Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Suknia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Suknia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 czerwca 2018

"Stres? No stres! Hakuna matata! ;)" - wywiad z Ulą :)))

Jak nazywa się najciekawsza osoba w branży ślubnej, z którą wywiad powinni przeczytać wszyscy przygotowujący się do ślubu i wesela? Panna Młoda (no dobra, spokojnie, czasem też Pan Młody). Ula :)))
Kto opowie Wam najwięcej i ze szczegółami, kto najlepiej poradzi (bo z doświadczenia i szczerego serca), kto między wiersze wplecie odrobinę humoru (u Uli to coś więcej niż odrobiona), zdrowego dystansu, niezbędnej normalności, historii ludzi i wyjątkowych emocji, które ze sobą niesie ten dzień? Tylko ona.

Wypoczęci, zrelaksowani, najszczęśliwsi? Wciąż w podróży poślubnej?
Tak, jesteśmy w samym środku naszej podróży poślubnej. :) [red. data rozmowy to 2.06.2018] Czy najszczęśliwsi? Nie bardziej, niż zazwyczaj – ale na pewno jesteśmy zafascynowani Zanzibarem, jego odmiennością, ludźmi, wszechobecnym Hakuna Matata i pole pole, które powoli i niepostrzeżenie wnikają w krwiobieg i pozwalają całkowicie się oddać relaksowi. Nie zastanawiajcie się nad podróżą poślubną - potem już nie znajdziecie w sobie tego "napędu", aby wyjechać i nie będzie to już to samo. Polecam - zaczynanie małżeństwa od picia soku kokosowego prosto z orzecha i budzenie się przy dźwięku fal oceanu jest całkiem, całkiem! ;) 
 
Jak wyglądał Wasz ostatni miesiąc przed ślubem? Było intensywnie czy raczej na luzie?
Ostatni miesiąc nie był szczególnie zabiegany, może dzięki planowaniu wszystkiego z wyprzedzeniem. Coś zaczęło się kotłować mniej więcej dwa tygodnie przed ślubem, a tak naprawdę – to dwa ostatnie dni dały nam popalić. Musieliśmy zrobić trochę drobnych zakupów na śniadanie dzień po weselu, zawieźć winiety, alkohol na salę, przygotować wszystko na dzień ślubu, itd. Pewnie można było kilka spraw ogarnąć wcześniej – to, że biegaliśmy jak kot z pęcherzem wynikało wyłącznie z tego, że przeceniliśmy swoje możliwości. Gdyby nie to, że wzięliśmy kilkudniowy urlop i gdyby nie moje nieocenione druhny – nie dalibyśmy rady załatwić większości rzeczy w ciągu tych kluczowych 48 godzin. ;) Tak naprawdę plan stołów w wersji ostatecznej wykonał Paweł kilka godzin przed ślubem, bo jeszcze w piątek kilka osób ot tak, zrezygnowało z udziału w imprezie. ;) Cóż, bywa, choć cały czas dziwi mnie to, że niektórzy chyba nie są świadomi, że podejmując decyzję co do udziału choć tydzień wcześniej (oczywiście nie biorę pod uwagę tak zwanych nagłych wypadków) oszczędzają młodym nieco pracy, a młodym i ich rodzicom zbędnych kosztów.
  
Pozostając jeszcze przed samym dniem ślubu. Nie organizowałaś wieczoru panieńskiego, prawda?
Nie, chyba nie. ;) Ale mogę stwierdzić, że było coś z wieczoru panieńskiego w naszej piątkowej wspólnej wyprawie. W czwartek w nocy przyjechałyśmy do mojego domu rodzinnego, aby w piątek w ciągu dnia ruszyć dalej. Wypiłyśmy trochę wina i poplotkowałyśmy, a w piątek do południa ogarniałyśmy jeszcze bieliźniano-kosmetyczne zakupy. Sama wyprawa na Podlasie to był czysty relaks. Moja siostra kierowała, w głośnikach grała muzyka, a po przyjeździe i załatwianiu sprawunków około 23:00 odkleiły mnie od Pawła, otworzyły prosecco i zaopiekowały się mną. Naprawdę czułam przez cały czas, że dziewczyny nieba by mi przychyliły. :) To był najlepszy wieczór panieński, jaki mogłam sobie wymarzyć i nie zamieniłabym go na nic innego. 
 
Za to zdecydowaliście się na sesję narzeczeńską? Myślisz, że było warto?
Owszem, zdecydowanie warto! Ktoś już kiedyś słusznie zauważył, że jest to świetna szansa na oswojenie się z aparatem i z fotografem również. A naszym głównym motywem była chęć sprawienia Rodzicom małej niespodzianki w postaci dołączenia do prezentowego albumu poza fotkami z dzieciństwa również kilkunastu aktualnych. Poprosiliśmy Michała, aby nasz ślubny plener zamienił na plener narzeczeński. To był koniec kwietnia, drzewa kwitły i sesja zaowocowała przepięknymi, lekkimi, wiosennymi zdjęciami.

A teraz do sedna: W którym momencie poczułaś, że to już się dzieje, że to TEN DZIEŃ?
Tak naprawdę to jeszcze dzień przed powtarzałam, że mam nieodparte wrażenie, jakby to całe zamieszanie i wszystkie decyzje podejmowane były w związku z imprezą kogoś innego. Z kolei w dniu ślubu wszystko zdawało się być pięknym snem, może trochę zautomatyzowanym przez to, że setki razy układałam grafiki, plany i harmonogramy na ten moment. Były też chwile delikatnego ściskania w żołądku, ale tak naprawdę poczułam, że wzięłam ślub dopiero we wtorek po przylocie na Zanzibar, kiedy Paweł na lotnisku powiedział pani w okienku, że płaci za wizę dla siebie i "for his wife". Kiedy to usłyszałam, to pomyślałam, że weszliśmy z Pawłem zupełnie nową epokę. :) Paweł opowiadał mi potem, że on też czuję się odrobinę inaczej jako żonaty facet. Założyliśmy rodzinę, i to jest super uczucie. :) 

Jak spędziłaś przedślubny poranek?
Wspaniale! Tak, jak wspominałam, obudził mnie śpiew ptaków (dom wujków Pawła znajduje się niemal na odludziu, wśród łąk i lasów) w znakomitym nastroju – pogoda dopisywała nam przez cały weekend, no może poza piątkową burzą. Miałyśmy czas dla siebie ledwie do 8:00 – potem dziewczyny pojechały do fryzjera, a ja wskoczyłam pod prysznic, żeby ok. 9:00 się z nimi zamienić. Cały ten dzień minął w bardzo uporządkowany sposób.

Jak wyglądało Twoje pierwsze spotkanie z Pawłem w dniu ślubu?
Nazwałabym je: |first look w asyście|. Trochę byliśmy speszeni sporą ekipą – kamerzyści, fotografowie, wujkowie, druhny z mężami, kierowca naszego ślubnego Jaguara. Pamiętałam, żeby pokierować Pawła do ogrodu, ale zapomniałam dodać, że chcemy się tam spotkać sami. :) Prawdziwa intymność tak naprawdę pojawiła się dopiero tuż przed ślubem, w drodze do ołtarza i podczas składania przysięgi, i wcale nieważne, że było tam z nami ponad sto osób. :)
 
Organizowaliście tradycyjne błogosławieństwo?
Tak – to jest ta część tradycyjnego "obrządku", z której nie chcieliśmy rezygnować. To był ważny moment – dla nas, dla Rodziców, dla Dziadków. Cieszę się, że mogliśmy ich mieć przy sobie. To był taki rodzinny "first look", szczególnie, że oni też dopiero wtedy mnie zobaczyli w sukni ślubnej. :) 
 
Czy możecie przyszłym Parom Młodym polecić jakieś nauki i poradnie rodzinną?
Mieliśmy już pewne fundamenty, ale nauki odbyte u Dominikanów na Freta bardzo nam pomogły obrać trochę bardziej zdecydowany kierunek. Mi osobiście również przydała się wiedza na temat NPR, którą dzieliła się ze mną pani z zintegrowanej poradni (chyba współpracują też z fundacją Sto pociech). Te nauki wyhaczyłam ja, ale ku mojej radości Paweł też się w to zaangażował. Dlatego polecamy. Jednak trzeba traktować wiarę choć trochę poważnie, aby coś z tych nauk wyciągnąć. Jeśli ktoś chce po prostu mieć ten punkt jak najszybciej z głowy, to szkoda aby zajmował miejsce tym, którzy naprawdę go potrzebują. Przykro było patrzeć na spotkaniach na smutne narzeczone siedzące obok obrażonych facetów, którzy siedzieli z nosem w komórce, tak jakby byli tam za karę. 
 
