliśmy dwa i nie miałabym wtedy większego problemu by zrobić to jeszcze kolejny raz. :D

Jak poradziłaś sobie ze stresem, o ile w ogóle był?
Stresu naprawdę nie było i do tej pory w to nie wierzę! W wieczór przed ślubem, gdy byliśmy na sali, zachwyciłam się jak będzie pięknie, ale nadał nie czułam, że to już. Rozstawialiśmy winietki, podziękowania dla gości, a ja nie potrafiłam sobie wyobrazić, że jutro będziemy się tam bawić na naszym weselu.
Jedyny moment kiedy poczułam jakikolwiek stres to było wtedy, gdy w sobotę przyjechali fotografowie (fryzjerka i makijażystka wcześniej nie zrobiły na mnie wrażenia, mimo że przecież nikt na co dzień tak wokół mnie nie biega :D). Ale ten stres i szybsze bicie serca potrwało kilka minut i przeszło. Potem wszystko było na spokojnie. A gdy przyjechał Pan Młody to już w ogóle niczego się nie bałam. ;) I mówię to ja – najbardziej zestresowana osoba na świecie! :P
Gdy usiedliśmy przed ołtarzem to wiem, że trzęsły mi się ręce, bo widziałam jak lata mi bukiet. :D Ale ja nie potrafię utrzymać nietrzęsących się rąk w żadnej sytuacj,i więc tutaj akurat nie mogło być inaczej.

Jakieatrakcje były przewidziane dla gości? Jak na nie zareagowali?
Chcieliśmy się zdecydować tylko na jedną taką typową atrakcję weselną typu fotobudka/barman/sztuczne ognie itd. Nie chcieliśmy robić kilku rzeczy po części ze względu na koszty, ale w dużej mierze też dlatego, że według mnie co za dużo to nie zdrowo. Nieraz powtarzam, że wesele to nie festyn, żeby prześcigać się z atrakcjami, a mam wrażenie, że trochę to w tę stronę czasem idzie. Była więc fotobudka, która cieszyła się rzeczywiście super wzięciem, ale nie spowodowała jednocześnie, żeby na parkiecie było pusto. Były też już późnym wieczorem zimne ognie zapalone na dworze oraz o północy kilka oczepinowych konkursów.
Mam bardziej tradycyjne podejście do atrakcji weselnych i dla mnie nadal największą atrakcją jest muzyka i tańce. Z naszymi przyjaciółmi zostaliśmy na parkiecie do rana. :)

Czy księdza gości połączona z fotobudką okazała się dobrym pomysłem?
Jak najbardziej. To, że będziemy mieć fotobudkę ustaliliśmy już na samym początku organizacji naszego wesela. Udało nam się ją dodatkowo załatwić w całkiem korzystnej cenie. Skoro fotobudka, to bardzo szybko przyszedł nam do głowy pomysł, by te zdjęcia wykorzystać właśnie w księdze gości. Stworzyliśmy w tym celu instrukcje, którą postawiliśmy przy księdze. Goście robili masę zdjęć, wklejali nam do środka i pisali nam życzenia. Nie byłam pewna czy to się uda i czy w rezultacie nie zostanie nam więcej pustych kartek niż pełnych. Udało się bardzo i mamy prawie całą księgę wypełnioną. :) Polecam, to bardzo fajna pamiątka!

Kto pomagał Wam w organizacji/koordynacji/ogarnianiu podczas wesela?
Podczas wesela bardzo, bardzo pomogli nam świadkowie. Wybraliśmy do tej roli naszych najlepszych przyjaciół i był to zdecydowanie najlepszy wybór. Byli z nami już od przygotowań w domach i zostali do samego końca wesela. Byli niezastąpieni od samego początku. Pomagali w koordynowaniu ludzi: zapraszali wszystkich do wejścia do kościoła byśmy mogli wejść ostatni i tak samo po mszy zadbali o to by wszyscy czekali na nas na zewnątrz. Pomogli przy życzeniach odbierając wszystkie prezenty. My nie musieliśmy o tym w ogóle myśleć. Odebrali klucze od naszego pokoju, wszystkie nasze rzeczy porozkładali, pochowali itd. Dzięki tym dwóm osobom my z PM naprawdę nie musieliśmy się zajmować takimi kwestiami właśnie organizacyjnymi podczas wesela. Byli nieocenieni także w dalszej części wesela – to tylko dzięki nim tak fajnie wyszła akcja z zimnymi ogniami.
W trakcie wesela bardzo nam pomogła również siostra PM, która zajęła się wszelkimi płatnościami, których trzeba było dokonać tego dnia.

