Historia
Eweliny:
Mieszkamy w
Anglii w urokliwym miasteczku Rugby. Oboje pracujemy jako Warehouse Operative w
tym samym zakładzie. Piotr kocha fotografię, gry komputerowe. Ja dzielę z nim
pasję fotograficzną, interesuję się zoologią i wszystkim związanym z szeroko
określoną subkulturą gotycką. Mamy piątkę wspaniałych dzieci: trzy króliki i
dwa pytony królewskie. :)
Kiedy poznałam Piotra byłam w dość poważnym związku, byłam zaręczona. Dlatego w
pierwsze chwili pomyślałam: chcę się z nim przyjaźnić. Po tym jak mój związek
nie przetrwał kolejnych różniących nas zdań, postanowiłam wrócić do Polski.
Spakowałam się, wzięłam królika pod pachę i poszłam tak naprawdę... sama nie
wiedziałam wtedy gdzie. Siedziałam w parku, zmarznięta i zapłakana. Wtedy
zadzwonił Piotrek, chciałam go spławić, ale chyba wyczuł, że jest coś nie tak.
I odszukał mnie. Znalazł mnie taką, zapłakaną, z rozmazanym make-upem i
roztrzęsioną. Zaproponował mi żebym wprowadziła się do niego i ludzi którzy
wynajmują w tym domu pokoje. Nie miałam większego wyboru. I tak zamieszkaliśmy
razem!
Nasz związek. Po trzech wspólnych dniach pod jednym dachem wiedziałam, że chce
już zostać przy Piotrku. On też musiał to poczuć, bo po 5 dniach - oświadczył
mi się!!! A ja się zgodziłam. Świat zaczął wirować! Więc rzuciłam hasło: weźmy
ślub. Kiedy? - zapytał. Może w sierpniu? I tak zaczęliśmy przygotowania do
naszego wielkiego dnia. Mieliśmy końcówkę lutego, a ślub zaplanowaliśmy na 20 sierpnia.
Mało czasu. :) Od słowa do słowa,
stwierdziliśmy zgodnie, że nie chcemy ślubu kościelnego. To nie dla nas, nie
jesteśmy wierzącymi ludźmi, więc do szczęścia nam to nie jest potrzebne. No to
USC, ale gdzie? U mnie w Płocku, czy u Piotrka w Krotoszynie? Wpadliśmy na genialny
pomysł, wykorzystując możliwość (za dodatkową opłatą 1000 zł) zawarcia związku
małżeńskiego w dowolnym miejscu, poza urzędem. Wybraliśmy piękny, gotycki zamek
w Gołuchowie. Chcieliśmy powiedzieć sobie "tak", w Sali tronowej.
Polecieliśmy więc w czerwcu do Polski, aby spotkać się z Urzędniczką USC w
Gołuchowie i Panią Kustosz zamku Gołuchów. Wszystko poszło jak po maśle, zamek
zaklepany i zapłacony, Pani w USC opłacona.
Wybór naszej garderoby ślubnej nie był łatwy. Wszystko musiało pasować do stylu
gotyckiego. Dlatego też nie byliśmy na standardowych zakupach ślubnych z
mierzeniem tysiąca sukni i sprawdzania tkanin garniturów. My usiedliśmy do
komputera i zaczęliśmy poszukiwania. Ja swoją suknie znalazłam na stronie z
odzieżą gotycką i alternatywną. Był tylko jedna rozmiar, więc nie miałam
wyboru, bo zakochałam się w niej. Suknia czarna, góra z grubego weluru, a dół
rozkloszowany, koronkowy, do tego czarny welon i biżuteria z brytyjskiej firmy
Alhemy Gothic. Mąż wybrał sobie marynarkę z tej samej gotyckiej firmy Punk
Rave. Do tego koszula z żabotem, koronkowymi rękawami, spodnie rurki, cylinder
i laska z głowicą w kształcie kruka siedzącego na czaszce. Co do obuwia byliśmy
zgodni, wybraliśmy firmę New Rock. Nasze buty były chyba droższe niż całe nasze
stroje.
Wykończenie naszego wielkiego dnia stanowiło wybranie czarnych kwiatów
sprowadzanych specjalnie dla nas z Holandii. Wybór auta, złotego pięknego
Cadillacka. Wybór restauracji - postawiliśmy na kolację, nie wielkie huczne
wesele. Wybraliśmy restauracje, zlokalizowaną na starówce rodzinnego miasta
Piotrka. Wybór kosmetyczki, która zrobiłaby mi odpowiedni do naszego ślubu make
up, fryzjera, kamerzysty i fotografa. I w końcu wysłanie/rozdanie zaproszeń. Mieliśmy
jednostronne zaproszenia, na papierze czerpanym, które ręcznie wypisywaliśmy.
W dni naszego ślubu, słyszeliśmy głosy typu: patrz, szataniści się hajtają. Ale
dla nas był to znak, że faktycznie pojechaliśmy po bandzie i rzucamy się w
oczy, z czego byliśmy w sumie zadowoleni. :) Całe
przygotowania w dniu ślubu poszły zgodnie z planem. Na miejscu, w zamku, gdy
już wszyscy goście zajęli miejsca w Sali, a my skończyliśmy sesje zdjęciową
czekało na nas wypowiedzenie magicznego "tak". Piotr wszedł pierwszy,
a mnie do przyszłego męża prowadził szczęśliwy dziadek. Wejście odbyło się do
muzyki z musicalu "Taniec Wampirów" do utworu "Sala
Balowa". Po ceremonii, przyszedł czas na wspólne zdjęcia i biesiadowanie.
Zajechaliśmy złotym rumakiem na Starówkę i baliśmy się w najlepsze!
Teraz jesteśmy po pierwszej rocznicy ślubu. Nasza szalona historia,
błyskawiczne oświadczyny, szybki ślub uświadomiły mi, że warto przejść czasami
przez gorsze dni, bo później los nam to wynagrodzi. No i najważniejsze: że
istnieje miłość od pierwszego wejrzenia. Jesteśmy zgodnym, kochającym się
małżeństwem i pewnie jeszcze nie raz zaskoczymy naszych bliskich czymś
szalonym!
Zdjęcia: STUDIO 47 Andrzej Staszok
Ewelinę i Piotra znajdziecie także w tworzonych przez nich miejscach w sieci (podlinkowanych przy ich imionach) :)
Kilka słów od NPM:
Czasem na widok jakiegoś ślubnego zdjęcia czy całego reportażu moja potrzeba zobaczenia czegoś wyjątkowego podskakuje z ekscytacji do góry. Teraz wyobraźcie sobie jak wysoko podskoczyła, gdy zobaczyłam jedno ze zdjęć Eweliny. Wyobraziliście sobie? No, to było jeszcze wyżej ;)
Lubię śluby inne, lubię śluby po swojemu - zgodne ze swoim charakterem, stylem, marzeniem. Idealnie dla moich oczu, gdy jedno z drugim się łączy.
Wiem, że zdjęcia przykuwają uwagę, ale... przeczytaliście historię? Bo jest równie ciekawa, taka... wręcz filmowa :)
Podsumowując: mam ogromną nadzieję, że będę miała okazję pokazywać Wam takich ślubów tu coraz więcej i więcej.
Ewelino, Piotrze, jest wybornie! :)))