Czy pojawiły się u Ciebie łzy podczas przysięgi lub w innym momencie?
To, czego nie przewidziałam, to przypływ emocji, kiedy po ukończonym czesaniu Pani Kasia podała mi lustro i zobaczyłam prześliczne upięcie z genialnie wkomponowaną ozdobą. Ledwie się poznawałam. Chyba rozczuliło mnie wtedy to, że mam wokół siebie tyle osób, które pomagają najlepiej jak mogą, żeby ten dzień był wyjątkowy.
I tak, oczywiście podczas przysięgi bardzo mocno się wzruszyłam, trochę łamał mi się głos i było to słychać, Paweł z kolei mówił cicho, być może też walczył z łzami. Ale nie płakałam. "Tak mi dopomóż ..." mówiłam już z uśmiechem. :) 
 
Stresowałaś się pierwszym tańcem, dojściem do ołtarza, wypowiedzeniem przysięgi, czymś innym? Jak poradziłaś sobie ze stresem, o ile w ogóle był?
Stres? No stres! Hakuna matata! ;) Ani przez moment nie byłam zestresowana. Przejęta - tak, a kiedy staliśmy pod salą, również skonfudowana, ale nie zestresowana. Właściwie od rana kogoś uspokajałam – moje roztrzęsione druhenki, kierowcę taksówki, któremu padła klimatyzacja, makijażystkę... Ciekawa byłam, jak wyjdzie nam pierwszy taniec, ale kiedy wodzirej dał nam znak, a Paweł wziął mnie za rękę – wiedziałam, że wszystko będzie OK. :) 
 
Czy mieliście jakiś motyw przewodni ślubu i wesela? 
Tak. I nie. :) Prawdę mówiąc, rok przed ślubem miałam bardzo wyraźną wizję co do tego, jak powinny wyglądać dekoracje. Wielkie paprocie, słowiański mrok i niewiele więcej. Paweł sprowadził mnie na ziemię, bo okazało się, że jemu jest znacznie bliżej do klasycznej elegancji. Spotkaliśmy się więc w połowie drogi – były eleganckie bukiety na złotych geometrycznych stojakach, ale z domieszką różnych gatunków paproci, był lekki pastelowy bukiet ze wstążkami, ale z odrobiną mchu w formie dlugaśnych gałązek, który ciągle łapał mnie za welon. ;) Była duża obręcz z jaskółkami i trochę jaskółek przy stole młodych, ale też geometryczne lampiony i złote ramki. To nie były dekoracje zdominowane przez jeden symbol. Lubię myśleć, że to my byliśmy motywem przewodnim wesela. :) A pomysł z paprociami i drzewkami pod sufit dziś mnie już tylko bawi. ;) 
 
Jak wyglądały Wasze podziękowania dla rodziców i gości?
Staraliśmy trzymać się bliżej konwencji kolacji w eleganckiej restauracji niż weselnej biesiady, dlatego zdecydowaliśmy się na podziękowania w formie toastów  – należały się one gościom – za przejechanie niemałego kawałka drogi, aby być z nami w tym dniu, a także Rodzicom, szczególnie mamom, bo bez nich nie byłoby ani wesela, ani naszego małżeństwa. :) Za każdym razem wzorowo wsparła nas obsługa, która roznosiła sprawnie lampki z winem musującym i zespół, który kierował ruchem. :)
Rodzicom wręczyliśmy nasze zmiksowane zdjęcia w dwóch szytych ręcznie albumach fotograficznych (swoją drogą, to zabawne, jak wiele mamy podobnych zdjęć – z Zakopanego, z łóżek rodziców, z butelkami jako malutkie dzieci) – zostało w nich sporo wolnego miejsca, które wykorzystamy na zdjęcia ze ślubu, wesela, a być może – chrzcin wnuków i kolejnych wspólnych lat. ;)
Gościom nie dawaliśmy żadnych prezentów – całość posiadanych na ten cel środków woleliśmy zainwestować w tyle słodkości i weselnych smakołyków oraz szeroko pojętą oprawę wesela ile się da, i to właśnie rozumieliśmy jako ukłon w kierunku naszych najbliższych. Nie chcieliśmy ich obciążać szpargałami czy jakimkolwiek innym drobiazgiem, który dla części i tak będzie tylko zbędnym balastem.
Jesteśmy za to nastawieni na jakąś formę podziękowania – za obecność i wspaniałe upominki - po powrocie z podróży poślubnej. Być może uda się rozdać i rozesłać do wszystkich choć kilka odbitek z imprezy. Ale najważniejsza będzie okazja do osobistego pofatygowania się, spotkania i powiedzenia – dziękujemy. :)

Czy wykonywaliście jakieś rzeczy, dekoracje samodzielnie?
Tu nie możemy pochwalić się imponującym dorobkiem. :) Woleliśmy robić to, co potrafimy najlepiej, czyli pracować zawodowo, a za zgromadzone środki wynająć profesjonalistów. ;) Jedynie Paweł na znalezionym przeze mnie ślicznym papierze czerpanym (z zatopionymi w nim żółtymi płatkami kwiatów) wydrukował plan stołów, który w dniu ślubu zabrał na salę. Natomiast siostra Pawła zaprojektowała ozdobną obręcz z jaskółkami, którą zostawiliśmy sobie na pamiątkę. Aha – i jeszcze sami pogięliśmy winiety! :D 
 
Jaką i skąd miałaś suknie ślubną? Jakie dodatki? Czy w dniu ślubu byłaś z niej w pełni zadowolona?
Suknia była jedną z przyczyn tego, że w trakcie wesela unosiłam się na małym różowym obłoczku błogostanu. ;) Nigdy w życiu nie usłyszałam tylu pięknych i szczerych komplementów na temat swojego stroju! Miałam trochę obawy, bo suknia jest odważnie wykrojona na plecach, ale w kościele cierpliwie przykrywała je welonem szwagierka, a potem w wirze zabawy przestało mi to wadzić. Były też momenty, że jedna jedyna haftka spinająca ją z tyłu nad łopatkami rozpinała się w tańcu, ale mąż szybko naprawiał tę drobną awarię, zanim sprawy mogły zajść za daleko. ;) Do sukni dokupiłam (na prośbę narzeczonego) długi welon, miałam też kolczyki i buty w szampańskim kolorze. Większej ilości biżuterii nie chciałam, bo już wcześniej zdecydowałam się na wykonaną na zamówienie ozdobę autorstwa Kasi z pracowni Jeżka (wśród fryzjerek i przyszłych panien młodych zrobiła furorę, mogę tylko od siebie dodać, że Kasia wie co robi :) ). 
Suknię uszyto w pracowni tureckiego projektanta Tarika Ediza, którego odzież można kupić w warszawskim salonie Madonna. Z obsługi byłam całkiem zadowolona, mimo mojej awersji do zakupów. Jednak nieoceniona jest podczas przymiarek również obecność bliskich dziewczyn, które spojrzą na pannę młodą chłodnym okiem i ocenią ją niezależnie od niekończących się pochwał ekspedientek. 
 
Czy zaplanowaliście jakieś dodatkowe atrakcje?
Nie. I jest nam z tym bardzo dobrze. :) Prawdę mówiąc, mamy nadzieję, że trend polegający na robieniu z wesel cyrku się w końcu odwróci. Teraz ludzie na imprezach biegają od fotobudki do drinkbaru, po drodze mijając fontanny czekolad, piramidy sushi i taniec z ogniem. :D My - mimo poświęconych na to bitych dziesięciu godzin - mieliśmy ekstremalnie mało czasu na "bycie" w tym dniu – bycie z gośćmi, z Rodzicami, ze świadkami – naprawdę nie wiem, co by było, gdyby czas zajęły nam pokazy sztucznych ogni, etc. Nie robiliśmy nawet oczepin, tylko dwie zabawy. :)

Kto pomagał Wam w organizacji/koordynacji/ogarnianiu podczas wesela?
Czadu dawały przede wszystkim moje druhny – już pod koniec wesela dowiedziałam się, że cała obsługa sali znakomicie zna już moją siostrę, która wszystkie organizacyjne drobiazgi dogadywała z managerką sali, nawet na moment mnie tym nie obarczając. Nie wiem, jak ona to wszystko ogarnęła, ale do mnie nie dotarł żaden zgrzyt i żaden problem, zanim nie został przez nią rozwiązany. Podejrzewam, że również pozostałe dziewczyny miały w tym swój udział.
No i oczywiście nasi podwykonawcy – wszyscy bez wyjątku byli wspaniali! Nie wiem, na ile był to dobry wybór, a na ile łut szczęścia, ale każdy z osobna dołożył swoją cegiełkę do tego pięknego dnia i nigdy im tego nie zapomnę. :) 
 
Jak zakończyliście wesele?
Ono samo naturalnie wygasło. :) Zostało nas może kilkanaście osób – głównie druhny z partnerami, zatańczyliśmy ostatniego wężyka i już po chwili zrobiła się czwarta rano i mogliśmy spokojnie udać się do apartamentu nowożeńców w świetle budzącego się dnia. Jestem zadowolona z tego, że mogliśmy pozostawić obsłudze sali najcięższą robotę, zwłaszcza po nieprzespanej nocy – czyli sprzątanie i pakowanie jedzenia . Jedyne o co się martwiliśmy, to mała ilość snu – już o 8 byliśmy z powrotem na nogach, ogarniając odbiór jedzenia, alkoholu i organizując śniadanie przyjezdnym gościom.

