poniedziałek, 10 sierpnia 2015

"Jak zorganizować idealne wesele" - kilka słów o ksiażce + konkurs

Jak zorganizować wesele idealne
Przygotowując się do ślubu i wesela Panny Młode szukają nie tylko inspiracji, ale i praktycznych porad. Nawet jeśli nie potrzebują u swego boku konsultanta ślubnego, to chętnie korzystają z pomocy osób, które im doradzą, a przez pewne etapy przeprowadzą ;) Justyna Kościelska, w swojej książce "Jak zorganizować wesele idealne", stara się takim wsparciem dla Panien Młodych być. Jak jej idzie? Całkiem nieźle :) Recenzję książki i konkurs w którym będziecie mogli wygrać jej egzemplarz znajdziecie poniżej. 

"Jak zorganizować wesele idealne" jest poradnikiem/przewodnikiem dla Panien Młodych. To, jak mówi sam tytuł, opis przygotowań, krok po kroku, do "idealnego" ślubu i wesela, a także porady od osób z branży (jeśli są tam Ola i Paweł z Soap Bubble, to poziom musi być wysoki), nowe trendy, praktyczne dodatki na kartach książki i w formie internetowej (np. plan budżetu, usadzenie gości).

Co mi się spodobało najbardziej? Myślenie (nie zawsze, ale często), które jest mi bliskie. Zwrócenie uwagi na priorytety i wybory tego co dla nas najważniejsze, a co możemy sobie odpuścić. Moim ulubionym zdaniem w całej książce zostało to: "przecież wolisz wspominać dzień ślubu jako udaną imprezę, a nie powód, dla którego nie pojedziesz na wakacje przez następne siedem lat" :)
Książka podzielona jest na cztery rozdziały "Czas decyzji" (podejmowanie wstępnych decyzji, które zaważą na wyglądzie całego ślubu), "W oku cyklonu" (to całe przygotowania), "Ten jeden dzień" (i wszystko jasne), "Dodatki". W dwóch pierwszych rozdziałach pojawia się podrozdział „Ty kontra rodzina” i są to dwa z najciekawszych podrozdziałów w książce. To część  o rozmowach, kompromisach, a przede wszystkim o relacjach. Kwestie "negocjacji" z rodzicami i argumentów do użycia są przedstawione tak… spokojnie i  racjonalnie, że nie chce się wierzyć, że to mogło by się nie udać (wystarczy tylko podejść do sprawy na spokojnie) ;)
Drugą moją ulubioną częścią została to dotycząca… dnia i życia po ślubie. O tym, że nie wszystko mogło wyjść idealnie, o zmęczeniu, o zmianie… Bo przecież coś się kończy… panieństwo, rola Panny Młodej i nagle wszystko czym zajmowało się przed kilka/kilkanaście miesięcy znika. O tym się rzadko mówi. Nawet ja nie zastanawiałam się dłużej nad tym, że przecież ludzie mogą mieć inaczej niż ja i moje „Jejku, dzień po ślubie jest najpiękniejszy, a kolejne nie mniej rewelacyjne. Jak super mieć to już z głowy.” jest dla niektórych obce.
Książkę czyta się ekspresowo. Autorka zwraca się do czytelniczki bezpośrednio, jak do dobrej kumpeli. Ma fajne poczucie humoru, które zrozumie każdy, kto ogląda te same seriale i czyta te same książki (to by nawet mojemu PM pasowało). Co z tymi, którzy nie zrozumieją? Cóż, trzeba nadrobić braki w kulturze popularnej ;)

Jakieś minusy? Znalazłam tu rzeczy, z którymi się nie zgadzam. Te dotyczące informacji formalno-praktycznych (nowa ustawa zmiana więcej niż śluby w plenerze, sprawy parafii nie zawsze są czarno-białe, mam inne zdanie co do rabatów w dni inne niż sobota, cen za fotografa, wyglądu harmonogramu) i te subiektywne (jak ja nie cierpię, gdy się wspomina o chrzcinach rok po ślubie, nawet w formie żartu, mam na to mocną "alergię"). Nie zawsze się z Justyną zgadzam, ale… ja to lubię. W przeciwieństwie do sytuacji, gdzie mogę się ze wszystkim zgodzić i stwierdzić, że nie mam nic do dodania i żadnego pomysłu dla siebie z tego nie wynoszę.
I najgorsze… Ktoś książkę o tej tematyce napisał przede mną ;)