Z czego, biorąc pod uwagę wszystkie efekty przygotowań, jesteś najbardziej zadowolona?
Mogę odpowiedzieć ze wszystkiego? :D Bo chyba nie potrafię odpowiedzieć inaczej. Wszystkie te elementy złożyły się na tak cudowną całość, że nie odjęłabym niczego z tego dnia. Miałam najpiękniejszy bukiet na świecie, pięknie udekorowaną salę, makijaż jakiego nie miałam wcześniej nigdy w życiu, cudownych gości, najlepszych świadków, świetnie poprowadzone wesele, a z tego wszystkiego będą jeszcze przepiękne zdjęcia. Głupio się tak zachwycać własnym ślubem i weselem, nie? :D
Ja już mówiłam, że nic bym nie zmieniła, a zachwycałam się każdym elementem po kolej i ciężko mi wybrać numer jeden.

Co było dla Ciebie najtrudniejsze w całym tym dniu?
Najtrudniejsze? Chyba nie mam czegoś takiego. Trudno to się tańczyło i chodziło w za długiej sukni na boso co najwyżej. :D
Ten dzień był prostszy i dużo mniej stresujący niż mi się wcześniej wydawało, że będzie.

Gdzie zdecydowaliście się zrobić sesję poślubną?
Sesję poślubną robimy jutro! :) I znów strasznie, strasznie się cieszę na kolejne śliczne zdjęcia. :D
Mi jakiś czas temu zupełnie przypadkowo wpadły w oko Kolorowe Jeziorka w Rudawach Janowickich – gdzieś mi po prostu mignęło jedno zdjęcie z tego miejsca. Pokazałam PM komentując, że ładne byłyby tam zdjęcia. A on już sam opowiedział o tym naszym fotografom i tym sposobem zostało postanowione. ;) Z Poznania mamy więc trochę kilometrów i moja mama, gdy się dowiedziała o tym pomyślę powiedziała: „Dziecko drogie! Ale czemu wy jedziecie tak daleko pod ten Karpacz? Czy w okolicy Poznania nie ma ładnych miejsc na zdjęcia?” :D Oczywiście, że są! Przykładem jest choćby nasza sesja narzeczeńska wykonana pod Poznaniem. Ale gdzieś dalej piękna miejsca też są, więc dlaczego by nie pojechać?

I na koniec... Twoje najzabawniejsze wspomnienie z tego dnia :)
Było kilka sytuacji, które wywołały u mnie tego dnia śmiech i jednocześnie są teraz miłymi wspomnieniami. Był odnaleziony nad ranem tren, były dwa pierwsze tańce, był też wielki robal na mojej sukni (naprawdę gigantyczny!), a mój mąż zamiast go natychmiast ściągnąć, najpierw poprosił naszą fotograf o zrobienie mu zdjęcia! :P Były żarty z drogich skarpetek mojego męża i wyciągnięty na oczepinach paragon z McDonalda z tego dnia. Tak, mój przyszły mąż jadąc po mnie wjechał ze świadkiem do McDonalda! Na pół godziny przed ceremonią było też nasze wspólne (moje i PM) pójście do toalety, ponieważ nie radziłam sobie sama z suknią. W perspektywie nas przed ołtarzem za kilka chwil było to naprawdę zabawne. ;)
I właśnie te różne śmieszne historie tworzą ten niepowtarzalny dzień. Nie najpiękniejszy, ale na pewno jeden z piękniejszych. Czekamy na kolejne! :)

Jeśli ciągle Wam mało, to... kiedyś doczekacie się wpisu Dagi do GNPM, a dziś... odsyłam Was na JEJ blog - Nasze ślubne opowieści :)

środa, 12 sierpnia 2015

Krótka lista powodów "dlaczego nie warto organizować wesela"

mymysunshinegirl.tumblr
Odpowiedź na pytanie czy warto organizować wesele i wydawać na nie pieniądze jest bardzo subiektywna. Ja chciałabym dziś pokazać Wam drugą stronę imprezy, która jest kompletnie nieopłacalna, ale jest (czyt. powinna być!) rewelacyjnym wspomnieniem.
Lista ta została stworzona na podstawie opinii osób, które wesela organizowały/organizują i dostrzegają dwie strony medalu ;)

Dlaczego nie warto organizować wesela?