Z czego, biorąc pod uwagę wszystkie efekty przygotowań, jesteś najbardziej zadowolona?
Cieszę się, że udało nam się zachować formułę eleganckiego przyjęcia – widzieliśmy, że gościom to się spodobało i czuli się "dopieszczeni" - wspominamy to z radością. Całokształt zagrał – piękna sala, ładnie podane i smaczne jedzenie, efektowne dekoracje i muzyka bez disco – polo – wszystko było spójne, ale nie nudne.

Co było dla Ciebie najtrudniejsze w całym tym dniu?
Najgorsze było to uczucie "rozrywania". Każdy, kto wesele ma za sobą, będzie pewnie wiedział, o czym mówię. :) Jest tyle miejsc, w które chcesz pójść, tyle osób, z którymi chcesz porozmawiać, tyle decyzji, które musisz podjąć, że ostatecznie czujesz, że nic nie zrobiłaś tak na sto procent. Te półsłówka rzucane w biegu do ważnych przecież ludzi wkurzały mnie najbardziej, ale niewiele można zrobić, jeśli tych ludzi jest 140, a Ty tylko jedna. :)

Twoje najzabawniejsze wspomnienie z tego dnia…:)
Zdecydowanie wygrywa szminka, więc jednak muszę o niej napisać ciut więcej. ;) Przy błogosławieństwie i całowaniu w czoło spora część jasnoróżowej szminki zmieniła właściciela i wylądowała na moim i Pawła czole. Nie było problemu zetrzeć ją z Pawła, ale przy próbach zdjęcia jej ze mnie w moim czole zaczynała pojawiać się dziura po startym ślubnym makijażu. Na zegarku było po szesnastej, a ślub był za niecałą godzinę, ale zdecydowaliśmy, że pojedziemy na sygnale do naszej bazy i makijażystki na błyskawiczną korektę. Ostatecznie cała akcja ratunkowa skończyła się powodzeniem i już kwadrans przed ślubem podpisywaliśmy ślubne dokumenty w kościele. Szkoda mi tylko mamy, która strasznie się tym przejęła. Zupełnie niepotrzebnie, bo to jedno z moich ulubionych wspomnień. :) W razie gdybyście jednak nie miały do dyspozycji makijażystki tuż przed ślubem (nasza w tym czasie wciąż malowała moje druhny – szczęście w nieszczęściu), to poproście mamy, aby całowały Was tylko symbolicznie. ;) 
 
Ulubione pytania wszystkich w Internecie: Coś się nie udało?  Coś byś zmieniła (w całych przygotowaniach lub w samym dniu ślubu i wesela)?
Tak – przy malowaniu sypnął się harmonogram. Wiadomo, że przy trzech osobach może wystąpić obsuwa, która przy każdej kolejnej może się pogłębić, a co dopiero – przy pięciu. Mieliśmy jak się okazało za mały zapas czasu (mimo startu o 8:00), co skutkowało tym, że moja przyjaciółka i siostra nie były na błogosławieństwie. Pocieszam się tym, że dotarły na przysięgę, ale wyobrażam sobie, jak musiały się czuć. Ten za sztywny grafik to jedyna rzecz, którą tak naprawdę bym zmieniła. 
 
Gdzie zdecydowaliście się zrobić sesję poślubną? Czy to już za Wami?
Myślę, że nieprędko znajdziemy na to czas, ale wstępnie ustaliliśmy z fotografem, że spotkamy się w lipcu lub sierpniu, kiedy wróci z urlopu. To i tak duży postęp, bo początkowo nie chcieliśmy żadnej takiej sesji (w to miejsce była sesja narzeczeńska). Ale po obejrzeniu zdjęć plenerowych naszego rodzeństwa zmieniliśmy zdanie – to wyjątkowa pamiątka, która będzie nam służyć przez lata do odświeżania wspomnień. :) 
 
Jak wrażenia po podróży poślubnej?
Czy jeszcze ktoś to czyta??? :) Bo mogłabym wysmażyć drugie tyle tekstu, tylko i wyłącznie zachwycając się Zanzibarem. Jak już pisałam Milenie, osobiście nie jestem zwolennikiem jakiegoś ekstremalnego podróżowania w stylu Pawlikowskiej, Paweł z kolei nie lubi leżenia plackiem na plaży i tu jest coś dla nas obojga. Komfortowe pokoje, przepyszne jedzenie przygotowane przez gospodarza, taras słoneczny na wyciągnięcie ręki, przygotowywane na miejscu smoothie z marakui, mango i banana, ale też – pływanie łodzią dhow, snorkling, homary prosto z ogniska, szukanie baobabów w środku dżungli. Szczerze polecam Zanzibar. Gdyby ktoś chciał więcej informacji i rekomendacji – Milena wie gdzie mnie znaleźć. :)

czwartek, 26 października 2017

Komu powiedzieć "tak", zanim powiesz "TAK", czyli wybieranie weselnych podwykonawców – 7 miesięcy do ślubu [Ula]

aliceabc0
Wróciliśmy z Bieszczadów i mniej lub bardziej ochoczo nałożyliśmy sobie chomąta z powrotem na szyje. Z przyjemnością ogłaszam, że jesteśmy wypoczęci (psychicznie), w dobrej formie (nie licząc może małych palców Pawła, któremu mocno dały się we znaki buty – na szczęście uniknęliśmy przeprowadzenia amputacji i jego zmysł równowagi podczas pierwszego tańca nie jest zagrożony).

Mogę zatem kontynuować pisanie rozprawki pod tytułem "samodzielna organizacja ślubu i wesela – wady i zalety". Chciałabym dziś napisać co nieco o naszych doświadczeniach związanych z poszukiwaniami podwykonawców.

Przeistoczenie się w nabuzowanego wedding plannera w styczniu i lutym miało jedną zaletę – udało nam się mianowicie załatwić wszystkie kluczowe kwestie prawie półtora roku wcześniej. Mam tu na myśli salę, zespół, fotografa, kamerzystów, suknię i oprawę ślubu. Polecam, oczywiście o ile tylko nie macie ciśnienia na szybki ślub. Przeciętnie pary rezerwują terminy około roku przed datą ślubu, co oznacza, że wcześniej macie znacznie większe pole manewru i możecie w podwykonawcach (szczególnie tych rozchwytywanych) przebierać.

Inna ważna sprawa – szukając swoich ludzi, nie poprzestawajcie na kilku ekipach. Piszcie do wszystkich, którzy Wam w pełni odpowiadają, wnioskując z treści ogłoszenia, przetrzepcie internety i uciekajcie z krzykiem od każdego, kto ma zablokowaną możliwość wystawiania opinii na FB. ;) Zanim znaleźliśmy nasz zespół, przesłuchaliśmy dziesiątek demówek, obejrzeliśmy kilkadziesiąt filmików na yt i przeczytaliśmy setki komentarzy zadowolonych i niezadowolonych par. Dopiero pod koniec tego grzebania poczułam, że mamy jako taką orientację w temacie i bazę porównawczą. Tak - to jest czasochłonne, jednak uważam, że warto ten czas poświęcić na wstępie, aby móc dostać coś bezcennego – poczucie bezpieczeństwa.

Zainwestowanie czasu w dokonanie dobrego wyboru na wstępie procentuje również z tego względu, że prawdziwi profesjonaliści w ślubnym biznesie bardzo ten nasz czas szanują. Jeśli miałabym się z Wami podzielić jedną tylko refleksją, byłoby to – nie traćcie czasu na tych, którzy nie mają go dla Was.