Na koniec polecam Wam, jeśli książka wpadnie w Wasze łapki, czytać ją systematycznie. Bo warto. Ideałem jest czytanie rozdziałów na bieżąco, z wyprzedzaniem o jeden aż do tego opisującego przebieg ślubu i wesela. Koniecznie jednak zostawcie sobie podrozdział "Miesiąc miodowy, a potem…" na dzień/czas po ślubie. Wcześniej nie warto o tym myśleć. 

KONKURS
Co możecie wygrać? 
Książkę „Jak zorganizować idealne wesele” Justyny Kościelskiej.
Pytanie konkursowe:
Co wg Ciebie oznacza określenie "wesele idealne"?
Podpowiedź: Nie ma odpowiedzi, które preferuję. Bardziej niż sam pomysł liczy się argumentacja :)
Kilka zasad i informacji:
1. Konkurs trwa od 10.08.2015 do 17.08.2015.
2. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone do tygodnia po jego zakończeniu w tym wpisie na blogu i na fanpage'u NPM pod wpisem konkursowym. Zwycięzców konkursu wyłonię ja (NPM).
3. Każdy uczestnik może zamieścić tylko jeden komentarz konkursowy z odpowiedzią. Powinien to zrobić w komentarzu pod wpisem konkursowym na blogu Niepoprawna Panna Młoda i podpisać się pod nim imieniem i adresem e-mail.
4. Fundatorem nagrody jest Justyna Kościelska Jak zorganizować wesele idealne.

5. Nagrody nie podlegają wymianie na ekwiwalent pieniężny.
WYNIKI: 
Dziękuję za wszystkie odpowiedzi. Trzymam kciuki za realizacje Waszych doskonałych wesel, a przede wszystkim perfekcyjnych ślubów :)
Książkę wygrywa Ewelina. Gratuluję :)

piątek, 7 sierpnia 2015

Ups, ta wpadka popsuje mi ślub!

zamanuhin
Kobiety tylko kilka razy w życiu dostają społeczne przyzwolenie na bycie księżniczkami. Gdy są małymi dziewczynkami w tiulowych spódnicach i w ramionach ojca, gdy idą do komunii w miniaturowej wersji sukni ślubnej, czasem, gdy organizują swoje osiemnastki i po raz ostatni: biorąc ślub. Prawdopodobnie ta mała ilość dni uznawanych społecznie za wyjątkowe i proszące się o strój rodem z bajek Disneya sprawia, że jeśli już kobieta ma okazję, aby z tego korzystać, to robi to na 200%. A każda potencjalna wpadka boli bardziej...

Dążenie do perfekcji (i jej społeczne oczekiwanie) jest tak silne, że wiele Panien Młodych ma ślubne koszmary, przewiduje tysiące nieszczęść (nawet wojnę!), obawia się pomyłki przy przysiędze, łez w oczach i drżącego głosu. Obawia się tego co potencjalnie niemożliwe (ta wojna... jeszcze nie) i tego czym powinny się zachwycić (bo ten drżący głos i ta łza na policzku... to przecież scenariusz z bajki).

Niejednokrotnie pisałam, że nie wierzę w perfekcyjne śluby i wesela. Nie wierzę, że wszystko może się udać, tak na 100%, zgodnie z pierwotnym scenariuszem. Wierzę za to, że wpadka może obrócić się na naszą korzyść lub będzie tak nieznacząca przy ogromie pozytywnych emocji, że nie zwrócimy na nią uwagi. Z perspektywy osoby po ślubie powiem Wam nawet więcej: najbardziej widowiskowe wpadki wspomina się najlepiej (czyt. najzabawniej) ;)


Wyjdę więc z założenia, że wpadki spotykają (niemal) każdego. Bo... to normalne. Niezależnie od tego czy organizujesz wesele samodzielnie czy o koordynacje dbają konsultanci ślubni (tu masz tę przewagę, że o tym co idzie nie tak, możesz się nawet nie dowiedzieć). Tort wygląda nie tak jak powinien? Zespół zagrał piosenkę disco polo? Podwiązka spadła Ci w drodze do ołtarza (pozdrawiam!!!)? To nic, poważnie.

