Ciągle nie wierzę, że ten czas
tak szybko ucieka… Rok temu dopiero poszukiwaliśmy sali i przy podpisywaniu
umowy wszystko wydawało się wręcz niewiarygodnie odległe. A tymczasem zostało
osiem miesięcy. Ale kolejne pozycje odhaczamy i jesteśmy coraz bardziej
podekscytowani!
Jakiś czas temu stwierdziliśmy,
że oczekiwanie na ślub przypomina nam trochę atmosferę oczekiwania na Boże
Narodzenie za dzieciaka ;) Poznajemy się wciąż z różnych stron i wciąż w nowych
sytuacjach, w tych dobrych i w tych gorszych – i ja na pewno, a PM tak twierdzi
;) - chcemy ślubu coraz bardziej. Coraz częściej słyszę i czytam, że "po ślubie
wszystko się zmieni, już nie będzie taki wspaniały", "w małżeństwie nie będzie
już tak bajkowo"… Podzieliłam się nawet tym z G. (w ramach ciekawostki, bo po
około 2 latach wspólnego mieszkania nie chce mi się w to wierzyć). Stwierdził
tylko, że przecież nie jest palantem :P
Machina dalej się kręci.
Odwiedziliśmy kancelarie parafialne – tę do której należymy i tę, w której
bierzemy ślub, żeby dowiedzieć się różnych szczególików. Poznaliśmy księdza, z
którym od razu złapaliśmy dobry kontakt, pośmialiśmy się, potem okazało się, że
jest on z naszego rocznika i zapytał nas w końcu, czy chcielibyśmy, żeby to on
poprowadził Mszę ślubną. Zgodziliśmy się, a mi nawet ulżyło, bo nie mieszkam w
rodzinnym mieście od siedmiu lat, księża się pozmieniali i ich nie znam. Po
nocach śnili mi się podpici, czerwoni na twarzy księża, którzy podczas
przysięgi mylą nasze imiona...
Poza tym umówiliśmy się do
poradni rodzinnej i zdecydowaliśmy się na miejsce i termin nauk
przedmałżeńskich, żeby o to również nie musieć martwić się tuż przed czerwcem.
Ah! No i zarezerwowaliśmy hotel
dla gości i dla siebie. Nie wiem jeszcze jak to wszystko rozwiążemy
organizacyjnie, bo odległość pomiędzy kościołem i salą to jakieś 30 kilometrów,
hotel z kolei 5 minut taksówką od karczmy.
Tyle jeszcze pierdółek do
ogarnięcia… Fryzjer, kosmetyczka, kwiaty, dekoracje… Póki co na nowo
odtworzyłam oprawę graficzną na zaproszenia (poprzednia umarła razem z twardym
dyskiem, a kopii zapasowej nie zrobiłam :P) i zabrałam się za manufakturę
prezencików dla gości :) Postanowiłam wykonać wszystkie 70 własnoręcznie (PM
stwierdził, że chyba jestem szalona, a ja to lubię ;) ). I ogarnął mnie
październikowy marazm. Dalsze przygotowania chyba ruszą dopiero po
ustabilizowaniu jesiennego nastroju.
Szczególnie stresujący był dla
mnie wybór sukni ślubnej. Na co dzień niezbyt się stroję, a od kiedy zaczęłam
pracę, w której przebieram się od stóp do głów, to już całkiem postawiłam na
wygodę i praktycznie codziennie wskakuję w dżinsy i bluzy – w końcu i tak nikt
nie ogląda mojego outfitu ;)
Na rozgrzewkę umówiłam się do
salonu sukien ślubnych niedaleko domu. Poszłyśmy tam z przyjaciółką i…Jakoś nie
poczułam tego dreszczyku emocji. Ot, wisiało dużo białych kiecek. W mojej
głowie od jakiegoś czasu kiełkowały dwa pomysły na kreację – skrajnie różne.
Jeden zainspirowany modą i wszechobecnym stylem rustykalnym, drugi – niech
pozostanie tajemnicą, bo sporo osób odradza mi ten eksperyment ;) Poprosiłam
panią w salonie o niezbyt połyskliwe, proste i delikatne suknie, ewentualnie z
koronką. Sprzedawczyni gimnastykowała się jak mogła, poznosiła kilka sukien –
naprawdę, obiektywnie bardzo ładnych – ale wciąż nic. Wszystkie znajome, z
którymi rozmawiałam, mówiły o niesamowitym wzruszeniu, łzach i zapartym tchu, a
ja… nic. Co prawda dwie sukienki "podobały mi się", ale po usłyszeniu ceny mina
mi zrzedła. Na ukradkowych zdjęciach cykniętych przez przyjaciółkę też
wyglądałam po prostu zwyczajnie. Normalnie, jak w długiej sukni. Żadnego szału.
Trochę nawet było mi smutno.
Drugi salon odwiedziłam z
koleżankami z pracy i on nie był tak przyjemny jak poprzedni. Na wstępie
dostałam burę za spóźnienie (którego nie było, to właścicielka pomyliła
godziny). Salonik mały, zatłoczony, a suknie zakurzone i poszarzałe. Nauczona
wcześniejszym doświadczeniem, poprosiłam sprzedawczynię, aby dawała mi do
przymiarki kreacje tylko w pewnym zakresie cenowym. W tym momencie naprawdę
atmosfera jeszcze się pogorszyła, a temperatura spadła o 5 stopni ;) Wyszłyśmy
niezadowolone i trochę rozśmieszone postawą pani z salonu.
Potem przeanalizowałam sytuację i
przejrzałam trzy czwarte internetu w poszukiwaniu tańszych alternatyw. Używane
na olx, allegro, ogłoszenia. Brałam pod uwagę szycie u krawcowej, ale chyba
zjadłby mnie stres w czasie oczekiwania, bo nasłuchałam się opowieści o
nieudanych sukniach odbieranych tydzień przed weselem.
I
jest, eureka! Fajna, tania,
nowa ;), ze strony internetowej. Dokładnie nadająca się do mojego
eksperymentalnego pomysłu na suknię ślubną. Możliwość uszycia pod
indywidualne
wymiary. Zamówiłam rozmiar standardowy z możliwością zwrotu, przysłali,
przymierzyłam… Znowu nie poczułam palpitacji serca, ale cena i jakość
mnie
przekonała. Przymierzałam ją sama, w domu, z samego rana (kiedy
przyjechał
kurier, wyskoczyłam do niego w piżamie), bez makijażu i fryzury, z
narzeczonym
śpiącym za ścianą ;), a w dodatku nie dopinała się w biuście. Nakręciłam
filmik
komórką i rozesłałam po moich druhnach. A potem jeszcze pokazałam mamie i
babci. Same pozytywne reakcje! Siostra nadrobiła moją niewzruszoną
postawę, bo "zaszkliły się jej oczy". Miałam jeszcze chwilę wątpliwości,
czy jednak nie
zdecydować się na styl rustykalny, więc zwróciłam się do wyroczni
ostatecznej…
… Czyli PM, bo to on ma patrzeć
na mnie jak w obrazek :) A on zdecydował, żeby brać to, o czym zawsze marzyłam,
a nie to, co jest modne na pintereście :)
Suknia ze standardowej
rozmiarówki odesłana, a ja już zmierzona przez krawcową i w przyszłym tygodniu
zamawiam na swoje wymiary. Im szybciej będę ją miała w szafie u mamy, tym
spokojniej będę spać. A jak schudnę, to sobie tuż przed ślubem zwężę. Tyć nie
planuję! Taka jestem niepoprawna ;)