Odpisywanie na maile – to podstawa. Jeśli ktoś nie jest w stanie przez dwa tygodnie napisać jednego zdania: "Tak, termin jest dostępny, poniżej nasza oferta", to już jawny brak szacunku. Szczerze? Guzik mnie obchodzi, że masz dużo pracy, drogi zleceniobiorco. Ja też – dlatego właśnie chcę sprawę załatwić TERAZ, nie za dwa tygodnie. To raz. Dwa, zdarza się też wytłumaczenie pt. "nie widziałem tego maila". Hmmm.... i co, dalej chcecie powierzyć współorganizację tak ważnej dla Was imprezy osobie, która nie ogarnia własnej skrzynki pocztowej? ;)

W mojej opinii psuciem rynku jest łapanie się kurczowo kogoś, kto jedzie w ten sposób na wyrobionej już marce, albo – powiedzmy sobie szczerze – jest leniwy i nie chce mu się dziesięć razy dziennie odpisywać „przepraszam, ale termin jest już zajęty”. Nie, nie, nie. 

Po kilkunastu wieczorach i setkach przesłanych e-maili zapewniliśmy sobie ogromny komfort – grupę świetnych ludzi, którzy znają się na swojej robocie, odpisują na maile i służą poradami. Lubię ich wszystkich. :)

Jedynie w kwestii fotografa nie było wątpliwości, że poprosimy osobę, którą już znaliśmy. Widzieliśmy zdjęcia Michała i mieliśmy pewność, że to on powinien nam towarzyszyć w tym dniu. Pamiętam, jak w lutym pojechaliśmy do niego do domu podpisać umowę. Zaparzył nam pyszną herbatkę, poczęstował ciasteczkami, poopowiadał o tym, co lubi robić, jak czuje swoją rolę w takim dniu, jak widzi nasz plener... Było tak przemiło, że aż zapomniałam, po co tak naprawdę przyjechaliśmy! :)

Paweł nie był przekonany do kamerzystów w ogóle, ale po długich namowach mi uległ, prawdopodobnie dla świętego spokoju (bo raczej nie ze względu na mój urok osobisty, zwłaszcza, że skubany zna już większość moich sztuczek ;). To właśnie on znalazł Niewinnych. Ich teledyski są pełne ciepła i uważności, to moje lekarstwo na chandrę.

Oprawa ślubu – tutaj zgodnie wybraliśmy kwartet smyczkowy. Jeżeli nie rozkleję się sama z siebie, to z całą pewnością dokonam tego z pomocą Primavery. ;)

Mam też już suknię ślubną! Byłam w dwóch salonach, z czego w pierwszym (Młoda i Moda) dwa razy. Ku mojemu zaskoczeniu, ostatecznie kreację kupiłam w warszawskiej Madonnie – to dość nietypowy model, powiedziałabym nawet, że lekko niepoprawny. ;) To wszystko co mogę teraz napisać – a to z powodu pewnego przystojnego bruneta, który będzie czytać tę notkę. :)

Zapomniałabym o sprawie najważniejszej – wpisania się do parafialnego kalendarza. :) Zajęliśmy się tym dosyć późno, bo we wrześniu, jednak mogliśmy sobie na to pozwolić, bo ten konkretny kościół nie jest szczególnie oblegany. W innym przypadku na pewno dobrze się do rezerwacji godziny przyłożyć tak wcześnie, jak się da. Godzina ślubu to przecież nasz punkt odniesienia, od którego zależy wszystko inne.

Co przed nami? Lada dzień zamawiamy zaproszenia. Robimy to aż siedem miesięcy przed ślubem, aby móc zaprosić większość gości w święta Bożego Narodzenia. A zapraszamy gości aż pięć miesięcy przed ślubem, abym nie musiała biegać jak kot z pęcherzem przed swoim egzaminem adwokackim, który piszę w marcu. W święta całe rodziny są w przysłowiowej kupie i można zapraszanie połączyć z przełamaniem się opłatkiem – dla mnie to brzmi jak bajka!

Kwestie związane z garniturem, obrączkami, samochodem i alkoholem wspaniałomyślnie pozostawię człowiekowi, który się na tym zna – mojemu przyszłemu mężowi. No dobra, będę mu trochę zaglądać przez ramię, ale tylko trochę! Ktoś musi sprawdzać, czy dedlajny są dotrzymywane. ;)

Przed nami wybór dekoratora. Zależy mi na pewnym wspaniałym małżeństwie z Olsztyna, choć wiem, że kosztowo to będzie wyzwanie. Lubię w takich chwilach powtarzać argument za moją młodszą siostrzyczką, że to jest najczęściej tylko jeden taki dzień w życiu i najlepszy moment, aby spełniać swoje marzenia. Jednak potrzebuję do tego pełnej akceptacji Pawła.

Ciekawa jestem Kochani, ile z Was w okresie gorących przedślubnych przygotowań marudziło, jak to Wasz narzeczony zupełnie się nie angażuje (napisałabym też: Wasza narzeczona, ale nieeeee, to się nie zdarza, jeśli taki ewenement kiedykolwiek zaistniał, stawiam flaszkę weselnej wódki!). Ja też jojczyłam na lewo i prawo: Paweł nie szuka, Paweł się nie interesuje, Paweł nie zna na pamięć piętnastu ofert zespołów i nie prowadzi portfolio kamerzystów. W końcu przestałam jojczeć, tylko uczciwie powiedziałam mu, że to dla mnie bardzo ważne.

Paweł zaczął się angażować, więc mogłam z czystym sumieniem zacząć jojczeć, że Paweł jakieś głupoty wymyśla. ;) Znacie to? Nie mówcie mi, że nie! Skoro już jesteśmy przy tym, to muszę się Wam do czegoś przyznać – jestem słodziakiem, kiedy Paweł się ze mną zgadza. W przeciwnym razie wyłazi ze mnie troglodyta. Jestem uparta jak osioł, a ponadto przewlekle chora na irytującą dla otoczenia chorobę: Ja Wiem Lepiej. Zafiksowana na czymś, zaczynam wywracać oczami, toczyć pianę i pluć jadem. Bardzo złe połączenie, szczególnie, że jak drzemy koty do późna, to jeszcze w dodatku się nie wysypiam. ;)

Naprawdę mocno mną wstrząsnęło, że oto mój przyszły mąż ujawnił się z WŁASNYM ZDANIEM. Bardzo mi to utrudniało życie! :D Dopóki nie palnęłam się w tę moją pustą makówkę, bo uświadomiłam sobie, że tak się składa, że on też bierze ślub w tym samym czasie i miejscu, co ja. ;) Dla mnie to było objawienie! Od tego momentu było trochę łatwiej. ;)

Za miesiąc dam znać, jak nam poszło z zaproszeniami (mamy na oku tanie i ładne) i florystami (nietanimi, ale ich realizacje powalają!). Powinnam też zacząć troszeczkę się odgruzowywać - wiecie, rozumiecie, co mam na myśli: przeproszenie się z balsamem do ciała i znalezienie czasu na bieganie (Milena, czy Tobie się to w końcu udało? :D). Obawiam się również dość bolesnego i burzliwego rozstania z majonezem, z którym nie biorę ślubu tylko dlatego, że nie istnieje słoik dostatecznie duży, abym mogła przysiąc mu wierność do końca życia...

środa, 10 maja 2017

Wszyscy na pokład, czyli miesiąc do ślubu! [Jagoda]

Machina przygotowań rusza ze zdwojoną mocą! Wszystkie dni do końca maja mamy zaplanowane, ten miesiąc wydaje się być jak z gumy – jak to ogarniamy? Jakoś się kręci ;) Upakowaliśmy sobie kalendarz tak bardzo, że musieliśmy powiedzieć świadkom, żeby nie planowali niespodziankowych wieczorów panieńskich/kawalerskich, tylko dali nam znać z dwumiesięcznym wyprzedzeniem o ich dacie. Niezły spontan, co?

Powoli rysuje nam się dokładny obraz dnia ślubu – i już czujemy dreszczyk nerwowej ekscytacji. Jak będzie? Czy będzie dobrze? Czy uda nam się to wszystko zgrać? Co po drodze pójdzie nie tak, jak temu zapobiec? Ciągle gdzieś nam się telepią po głowie pytania. Ale zaciskamy zęby, uśmiech na twarz i jedziemy z tym koksem ;) Na szczęście jesteśmy spokojni o finanse – już w tej chwili mamy dopięty budżet.