Fakt, są wpadki, które mogą sprawić, ze będzie Ci głupio i będziesz miała ochotę zapaść się pod ziemię. Co wtedy? Śmiej się z tego. Poproś o wyrozumiałość. Przeproś. Znajdź receptę na najlepsze załagodzenie tej konkretnej sytuacji. I żyj dalej!

Wiem, że na ten wpis czekacie. Na weselne wpadki by NPM. Nie było go, bo w mojej głowie lista wpadek wydłużała się niemiłosiernie. Mam wrażenie, że gdybym się postarała, to stworzyłabym u jakieś 100 pozycji. Serio! Wy jednak przeczytacie tylko o tych do których PM pozwolił mi się publicznie przyznać (on jest z tych perfekcyjnych) ;)
Kilka, na szybko wyciągniętych z rękawa:
Brak ostrożności. Pół roku przed ślubem obiecywałam sobie, że na miesiąc przed będę wyjątkowo ostrożna, będę na siebie chuchać i dmuchać, ograniczę się do bezpiecznych sportów (pływanie + pilates), a na majówkę pod żadnym pozorem nie pojadę w góry (bo jeszcze sobie kostkę skręcę ;)). W praktyce, na miesiąc przed ślubem: byłam w górach, wspinałam się po ściankach, zapisałam się na pole dance i pięknie się porozbijałam ;) Fartem na dwa dni przed ślubem przestałam kuleć.
Stroje. Krótka sukienka nie pasowała do rozbitego kolana, obcas w bucie się złamał (dokładnie taka zdolnaj estem, na szczęście stało się to przy próbach tańca, nie w dniu ślubu i wesela), krawat się spalił (czyt. ciocia PM spaliła).
Papel picado - wycinankowa girlanda, kojarzycie? Zmówione siedem miesięcy przed ślubem, oryginalne, z... Meksyku. Mój kaprys. Wysyłane przez moją znajomą, więc wysłane na 100%. Nie dotarło do mnie do tej pory, ale...to podobno standard ;)
Kwiaty. Te, które PM chciał dać mamom przy podziękowaniach. Po odbiorze kwiaciarni zostały umieszczone w bagażniku, a przed kościołem zostały przygniecione prezentami ;)
I cała reszta. Obrączki kupione z myślą "Weźmy te ciut luźniejsze, przecież kiedyś palce nam przytyją." spadają nam z palców (moja spada bardziej). Dwie osoby zostały bez noclegu. Ktoś zapomniał o wyciągnięciu z auta torby na koperty. "Sala" i niektórzy w tajemnicy zrobili kilka rzeczy po swojemu. Nie mieliśmy planu B na fatalną pogodę. I trochę tego o czym przeczytacie we wpisie Co bym zmieniła w dniu swojego ślubu i wesela?
Wow, i żyjemy!!!

czwartek, 6 sierpnia 2015

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Kasia

Historia Kasi:

Znamy się długo, coś nad nami krążyło i wiedzieliśmy, że gdzieś, może, kiedyś, trochę... Ja to wiedziałam - ale nie wierzyłam. Bo wiele lat minęło do postanowienia, że jednak TAK. Wspólne mieszkanie, przeprowadzka ze Śląska do Warszawy. To wszystko doprowadziło nas do momentu, w którym Stefan się oświadczył, a ja potrafiłam wydukać jedynie „Chyba zwariowałeś, muszę zapalić!”:)

Planowanie, lekko przyspieszone przez rodziców, było szalone – i bardzo ‘na ostatnią chwilę’. Mieszkając w stolicy, ciężko było dopilnować wszystkiego, jednocześnie ze zmianą pracy, nowym mieszkaniem itd. Auto do ślubu nie było zapalane jeszcze w piątek w nocy, nagłośnienie nie dojechało, 10 kg lodu zostało zatrzymane przez burzę w Katowicach, a organistę znalazłam o 20.00 (!) dzień przed, cake topper nie dotarł, wystrój Krypty wyszedł totalnie ‘w praniu’... Długo by wyliczać. Jednocześnie miesiąc przed ślubem zrobiła mi
niespodziankę moja chrzestna, która w tajemnicy przed wszystkimi zaplanowała sobie przylot z Australii całą rodziną, specjalnie na nasz dzień! Polegaliśmy na gronie rodziny i bliskich – fotografem była moja bliska koleżanka, dekoracje wieczornej imprezy robiła znajoma, księża to przyjaciele.