Tytułowe pytanie brzmi "dlaczego", nie "kiedy i w jakim przypadku" (np. "gdy nie lubi się wesel"). Nie ma tu powodów dla których nie warto organizować wesela (np. "dla rodziców", "bo wypada"). Są tu wątpliwości, trudności i nieprzyjemne sytuacje, które na swojej drodze napotkają osoby, które za organizację wesela się zabierają i często, nawet pomimo swojego optymistycznego podejścia do tematu, na nie natrafiają.

Pieniądze możesz zainwestować w większe marzenia
To powód dla którego kilkakrotnie zastanawiałam się nad rezygnacją z wesela i momentami nieudolnie próbowałam do tego namówić PM. Nie było mi przykro, gdy ograniczałam swoje wydatki dotyczące ubrań czy książek, bo "trzeba oszczędzać na wesele". To były drobiazgi. Niewłaściwie czułam się, gdy na długie weekendy jechałam gdzieś gdzie jest taniej, a po spotkaniach z podróżnikami miałam kilkudniowego doła (i powstawały wtedy teksty takie jak Czy wesele jest warte tych pieniędzy).
Mnie bywało przykro, że wesele pochłania pieniądze za które powinnam zwiedzać świat (ale mnie zawsze jest przykro, gdy wydaję pieniądze na coś innego niż podróże). Inni wolą zainwestować w rzeczy materialne: kupno/remont mieszkania, samochód, perspektywiczne: dodatkowe kursy i szkoły, te które tworzą wspominania, wzbogacają doświadczania, a także każde inne cele, które wg nich są ważniejsze i bardziej niezwykłe.

Ludzie Cię rozczarują
Przerażająco często słyszałam ten powód od osób organizujących swoje śluby. To straszne i wyjątkowo przykre...
Ludzie mogą rozczarować wszystkim. Swoją nieobecnością, swoimi priorytetami, swoją niechęcią do pomocy, krytyką wizji wesela i buntem przeciwko uczestnictwu w czymś takim... Rozczarowują nie tylko bliscy, ale i ludzie z instytucji na których przy organizacji ślubu i wesela się polega.
Sama jestem bardzo rozczarowana niektórymi osobami. Do tego stopnia, że przyłapuję się na tym, że gdy kiedyś bez sekundy wahania jechałam 400 kilometrów, bo ktoś mnie potrzebował, a teraz załącza mi się egoistka, której nie chce się nic dla tych ludzi zrobić.
Tak, wiem, takie sytuacje pozwalają weryfikować nam ludzi, którzy są warci naszej uwagi i naszego czasu. Tylko to nie zmienia faktu, że przez jakiś czas będzie nam wyjątkowo przykro.

Będziesz się "kłócić"... z połową swojego świata ;)
Jeśli Twój i "świata" gust i wizja wesela są różne, jeśli nie jesteś wyjątkowo spokojnym i pokojowo nastawionym człowiekiem. Spierać możesz się ze wszystkimi: narzeczonym, rodzicami, teściami, świadkami, a nawet z usługodawcami, których zatrudnisz (to dużo rzadsze sytuacje, ale jednak występują). O co? O za małe zaangażowanie, wtrącanie się, chęć narzucenia swojego zdania, brak wsparcia i każdy pojedynczy element ślubu i wesela.
Tak, prawdopodobnie dla Ciebie będzie to świetna lekcja życia. Nauczysz się negocjacji, asertywności, przekonasz o konieczności chodzenia na kompromis (zwłaszcza z narzeczonym), poćwiczysz błyskawiczne uspakajanie się w sytuacjach w których masz ochotę eksplodować. Ale... zawsze wygodniej byłoby tych stresów nie przeżywać ;)

Prawdopodobnie będziesz musiała zakumplować się ze stressssssem
Jeśli stresuje Cię większość ważniejszych życiowych wydarzeń, to ślub będzie stresował Cię podwójnie. Nawet jeśli sama nie będziesz widziała do stresu powodów, to rodzina i znajomi zadbają o to, żebyś poznała wszystkie sytuacja, które powinny Cię niepokoić i napawać panicznym strachem.
Tu znajdziecie małą receptę na to jak sobie z nim poradzić.