Sukienka oddana do krawcowej na ostateczne dopasowanie – trochę jednak udało mi się schudnąć, do tego jednak trzeba ją skrócić, bo postawiłam ostatecznie na trochę niższe buty. Powinna być gotowa w przyszłym tygodniu. Po długich wojażach udało mi się kupić bieliznę, w zasadzie zostało mi już tylko skombinować biżuterię. W przyszłym tygodniu ma być też gotowa kamizelka PM zamówiona u krawca, a już z nią pojedziemy na poprawki krawieckie garnituru.

Kilka dni temu odbyliśmy naradę wojenną z djem. Prawdę mówiąc spotkaliśmy się z nim pierwszy raz od wesela znajomych, na którym go wypatrzyliśmy :) Umowę i rezerwację terminu załatwiliśmy zdalnie. W międzyczasie oczywiście uruchomiło się moje czarnowidztwo i oczyma wyobraźni widziałam, jak próbuje on nas przekonać, że najlepiej będziemy się bawić przy disco polo na półtoragodzinnych oczepinach… Ale po dwóch minutach rozmowy byliśmy w domu. Wyszliśmy z niej z wielkimi uśmiechami i z jedną wspólną myślą – będzie dobrze! Podobne odczucia mieliśmy po spotkaniu z panią manager sali weselnej. Ostateczne ustalenia co do menu, dekoracji, planu całej imprezy. Sala tak ładna jak była i to najważniejsze ;) Managerka widać, że jest na czasie, od razu na przykład powiedziała, żebyśmy razem z alkoholem i wszystkimi dekoracjami, winietkami i tak dalej, dostarczyli zawartość koszyczków ratunkowych do toalet – same koszyczki już mają. I proszę jaka telepatia – spojrzałam na rzeczone koszyczki w toaletach, a tutaj identyczne, jakie kupiłam pół roku do tego celu ;)
Daliśmy sobie powciskać rzeczy, których nie planowaliśmy, ale które wydają się być całkiem do rzeczy – fontannę czekoladową i słodki kącik z deserami w słoiczkach i babeczkami, kosztem zmniejszenia ilości ciast. Ostatecznie wychodzi to nawet taniej, więc same plusy. A mając ściśnięty z emocji żołądek, prędzej poleci mi ślina na creme brulee niż na jakiegoś placka ;) Żeby nie było – pobiegliśmy też zamówić do cukierni sernik. Mój tata chyba by cofnął błogosławieństwo gdyby nie było sernika! ;)

Po wielkich kalkulacjach i przemyśleniach zakupiliśmy alkohol – uff. Kolejna rzecz na liście odhaczona, a nie było to łatwe. W końcu zrobiliśmy jeden wielki mieszalnik, mam nadzieję, że goście będą choć trochę rozsądni! Wódka, wino (dużo wina), do tego whisky, nalewki i bimber od dziadków. Co my najlepszego narobiliśmy… O, jeszcze piwo i cydr, ale to raczej na poprawiny lub na wyraźną prośbę gości.
Żeby nie było, że sprawami duchowymi się nie zajmujemy, spisaliśmy też protokół w naszej parafii i za tydzień, po okresie zapowiedzi, odbieramy licencję. "Test zgodności" oczywiście zdaliśmy pozytywnie ;)

Jeśli chodzi o rodzinę, to oni wszyscy w dołkach startowych ;) Moja mama szyje sobie kreację u krawcowej, babcia już ma srebrne pantofelki i szałową, granatowo-srebrną suknię, a dziadkowie PM, którzy są z Podlasia, zapowiedzieli, że zjawią się z trzema sękaczami. Strasznie mi się to podoba w przygotowaniach do ślubu – widzę, że nasze rodziny naprawdę się cieszą i że nasz ślub i wesele jest dla nich wielkim przeżyciem. :)

A my trochę się stresujemy, trochę się bawimy. Stresem w sumie jest dogranie wszystkich terminów, bo naprawdę ciężko nam to ogarnąć z pracą i musimy co rusz marnować urlopy… Organizowanie wesela i ślubu nie w miejscu zamieszkania – odradzam. Gdybym wiedziała, jak to będzie wyglądać, wolałabym więcej wydać na hotel dla gości, ale mieć wszystko pod ręką. Do tej pory przygotowania były mocno rozłożone w czasie i dojazdy tak nie męczyły, ale ostatni miesiąc dał nam popalić.

Wiele się jeszcze działo fajowych rzeczy, o których już nie będę Wam pisać, bo wpis byłby dwa razy dłuższy… Wykańczam powoli wszelkie rękodzielnicze sprawy, ćwiczymy pierwszy taniec, śpiewamy sobie :) A największe szczęście czuję, kiedy sobie pomyślę, że za miesiąc klapniemy na kanapę albo pójdziemy sobie na spacer, albo wybierzemy się na wycieczkę rowerową, już jako mąż i żona.
I nic nie będziemy musieli organizować! ;)

poniedziałek, 14 listopada 2016

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Sylwia

HISTORIA SYLWII:
Niepoprawna – chyba nie – Nietypowa – TAK!

Dokładnie 2 miesiące temu (od daty pisania tego tekstu) odbył się mój wymarzony i wyczekiwany od dziecka Ślub. Sam w sobie, wraz z ceremonia weselną, był dość normalny w porównaniu do historii, jaka popchnęła mnie i mojego męża przed ołtarz. Zacznę więc od początku.

Legenda:
(co by wszystko było jasne)
Sylwia – Ja! "Nietypowa" Panna Młoda
Adrian – mój małżonek, mąż, luby – jak kto woli :) 

MODA NA SUKCES odcinek 8543 
Poznaliśmy się… właściwie poznał nas ze sobą brat mojego męża przyprowadzając mnie do domu jako… SWOJĄ DZIEWCZYNĘ. :) Brat Adriana jest ode mnie o rok starszy. Adrian natomiast jest starszy od swojego brata o 8lat, co w efekcie końcowym daje nam różnicę wieku w postaci 9 lat! (to prawie dekada!) Domyślam się jak sobie to teraz wyobrażacie i co w tej chwili myślicie. Od razu rozwieje wasze zakłopotanie – nie zmieniłam brata na starszego – to ja zostałam "porzucona" przez tego młodszego.. I pewnie mogłabym tutaj się rozpisywać w nieskończoność, bo przez jakiś czas moje życie wyglądało jak "Moda na Sukces", ale przejdę do sedna. Adrian wyznał mi po jakimś czasie, że mnie kocha – praktycznie od pierwszego wejrzenia – w tym momencie w mojej głowie było milion myśli – jest starszy o prawie 10 lat, byłam z jego bratem, bardzo go lubię i uwielbiam spędzać z nim czas, ale czy to miłość? Nie można było tego ciągnąć – trzeba było się określić. Sprawa była prosta. Albo jesteśmy razem, albo się już nigdy więcej nie spotkamy – dla dobra nas obojga. Dumałam i dumałam i wreszcie do mnie dotarło: "Sylwia! Ogarnij się! Nie możesz być nieszczęśliwa z kimś, kto tak mocno Cię kocha!" – A kochał jak nikt przedtem – w ogóle odnosiłam wrażenie, że przedtem wszystkie wypadające z ust wcześniejszych wybraków słowa "Kocham Cię" były puste przy tym, w jaki sposób okazywał mi to Adrian. I stało się!
Zaczęłam się zakochiwać. Zakochiwać się tak mocno, że nawet nie byłam świadoma tego, że aż tak bardzo można! Uczucie pogłębiało się, a różnica wieku i wydarzenia z przeszłości przestawały mieć jakiekolwiek znaczenia. I tak to mniej więcej się zaczęło, i TRWA! :) 