Plan był prosty - ślub wcześnie, obiad dla rodziny, impreza w formie mocno otwartej - dla znajomych. Zero tłuczenia szkła, fajerwerków z tortu, witania chlebem i solą, przenoszenia przez próg. Nie mówię, że to złe tradycje - po prostu sam ślub był dla nas na tyle nietypowym dniem, że pompowanie wszystkiego jeszcze bardziej tylko by nas zestresowało.

 
Nie stresowałam się wcale. Wiem, że brzmię jak chwalipięta, ale miałam wrażenie, że to ja uspokajałam wszystkich :) Lu (fotograf) samochód zaczął dymić w połowi drogi (jak na filmach!), wizażystka pomyliła drogę… A ja w międzyczasie piłam taniego ruskiego szampana, śpiewałam piosenki Disneya z siostrami, robiłam sobie tatuaż – rewolwer na udzie ze świadkową… Mieliśmy podwójne błogosławieństwo - przed kościołem podjechaliśmy jeszcze do babci Stefana, która nie była w stanie pojawić się osobiście.


Sam ślub był bezproblemowy! Jako że w Krypcie Katedry w Katowicach ołtarz jest na środku – mogłam uśmiechać się do wszystkich gości i rozładowywać minami skupione twarze. Cudownie było zobaczyć tyle bliskich osób w jednym miejscu! Po uroczystym ‘TAK’ przybiliśmy sobie high five (nie tylko sobie nawzajem, małoletni jak tylko to zobaczyli przybiegli, żeby też przybić :)


Obiad był w Restauracji Łania w Parku Chorzowskim. I tu zaczęły się schody – jeśli ktoś myśli o tym miejscu jako docelowym na wesele - służę informacją. Zaczęło się od niespodzianki – prezentu. Dostaliśmy kielich od rodziców Stefana – z wygrawerowanymi imionami i datą. Piliśmy z niego wino z Kany Galilejskiej, przywiezione z Ziemi Świętej lata temu – w nadziei, że najmłodsza latorośl w końcu znajdzie ukochaną, i przypieczętuje to ślubem.


Pogoda była na tyle upalna, że zaczęłam się martwić – i słusznie! W drodze na imprezę wieczorną złapała nas ściana wody – i wtedy zaczęłam panikować. O wystrój Wiśniowego Sadu! Długo szukaliśmy idealnego miejsca – chcieliśmy piękny ogród, lekkie, ale smaczne jedzenie, miejsce na Playstation, żeby pograć w FIFĘ, czy Tekkena. Do Tarnowskich Gór trafiliśmy jako do ostatniej deski ratunku – i to był strzał w dziesiątkę! Jedzenia goście nie mogli się nachwalić, ciasta zamawiałam u Goodcake z Gliwic mailowo, a o wystrój zadbały Iga i Zuza z ‘Wilga i Kruk’. Było idealnie! Mnóstwo rzeczy kupowałam na własną rękę – słój na lemoniadę, idealne słomki, tymczasowe tatuaże (również ze śląskimi motywami, specjalnie dla gości z Warszawy), kieliszki do Margarity :) Było tak, jak sobie to wymarzyliśmy – część gości jadła, część tańczyła, kolejni rozlali się po ogrodzie zawiązując nowe znajomości.
 
Z niespodzianek – dowiedzieliśmy się, gdzie lecimy w podróż poślubną (Barcelona!). Moja świadkowa zorganizowała pospolite ruszenie wśród znajomych, więc zamiast prezentów czy kopert - dostaliśmy wyjazd w nieznane. Mój (teraz już) mąż jest wielkim fanem FC Barcelony więc wizja odwiedzenia stadionu Camp Nou to spełnienie marzeń :)


Było tańczenie do ‘Waka Waka’, zupełnie jak na filmach – Zuza, siostra mojej przyjaciółki zorganizowała sobie nawet perukę, by godnie naśladować Shakirę:) No i na koniec ostatnia niespodzianka - Stefan w tajemnicy przede mną kupił trąbkę i uczył się na niej grać, na wspomnienie naszej pierwszej ‘randki’ na koncercie randomowego grajka, w piwnicach w Krakowie. Skomponował krótki utwór, był niesamowity!