Oczywistym jest, że nie każdy tak ma. Są osoby, które mają rewelacyjne, chętne do pomocy rodziny, są opanowane i niczym się nie stresują, a ich największym marzeniem (na ten moment) jest organizacja fenomenalnego wesela. I super... Prawdopodobnie poczują się przy organizacji jak w bajce :) A reszta, jeśli chce, może im zazdrościć ;)

Dlaczego, wg Was, nie warto organizować wesela? Jakie trudności i nieprzyjemności napotykacie/napotkałyście na tej drodze?

wtorek, 30 czerwca 2015

Pętelka na własną szyję, czyli marzenie o weselu które goście będą wspominali przez 50 lat

ashdownandbee
Jak zrobić najlepsze wesele pod słońcem? Jak sprawić, że za 10 lat rodzina będzie z rozrzewnieniem wspominała ten ślub? O co zbadać, aby dzień po goście drzwiami i oknami walili z wyrazami uznania i podziwu? Szukanie odpowiedzi na te pytania jest doskonałą metodą na tytułową "pętelkę na szyi", dorzucenie sobie kilkudziesięciu kilogramów presji (a może tylu ile będą łącznie ważyć wszyscy goście?) i czasem brak satysfakcji z dnia, który powinien być piękny - pomimo wszystko, a zwłaszcza wbrew opiniom innych.

Doskonale rozumiem, że 98% Panien Młodych marzy o idealnym weselu. Nawet jeśli nie marzyły o tym od dziecka, to zabierając się za organizację tego "wyjątkowego dnia", chcą swój poświęcony na to czas "produktywnie" stracić. Dbają o piękne dekoracje, niepowtarzalną suknię, świetnych fotografów i operatorów kamery, spełniają przewidywane zachcianki i kaprysy gości... Ma być perfect ;)

I bardzo dobrze. Niech będzie perfect zgodnie z Waszą (Waszej dójki) definicją. Cieszcie się, bo to Wasz dzień. Niech goście się cieszą, jeśli od tego ma być uzależniona Wasza radość. Ale... nigdy nie zakładajcie, że ten dzień ma być najlepszym dniem z życia rodziny, że wszyscy muszą być zadowoleni (bo nie będą), że chcecie przebić wszystkie dotychczasowe (także te widziane w internecie) wesela. Nie porównujcie!!!! (za Małyszem: dwa dobre skoki, a nie dwa lepsze od innych) i nie róbcie nic dla niczyjej pochlebnej opinii. Bo takiej możecie się nie doczekać.

Dlaczego nie warto robić nic w celu zrobienia wrażenia na gościach (a jedynie na samej sobie)?

Bo goście mogą TEGO nie zauważyć. Tej czerwonej serwetki, tego menu, tego upominku na stole, nawet tego braku oczepin... Zajmą się jedzeniem, tańczeniem, rozmowami i potraktują to wesele jak każde z dziesiątek innych na których byli. Bo dla nich detale mogą nie zrobić różnicy.

Bo mogą TEGO nie pochwalić. Może im się to nie spodobać. Może są osobami, które uwielbiają się czepiać. Może nie maja w zwyczaju doceniać i chwalić. A może... pochwalą, będą się rozpływać nad Waszym talentem organizacyjnym, a po miesiącu stwierdzą, że wesele z disco polo i rozbijającymi się wujkami u Twojego kuzyna było o niebo lepsze. Cóż... takie życie ;)

Bo ZAWSZE ktoś zrobi lepsze wesele. W oczach innych gości, może kiedyś, obiektywnie, w Twoich oczach.

Bo to... stresujące. Bo to dodatkowa, niepotrzebna presja, bo to irytacja - przed, w trakcie i po. Bo to brak satysfakcji i dobrego samopoczucia. Bo to myśli "aj, mogłam to zrobić lepiej", "aj, jak to strasznie wyszło", "aj, bo ja taka niezdolna jestem...". I najważniejsze: bo to brak możliwości niczym niezakłóconego cieszenia się z faktu zostania żoną :)

Doskonale wiem, że można nie być ze wszystkiego zadowolonym, że można chcieć zmienić wiele rzeczy, ale... jeszcze lepiej zdaję sobie sprawę z tego, że o wiele łatwiej żyje się ze świadomością, że nie trzeba oczarować całego świata ;)