O PÓŁNOCY WEJDŹMY NA DACH 
To był 31 lipca 2013r. Byliśmy umówieni na 18 – Adrian wrócił z wyjazdu i umówiliśmy się żeby coś zjeść i spędzić ze sobą trochę czasu po 3dniowej rozłące.
- Idziemy na obiad – nie będę nic jadła Mamo, bo później będę pełna w restauracji! - Stanowczym tonem odpowiedziałam mamie, kiedy ta spytała jak dużą porcje ziemniaków chce do kotleta. I to był błąd. O godzinie 20:00 żołądek przyrastał mi do pleców, a Adrian cały czas odwlekał nasze spotkanie. - Będę koło 19. - Będę po 20. I przyjechał - koło 20:30! Uradowana wskoczyłam do samochodu z niecierpliwością i burczeniem w brzuchu czekałam, aż dojedziemy na miejsce. Wtedy on rzekł – pojedziemy jeszcze do Krzyśka na chwile, bo muszę od Niego odebrać teleskop – to potrwa chwilkę. Z zagryzionymi wargami zgodziłam się – nie miałam innego wyjścia :). Podjechaliśmy pod mieszkanie Krzyśka. Mieszkał na poddaszu w starej kamienicy. Od razu zakomunikowałam, że zostaje w aucie i czekam, na co on stanowczym głosem powiedział:  -chodź ze mną – nie będziesz siedzieć tu sama. I poszliśmy. Weszliśmy na ostatnią kondygnacje. U góry wystawiona była drabina i otwarte wejście na dach. - Wchodź! – Powiedział. Zrobiłam duże oczy, bo przecież Krzysiek mieszkał na poddaszu, a nie na dachu. – Nie wejdę! Mam długa wąską spódnice – ledwo w niej chodzę po płaskiej powierzchni, a co dopiero drabina. – No wejdź… powiedział z błagalnym wzorkiem, któremu nie potrafiłam odmówić.
Wdrapałam się na czwarty szczebel drabiny i nagle mój umysł się rozjaśnił. Na dachu ustawiony był stolik nakryty styropianowymi pudełkami (takimi na wynos), w których znajdowały się moje ulubione sajgonki z najlepszej chińskiej knajpy w naszym mieście (z tego, co pamiętam, to tam jedliśmy swoją wspólną "romantyczną" kolacje). Stolik z dwoma krzesełkami otoczony był słoiczkami ustawionymi w kształcie serca, w których paliły się małe świeczki. Wyglądało to naprawdę imponująco! Właśnie na dachu kamienicy przy średnio gwieździstym niebie (nie można mieć wszystkiego) powiedziałam TAK. :) Do tego Adrian wyznał mi, że gdy tylko jego brat przyprowadził mnie do ich domu, w jego głowie była tylko jedna myśl:  - Ona musi być moja! 

CO DALEJ? 
Nie wyznaczaliśmy żadnej daty. Nie było nam jakoś po drodze finansowo i organizacyjnie. Wystarczało nam to, że jesteśmy teraz jeszcze bardziej razem (o ile w ogóle się tak dało). Czułam się naprawdę Jego, a on był dumny z tego, że spoczywa na nim teraz jakby większa odpowiedzialność. Poza tym Adrian jest z tych, co uważają, że wesele to strata pieniędzy, na które od młodości mocno pracował. Często namawiał mnie na cichy ślub tylko we dwoje w USC, ale ja nie mogłam zrobić tego mojej rodzinie. Wiem, że sprawiłoby im to wielką przykrość. I sami chyba nigdy byśmy się nie zdecydowali, gdyby nie właśnie nasi rodzice. Na integracyjnym grillu, gdzie spotkała się jedna mama z drugą mamą, postanowiły, że może następnego dnia przejedziemy się tak ORIENTACYJNIE po salach i zorientujemy w kosztach. No i zaczęło się… ORGANIZUJEMY WESELE!

ORGANIZUJEMY? NIE… JA ORGANIZUJE! 
Jak już wspominałam wcześniej – Adrian nie był zwolennikiem wesel. A sam fakt zorganizowania go dla 150 osób już zupełnie go zniechęcał. Dodatkowo ma mocno wymagającą czasowo prace (często wyjeżdża) także zostałam sama. Pewnie spytacie – a mama? Siostra? Owszem – były bardzo chętne do pomocy. Tylko, że moja mama wyobrażała sobie mnie w pięknej rozłożystej i nadmuchanej sukni a’la księżniczka, ociekającą brokatem, cekinami, i bukietem z czerwonych róż na pięknej balowej sali z KOLUMNAMI – jednym słowem wszystko to, czemu ja stanowczo mówiłam "NIE"! Miałam swoją wizje i wiedziałam dokładnie czego chce. 

STODOŁA 
O ślubie i weselu rozmawialiśmy często, ale raczej w kontekście tego, co nam się podoba, a co nie. Byliśmy zgodni. Marzyło nam się wesele w stodole – typowa biesiada przy sianie, dużo alkoholu i tańce do białego rana. Nie utożsamialiśmy się z wystylizowanymi na elegancko salami, w których pełno było kolumienek i obrazów zupełnie do siebie niepasujących.
Nie wiem czy wspominałam, ale z zawodu i wykształcenia jestem architektem, a co za tym idzie jestem estetką. Wszystko musi być idealne i idealnie do siebie pasować. Dodatkowo przerażał mnie fakt, że moi goście będą czuć się jak na jakimś bankiecie, że będzie im nieswojo jak przypadkiem zabrudzą piękny biały bieżnik – ja się zawsze tak czułam w takich salach. Stąd ten sielski klimat. Miejsce, w którym liczy się tylko zabawa, a wszyscy czują się swobodnie, a do tego wszystko jest idealnie ze sobą zgrane! Chodziliśmy i chodziliśmy po tych salach, aż końcu dotarliśmy do restauracji "Laguna". Nie różniła się niczym od opisywanych przeze mnie wcześniej wystylizowanych sal z lekko kiczowatym (dla mnie) podświetlanym sufitem. Wyróżniała się za to pięknym zapleczem ogrodowym, a w nim Namiotem bankietowym – zwykłym białym, z drewnianą podłogą. To może być to! Wesele w plenerze! Rozpromieniłam się na widok estetycznej materiałowej stodoły, a moja mama odetchnęła z ulgą, że nie jest to drewniana stodoła. Mój uśmiech niestety nie trwał długo – W namiocie mieści się 80 osób z możliwością tańczenia – powiedziała nam menagerka restauracji. I tu pojawił się problem – ja na swojej liście w tamtym momencie miałam ich 150...
Adrian bez wahania powiedział – przecież możemy domówić drugi namiot (zawsze miał rozwiązanie na wszystkie problemy). Uradowałam się jak głupia – nie wiem dlaczego, bo później właśnie przez tą decyzje nie spałam chyba z miesiąc i nie raz żałowałam, że nie wzięłam sali, w której wszystko już jest gotowe – oświetlenie, kwiaty, dekoracje, klimatyzacja, ogrzewanie. 

SUKIENKA: 
Musi być prosta! Skromna, zwiewna. Nie założę do niej sztywnego koła które sprawi, że będę wyglądać jak jakiś Marsjanin ze sprężystą spódnicą. Musi być lekka i inna niż wszystkie! I niestety nie skuszę się na własny projekt i szycie u krawcowe, bo jestem osobą, która z góry musi być pewna. Muszę wiedzieć jaki będzie efekt końcowy – wiecie to dążenie do perfekcji itp. Nie zniosłabym faktu, że coś wyszło nie tak jak chciałam.
Sezonowo, poza byciem architektem, śpiewam na weselach. Rocznie bywam na około 15 ceremoniach weselnych. Za każdym razem najbardziej nie mogę doczekać się momentu, w którym na sale wchodzi para młoda, a w szczególności Pani Młoda. Jaką będzie miała sukienkę? Welon? Wianek? Czy będzie inna niż większość? Bardzo rzadko zdarza się efekt "wow". Szkoda. Bo w dzisiejszych czasach naprawdę mamy nieograniczone możliwości, a większość jednak wybiera tradycyjne katalogowe suknie. Często mam wrażenie, że każda PM ma tą samą sukienkę – różniąca się jedynie detalami (brylanciki itp.). Mi zależało na tym, żeby zachwycić każdego. W końcu to jedyny taki dzień w życiu. Chyba mi się udało. Pomimo że przymierzyłam około 20 sukienek (w większości właśnie takich katalogowych, bo moja mama uparła się oczywiście na rozkloszowaną ociekającą cekinami i brokatem kieckę). Oczywiście w każdej czułam się wyjątkowo – wiecie jak to jest. Biała rozłożysta suknia – taka, o jakiej zawsze marzył każda dziewczynka. Ogromna pokusa. I już bałam się, że pomimo mojego założenia skromnej kreacji skończę w balowej sukni (tak jak na studniówce z długą do ziemi, pomimo że upierałam się przy krótkiej), kiedy moim oczom ukazała się sukienka z mojej głowy. Dokładnie taka, jaką chciałam. Jedyny problem był w tym, że znajdowała się w Warszawie, ale odległość to naprawdę nie problem przy założeniu, że coś naprawdę chcesz mieć. Salon odwiedziłam dwa razy – w dniu przymierzania i złożenia zamówienia (tego samego dnia oczywiście) oraz podczas przymiarki – jednej jedynej. Sukienkę odebrał mi Adrian podczas jednej ze swoich podróży służbowych. Niee. Na pewno jej nie widział. Jak już wcześniej wspominałam, nie udzielał się za bardzo przy organizacji – nie interesowało go to. Dlatego byłam spokojna. Sukienkę zamówiłam w listopadzie 2015r., w maju 2016 byłam na przymiarce, w czerwcu przyjechała do mnie na Śląsk i od tego czasu czekała niecierpliwie na swój wielki dzień. Od początku wiedziałam też, że nie chce trenu. Wiem, że pięknie wygląda w kościele, ale czar pryska, kiedy z pięknego trenu robi się okropny ogon zakłócający kompozycje idealnego kroju wybranej sukni. Dlatego postawiłam na długi welon – on też się będzie ciągnął i nie zepsuje efektu sukienki. Postawiłam na swoim! Punkt dla mnie! :)