 
Impreza skończyła się nad ranem – busik sukcesywnie odwoził naszych gości, my z garstką najwytrwalszych wracaliśmy po wschodzie słońca:)


Zdjęcia – Lu: UniQue Photography Lucyna Jaworska
 
Deko – Iga i Zuza: Wilga i Kruk
Kwiaty! Wianek: Pani Kwiatkowska
Ciasta: Good Cake





































Kilka słów od NPM:
Są Panny Młode, które znam: z grupy, z prywatnych wiadomości i rozmów. Na ich relacje czekam najbardziej (tak dziewczyny, to taka… perswazja ;)). Są też takie, których nie znam, ale których zdjęciami ze ślubów ponadprzeciętnie się zachwycam (i tu ciężko o realne marzenia o wpisach do GNPM). Dokładnie tak zachwycałam się zdjęciami z pewnego ślubu, które widziałam na fanpage’u Wilga i Kruk. Wyobraźcie sobie moją ekscytację, gdy dostałam wiadomość od Kasi w której pojawiały się słowa „Wiśniowy Sad”, „Wilga i Kruk” i zdjęcia. Te zdjęcia!
Nie ma elementów w tym ślubie, którymi nie mogłabym się nie zachwycać. Piosenkami z bajek Disneya, tatuażami, stylizacją Pary Młodej (Kasia ma cudną sukienkę, a Stefan… jestem oczarowana ;)), takimi drobiazgami jak ciasta i napoje (a kto to widział się nimi zachwycać?), obłędnymi DEKORACJAMI, PlayStation, które uważam za genialną atrakcję weselną, cudnymi niespodziankami (ta Barcelona w prezencie, ta trąbka). Wszystko tu jest tak lekkie, naturalne, niewymuszone i doskonale łączy dwie zupełnie różne imprezy. I każda jest bardzo ICH :)
Zwróciliście uwagę na listę rzeczy, które nie wyszły, albo które były robione na ostatnią chwilę? Tak bywa, to normalne i kompletnie nie warte ukrywania. To drobiazgi, które niewiele zmieniają, bo... i tak może być niesamowicie pięknie (albo: najpiękniej!)! I tak sobie myślę, że jeśli tak się planuje na ostatnią chwilę, to ja już nigdy nie zrobię nic przed czasem ;)


wtorek, 4 sierpnia 2015

O podróży poślubnej słów kilka, czyli "po co" i "kiedy"?

dstours
Na mojej prywatnej liście rzeczy, które przy organizacji ślubu i wesela były dla mnie priorytetowe podróż poślubna zajmowała miejsce numer 1 (no dobra, 2, zaraz za zostaniem jego żoną). Marzyłam o niej, zamiast o ślubie i weselu, zanim znalazłam odpowiedniego kandydata na męża ;) Dziś, bardzo subiektywnie, uważam ją za niezbędny element każdego ślubu i wesela. Dlaczego i kiedy warto w nią pojechać, polecieć, popłynąć czy nawet pomaszerować?

Po co?
Jeśli jesteście teraz w tym miejscu i czytacie ten wpis, to prawdopodobnie jesteście przed lub chwilę po ślubie, a liczba Waszych wydatków w ostatnim czasie jest przerażająca. Musicie zorganizować wesele i nawet jeśli możecie liczyć na pomoc rodziny, to i tak na sporą część elementów wesela musicie odłożyć sami (choćby na kaprysy, których rodzice nie zechcą finansować). Powinniście mieć gdzie mieszkać, najlepiej we własny mieszkaniu lub wybudowanym domu. Jeśli już je macie, to koniecznie trzeba je urządzić. Co z tego, że mieszkacie razem od 10 lat - pewnie lodówki, pralki i innych większych sprzętów AGD nie posiadacie i będziecie musieli je zakupić. Może planujecie już dziecko? Przydałby się i samochód (o ile go nie posiadacie ;)).
Na zaspokojenie wszystkich, jakby się wydawało - podstawowych, potrzeb najlepiej mieć małą fortunę. Gdzie więc tu miejsce i sens wydawania pieniędzy na podróż?
Jeśli nie jesteście fanami wyjazdów, to niczego Wam nie udowodnię. Macie swoje racje i priorytety. Jeśli jednak uwielbiacie co chwilę trafiać w nowe miejsca, ale macie wątpliwości co do sensu wydawania pieniędzy na wakacje w tym momencie, to... uwierzcie mi, że warto.
Ślub i wesele męczą. Poważnie. Tydzień czy dwa tygodnie po ślubie nie będziecie tego odczuwać. Emocje i jeszcze fruwające w brzuchu motyle będą na tyle silne, że i tak, pomimo zmęczenia, będziecie unosić się 10 centymetrów nad ziemią. Ale to minie i przyjdzie ten moment w którym poczujecie się zmęczeni przygotowaniami, które trwały często kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt miesięcy. Będziecie potrzebowali odpocząć. Z dala od pracy, obowiązków i codzienności.
Po co ludzie wyruszali w podróże poślubne? Hm... kiedyś głównie w celach przeżycia pierwszego razu i spłodzenia potomka w przyjemnych, bezstresowych warunkach ;) Dziś po to, aby WRESZCIE mieć czas tylko dla siebie i móc się sobą, w nowych rolach, nacieszyć. Bez natłoku sprawa do załatwiania i całej rzeszy ludzi (usługowców, rodziców, świadków, gości), którzy czegoś chcą.
I ostatnie: To jedyny taki raz i powód w życiu. Gdy odłożycie ją na bliżej nieokreśloną przyszłość, to... może do niej nie dojść nigdy (z dziećmi to nie podróż poślubna, a za 30 lat... to już nie będzie to samo).

Kiedy?
Zaraz po ślubie! Koniecznie. I mówię to ja, która podróż poślubną ma zaplanowaną na zimę.
Jeśli tylko nie macie konkretnych planów, które wymagają wylotu w określonych miesiącach i jeśli pozwala Wam na to praca, to postarajcie się udać w podróż poślubną jak najszybciej.
Uczcie się na moich błędach. Oszczędzając z PM na Meksyk po raz pierwszy od baaaaardzo daaaaaawna nie zaplanowaliśmy sobie wakacji w lecie. Nasze organizmy nie są do tego przyzwyczajone, a teraz wręcz dopominają się o dłuższy urlop i odpoczynek (mnie jest przykro przy każdej wizycie w Saturnie, gdzie lecą firmy turystyczno-przyrodnicze). Gdybym mogła cofnąć czas, to pojechalibyśmy pod koniec maja w "pierwszą podróż poślubną", gdzieś do Europy, a ta "właściwa" poczekałaby na koniec zimy. Dlaczego tak? Aby się TERAZ zrelaksować się, odpocząć, mieć okazję by jedno z pierwszych: "mężu" i "żono" usłyszeć w pięknym miejscu z widokiem na lazurowe morze ;)

Za ile?
Jak najtaniej i jak najlepiej. O tym będzie osobny wpis, który wymaga dużo czasu na solidne napisanie (ale już się pisze, od jakichś dwóch miesięcy) :)

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Czego oczekiwać od Pana Młodego?

bajkowe2
Doskonale pamiętam, że podczas ślubno-weselnych przygotowań pojawiały się momenty, które mnie przerażały. Jedno trzeba było zrobić na wczoraj, o drugim pomyśleć na dziś, bronić się przed wszystkimi, którzy mieli swoje dobre rady, oczekiwania i wymagania. Nieustannie ktoś czegoś chciał, a ja miałam ochotę... na chwilę spokoju i coś kompletnie niezwiązanego ze ślubem ;)

Obserwując przedślubne damsko-męskie relacje mam wrażenie, że w jakimś ułamku, jestem w stanie wczuć się w stereotypowych Panów Młodych, którzy na głowie wolą mieć ważniejsze/konkretniejsze sprawy. Z drugiej strony mam 98% kobiecej perspektywy. I to sprawia, że temat oczekiwań wobec Pan Młodego wydał mi się wyjątkowo ważny :)