BUKIET? GIPSÓWKA! 
Oczarowała mnie swoją delikatnością i subtelnością. Będzie idealnym dopełnieniem mojej niezbyt bogatej kreacji. Jest czysta, drobna, nie rzuca się mocno w oczy. Przewiązana będzie jutowym sznurkiem. Gipsówka znajdzie się również na stołach gości i to będą jedyne "kwiaty", jakie będą tam stały. Napisałam kwiaty w cudzysłowie, bo tak naprawdę gipsówka jest chyba uważana za chwast i bardziej jako dodatek do bukietów, a nie same bukiety. Moja mama nie potrafiła tego znieść. Praktycznie do ostatniego tygodnia upierała się żebym dołożyła do niech róże, albo frezje – byłam nieugięta – Mój bukiet był idealny! Dokładnie taki, jaki założyłam. I był najlepszym wyborem.


BUTY 
Muszą być złote! Jak pasek do mojej kreacji. Miałam szczęście, bo tego sezonu złoto było bardzo modne – było wszędzie. Oczywiście nie obyło się bez kłopotów ze znalezieniem takich, które do tego będą jeszcze wygodne. Po zamówieniu 3 par i odesłaniu ich z powrotem zdecydowałam się na te:


DODATKI 
Tu nie miałam większego problemu. Dekolt mojej sukienki był tak idealny, że zdecydowałam się nie obciążać go biżuterią. Skoro nie mam nic na szyje, to mogę pozwolić sobie na coś większego przy uszach. Wymarzyłam złote, duże, zwisające listki. I kiedy traciłam jakiekolwiek nadzieje na wystawie w kącie dostrzegłam dokładnie takie, jakie wyśniłam, tylko w kolorze srebrnym. Popędziłam od razu do środka i zaczęłam pytać czy są takie złote. – Chyba nie – odpowiedziała młoda ekspedientka za ladą. Ale proszę poczekać. Przyniosła 3 pary innych – zwisających kolczyków, a wśród nich właśnie MOJE! Odetchnęłam z ulgą. Na ręce znalazła się złota bransoletka z brylantami – prezent od dziadków mojego Adriana – idealnie wpasował się w całą stylizację. To aż niemożliwe, że wszystko tak dokładnie udało mi się zrealizować. Pękam teraz z dumy! :)


DODATKI PANA MŁODEGO
Tutaj nie miałam żadnych problemów. Tak się składa, że mój obecny szwagier, były chłopak i brat mojego męża (to cały czas jedna osoba) robi ręcznie piękne rzeczy z drewna. Zaczął od drewnianych okularów, potem przyszły muszki, spinki do mankietów – wszystko idealnie pasowało do mojej wizji sielankowej elegancji. Na szyi pojawiła się drewniana muszka w kropki z grawerem z tyłu, koszule spięły drewniane spinki, a na stopach pojawiły się brązowe buty w kolorze ciemnego drewna, z jakiego wykonana została muszka. Kropki pojawiły się również na skarpetkach. Przy marynarce znalazła się drewniana wkładka do kieszonki i oczywiście butonierka będąca miniaturką mojego ślubnego bukietu  – aaaach – CUDOWNIE! Nawet nie wiecie, jaką radość sprawiają mi idealnie dopasowane do siebie rzeczy.


DEKORACJE? WSZYSTKO ZROBIĘ SAMA. 
Jak już pisałam często bywam na weselach – i uwierzcie mi – widać w każdym z nich wkład państwa młodych lub jego braki. Ja założyłam sobie, że włożę w moje wesele całą siebie! Stwierdziłam więc, że zaproszenia i dekoracje zrobię sama! – Taaa… nie dość, że brakowało mi czasu (poza byciem architektem i sezonowym śpiewaniem jestem jeszcze w trakcie robienia magisterki – DZIENNIE) to jeszcze okazało się, że takie zaproszenia jak ja chce wychodzą taniej zamówione już gotowe. Nie oponowałam, bo naprawdę były dokładnie takie, jakie chciałam. Stwierdziłam, że swoje serce włożę w wystrój namiotu. I tu też pojawił się problem. W piątek 2.09.2016 dokładnie dzień przed moim weselem, dokładnie w moim namiocie odbywało się inne wesele. A to znaczy, że gdybym chciała sama ozdobić namiot musiałabym przyjechać o 6 rano, dokładnie w dniu mojego wesela. To w dalszym ciągu nie był największy problem. W związku z trwającym tam piątkowym weselem mój drugi (zamówiony i BARDZO DROGI :() namiot dwa mógł się zacząć rozkładać dopiero o 7 co w efekcie końcowym skutkowało jego gotowością do działania dopiero koło 13 – dokładnie o tej godzinie siedziałam już ze zrobiona fryzurą i makijażem. Zdecydowałam więc, że zatrudnię kogoś, kto dokładnie odwzoruje moje myśli – i znalazłam. :) Iga! Moje wybawienie. Wspólnymi siłami zrobiłyśmy naprawdę kawał dobrej roboty. Część dekoracji wykonałam sama – Iga je zamontowała w namiocie i zadbała o dopełnienie pełnej stylistyki. I tak właśnie powstało coś, co przeszło moje najskrytsze oczekiwania! :) 

ZROBIŁAM JA: 
- Prezenty dla gości – w postaci małych miodków obwiązanych jutą i sznurkiem, wraz z niewielką zawieszką z ekologicznego, brązowego papieru z moim projektem na jej licu. (Tutaj wielkie podziękowania dla mojej kochanej siostry, która zawiązywała ze mną 150 małych słoiczków).
- Ramę z rozpiską gości.
- Drewniane podstawki pod kompozycje kwiatowe na stołach (podziękowania dla mojego cudownego teścia, które je dla mnie wyczarował).
- Zawieszki na butelki.
- Mała galeria naszych zdjęć w postaci odbitek z Polaroidu.
- Kokardy zdobiące ławki w kościele (z siostrą <3 span=""> 
- Pudełko na obrączki – Moja Siostra

IGA: 
Cała reszta :)



TORT 
Masie cukrowej mówimy stanowcze NIE! Jest okropnie słodka – mało kto ją zjada, psuje smak delikatnego ciasta i wygląda sztucznie! Tak idealnie – jak te wszystkie kolumienki, których unikałam jak ognia. Przede wszystkim musi być naprawdę smaczny. To jeden z tych wydatków, które wydały mi się naprawdę ciężkie do zgryzienia. Ponad 1000zł za ciasto? Na co dzień nie jestem łasuchem takich dobroci, więc może się nie orientuję w cenach, dlatego ta kwota mnie przeraziła. Wiedziałam od razu, że musi być w stylu "naked cake", czyli nagiego tortu (bez ubranka z masy cukrowej). Wiedziałam też, że ma składać się z biszkopta, bitej śmietany i owoców – to wszystko! I wiecie co? Był jeszcze lepszy niż założyłam. Całość zrobiona była na ciemnych (mniej słodkich niż jasne) biszkoptach, smarowanych wiśniową konfiturą, przekładany mascarpone z malinami. Całość udekorowały po prostu owoce. Zszedł cały! I prezentował się idealnie. Nie wyszedł nawet drogo. Na 120 os. zapłaciłam 860zł – Uff! Znowu się udało!