Od "Bo on nic nie robi!"...
Każdej Pannie Młodej marzy się mężczyzna, który będzie gotowy do pomocy. Nie przez cały dzień, ale przez tą jego część, której nie poświęca na pracę zawodową, obiad i sen. W końcu dzień jest krótki, a do ślubu, z każdą minutą, coraz bliżej.
Czego więc Panny Młode od swoich mężczyzn oczekują? Ideał to taki, który nie tylko popilnuje budżetu (to się może skończyć źle, wielkimi ograniczeniami), wozi je samochodem od sali, przez kwiaciarkę, po wszystkie cukiernie w mieście, wybierze najlepszą wódkę (i nie wtrąci się do decydowania o "babskich" alkoholach), wybierze garnitur i samochód swoich marzeń (a co, tu mu wolno!), którym pojadą do ślubu. O tym co jeszcze mieści się w minimum zajęć Pana Młodego możecie przeczytać tu.
Takiemu osobnikowi do ideału jednak odrobinę brakuje. Powinien wykazać się inicjatywą: nie tylko wybierać z podsuniętych przez narzeczoną propozycji, ale i sam czegoś poszukać. Powinien przyklejać serduszka na zaproszenia i wstążki do zawieszek na alkohol, wiedzieć jakie atrakcje weselne mu się podobają i co będzie najlepsze dla dzieciaków z jego rodziny. Biegać, pływać, chętnie tańczyć na kursie i koniecznie pójść do kosmetyczki. Zarezerwować noclegi i transport dla gości, zweryfikować potwierdzenia, śledzić prognozy pogody. I najlepiej, robić to wszystko z uśmiechem, a nie miną męczennika.
Powinien... Ale czasem się buntuje, nic go nie interesuje i nie można na jego pomoc i waparcie liczyć (bo "Zrób jak uważasz Kochanie, Ty się na tym znasz." to nie wsparcie, tak?).

Do "Bo on chce o wszystkim decydować!".
Bardzo wiele Panien Młodych narzeka na to, że narzeczeni oddają im pałeczkę i wszystko pozostaje na ich głowach. A jak wygląda, pożądana sytuacja, w której Pan Młody zaczyna się angażować?
Słuchając historii dziewczyn niezmiennie mam wrażenie, że zaangażowany Pan Młody bywa dla nich gorszy od tego nic nie robiącego. Dlaczego? Bo to nie jest ich "pracownik", a drugi "szef" - ze swoim zdaniem, gustem, oczekiwaniami i marzeniami. Nie możecie oczekiwać, że gdy już zaangażujecie narzeczonego w przygotowania, to on po cichu i bez protestów będzie odwalał robotę, którą na niego zrzucicie. On będzie chciał móc decydować. On powie Wam, że ten niebieski kolor przewodni wcale mu się nie podoba, że te upominki dla gości to bez sensu, że wolałby Cię zobaczyć w prawdziwe balowej sukni, a nie prostej szmatce, że nie nie rozumie jak można tyle pieniędzy wydawać na fotografa, że jego mama chciałaby coś.... a on chciałby, aby i ona była szczęśliwa (bo tak właściwie, to jemu najbardziej zależy na tym, aby wszyscy byli szczęśliwi, i Ty i jego mama). I wiecie co w tym jest "najgorsze"? Że on ma do tego prawo, na równi (ani mniej, ani więcej) z Wami.

Każdy medal ma dwie strony, każda sytuacja swoje wady i zalety. Niezaangażowany i zaangażowany narzeczony mogą być równie problematyczni i stresujący. Czy jest tu gdzieś złoty środek? W rozmowie i kompromisie? W pozwoleniu na pozostanie sobą i osobisty poziom zaangażowania? W zrozumieniu, że drugiej połówki to wesele może wcale tak bardzo nie interesować, bo jemu zależy na tym co najważniejsze (masz być jego żoną, tyle) i on kompletnie nie pojmuje jakim cudem wesele ma być manifestacją dozgonnej miłości ;)

Do której grupy należą Wasi narzeczeni? A może są ideałami gdzieś "z środka"?