PIERWSZY TANIEC: 
Z piosenką nie mieliśmy żadnego problemu. Wybrana była, kiedy jeszcze nie byliśmy formalnie w związku. Pisałam Wam, że Adrian mocno się o mnie starał, że czułam jego miłość na każdym kroku. Okazywał ją w różny sposób. Pewnego dnia, przesłał mi link do piosenki. Była to piosenka Anny Jantar – "Moje jedyne marzenie", potocznie znana jako: "Przetańczyć z Tobą chce całą noc". Do linku dodał komentarz. – W miejsce "noc" wstaw słowo "życie". I takim sposobem piosenka stała się Naszą! Tylko Naszą. Zdecydowaliśmy też, że jakby kiedyś przyszło nam się żenić, to będzie ona na pewno naszym pierwszym tańcem. Ale to nie wszystko. Obiecaliśmy sobie, że gdybyśmy jednak związali się z kimś innym, to tej piosenki nie wybierzemy. Miała być nasza i tylko nasza. I tak było. 3.09.2016 ok. godziny 18:00, po 2 lekcjach trwających 45 min., wziętych dwa dni wcześniej, zaczęliśmy nasz wspólny życiowy taniec! :)

Już chyba wszystko wiecie. Sam Ślub i Wesele oczywiście były wyjątkowe, ale nie różniły się zapewne zbytnio od innych ceremonii. Sam fakt tego, jak wszystko zorganizowałam napawał mnie dumą i sprawiał, że na swoim weselu czułam się naprawdę swobodnie, bezstresowo i bardzo komfortowo. Czułam, że to moje wesele. Moje WYMARZONE wesele.

Podsumowując: 
NIETYPOWA BO:

1. Wymyśliła ślub w plenerze,
2. Zaprosiła mnóstwo gości (120), a połowę z nich musiała jeszcze ulokować w hotelach, (przy restauracji, w której odbyło się wesele było tylko 38miejsc, dlatego pozostali goście spali w domkach nad jeziorem po drugiej jego stronie),
3. Chciała nagi tort – żadnych mas i sztucznie wyglądających tortów. Ma być naturalnie, estetycznie i smacznie – to w torcie najważniejsze,
4. Wyszła za mąż za brata swojego byłego faceta – i uważa, że jest to najlepsza decyzja w jej życiu <3 p="">
5. Całokształt swojego wesela (oba namioty wraz z dekoracją) widziała dopiero w momencie, kiedy powitali ją chlebem i solą. Wszystko miała rozpisane na papierze, ale do końca nie wiedziała, jaki będzie efekt końcowy,
6. Była na 3 makijażach próbnych i 2 fryzurach próbnych, bo cały czas coś jej nie pasowało – ciężki ze mnie przypadek,
7. Wymyśliła nietypową sukienkę – prostą w formie i wyrazie, delikatną, wygodną, efektowną, ze złotym paskiem i ZNALAZŁA DOKŁADNIE TAKĄ,
8. Była tylko na 1 przymiarce sukni, bo kupiła ją w Warszawie, a mieszka w Gliwicach, więc miała daleko i nie po drodze,
9. Na jej weselu śpiewał zespół, w którym śpiewa na co dzień, kamerował dobry znajomy, a zdjęcia robił fotograf zapoznany na innym weselu,
10. Zaśpiewała piosenkę dla rodziców i nie poryczała się! (chociaż zdarzało jej się to wiele razy),
11. Poszła spać o 7 a o 12 była już na własnych poprawinach,
12. Podczas rzucania welonu o 00:00 rzuciła nim w stojącego z tyłu męża,
13. Miała dwa welony: z czego długi założyła do kościoła, krótkim rzucała na oczepinach, a całe wesele przetańczyła bez żadnego z nich,
14. Samodzielnie wykonała część dekoracji (słoiczki z miodem dla gości, zawieszki na wódkę, ramę z rozpiską gości i ich usadzeniem, drewniane podkładki w formie plastrów drewna pod kwiaty na stołach, mała galeryjka zdjęć na sznurku itp),
15. Na jej weselu do stołu podawano tylko ciepłe potrawy, zimna płyta podana była na stole bufetowym, z którego każdy mógł sobie brać ile chciał, a na stołach nie zalegała nieestetyczna sałatka i śledzie,
16. Wyszła za mąż szybciej niż jej 3 lata starsza siostra,
17. Jej mąż jest starszy o 9 lat,
18. W chwili obecnej ma 2 teściowe, 3 nowe babcie i 3 nowych dziadków,
19. Podczas poprawin zerwała się burza i przez prawie godzinę bawiła się z gośćmi bez prądu (wieczorem, kiedy było już ciemno),
20. Ślubu udzielał jej kuzyn,
21. Podczas ślubu, po przysiędze goście bili brawo,
22. Przy swoim stole (przeznaczonym dla młodych) zjadła tylko obiad i gorącą kolacje,
23. Ani razu podczas wesela nie korzystała z toalety. Zrobiła to dopiero po wejściu do pokoju hotelowego,
24. Nie stresowała się wcale!
25. Utwór na Pierwszy Taniec miała już wybrany 5 lat wcześniej,
26. Była z narzeczonym tylko na dwóch lekcjach tańca (2x45min),
27. Była i w dalszym ciągu jest Dumna z tego, że praktycznie sama zorganizowała wesele, które każdy wspomina jako jedne z najpiękniejszych, na jakim był.

RADY

Czas się nie rozciągnie. Rozważcie dokładnie na czym naprawdę Wam zależy podczas uroczystości. Pamiętajcie, że zamawiając fotobudkę itp, musicie się liczyć z tym, że przez 2h goście będą nią zafrapowani, a parkiet może świecić w tym momencie pustkami. W związku z tym możliwe, że nie wystarczy Wam czasu na 3 zabawy, a zdążycie zrobić tylko 2 – to nic. Grunt to nie przesadzić. 

Jedyna rzecz, jakiej żałuje, i jaką bym zmieniła, to kwestia organizacji transportu. Razem z mężem zarzekliśmy się, że zapewnimy każdemu transport z wesela do domu. I to nie w formie autobusu, który przyjeżdża o 3:00 i nagle zgarnia całe wesele. Goście jechali wtedy, kiedy chcieli. W efekcie końcowym wesele trwało do 5:00 rano, ale ja przez 3h logistycznie rozdzielałam gości do 3 aut.

Dobierzcie dobrze fotografa i kamerzystę – to oni sprawią, że Wasz dzień będzie trwał wiecznie.

Z pozycji osoby śpiewającej na weselach: Pamiętajcie o zespole, fotografie i kamerzyście. Poproście obsługę, aby podawała im posiłki w pierwszej kolejności – to od nich zależy to, jak będą bawić się Wasi goście. Są w pracy ponad 12h. Muszą coś zjeść, a jedzenie w pośpiechu (bo ciocia Ania już zjadła i czeka na muzykę, a zespół dopiero dostał) naprawdę nie pomoże. Zadbajcie o to, żeby czuli się docenieni. Wtedy i Wy docenicie w pełni ich prace.

Na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć wszystkim POWODZENIA! :)
Z całego serca życzę każdej przyszłej Pannie Młodej, żeby w tym dniu ogarniała je taka euforia i duma jak mnie, a uśmiech nie znikał z jej twarzy – tak jak mi :). 

NAJLEPSZY WYBÓR! 

Zdjęcia: Happy Moments Studio, fb 
Video:   fedorczyk.pl, fb 
Makijaż: Weronika, Centrum Odnowy Galatea 
Fryzura: Marlena Sobol, Centrum Odnowy Galatea 
Zespół: Zespół muzyczny SUNSET, fb 
Dekoracje: Wilga i Kruk, fb 
Samochód: Maserati do Ślubu 
Sukienka: Mia Lavi model 1622, salon Mariella 
Tort: Piekarnia & Cukiernia Sybilla Szmidt 
Restauracja: Hotel Laguna 
Namiot plenerowy: Stylowe Namioty 
Fotobudka: Super FotoBudka










































































Kilka słów od NPM:
Pamiętam jak na początku roku przeglądając trendy na nowy sezon doszłam do wniosku, że złoto i inne błyszczące dodatki dodają motywom rustykalnym wiele uroku. Ożywiają je, odświeżają, lekko kontrastowo się łączą tworząc świetny efekt. Ogromnie cieszy mnie, że takie połączenia pojawiają się na polskich ślubach!
Ślub i wesele Sylwii są też świetnym przykładem, że jak się chce, to się da. Mieć wesele w namiocie (i wcale to nie brzmi groźnie ;)), mieć wymarzoną suknię z odległego miasta, nie mieć bukiety z kwiatów (dla mnie to nowa wiedza :)) i tortu z masy cukrowej. Czasem wystarczy jedynie wystarczająco długo próbować i każdej opcji (butom, fryzurom itd.) dawać szansę :)