Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Salon sukien ślubnych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Salon sukien ślubnych. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 października 2016

8 miesięcy do ślubu, czyli staram się nie dać jesiennemu marazmowi [Jagoda]


Ciągle nie wierzę, że ten czas tak szybko ucieka… Rok temu dopiero poszukiwaliśmy sali i przy podpisywaniu umowy wszystko wydawało się wręcz niewiarygodnie odległe. A tymczasem zostało osiem miesięcy. Ale kolejne pozycje odhaczamy i jesteśmy coraz bardziej podekscytowani!
Jakiś czas temu stwierdziliśmy, że oczekiwanie na ślub przypomina nam trochę atmosferę oczekiwania na Boże Narodzenie za dzieciaka ;) Poznajemy się wciąż z różnych stron i wciąż w nowych sytuacjach, w tych dobrych i w tych gorszych – i ja na pewno, a PM tak twierdzi ;) - chcemy ślubu coraz bardziej. Coraz częściej słyszę i czytam, że "po ślubie wszystko się zmieni, już nie będzie taki wspaniały", "w małżeństwie nie będzie już tak bajkowo"… Podzieliłam się nawet tym z G. (w ramach ciekawostki, bo po około 2 latach wspólnego mieszkania nie chce mi się w to wierzyć). Stwierdził tylko, że przecież nie jest palantem :P

Machina dalej się kręci. Odwiedziliśmy kancelarie parafialne – tę do której należymy i tę, w której bierzemy ślub, żeby dowiedzieć się różnych szczególików. Poznaliśmy księdza, z którym od razu złapaliśmy dobry kontakt, pośmialiśmy się, potem okazało się, że jest on z naszego rocznika i zapytał nas w końcu, czy chcielibyśmy, żeby to on poprowadził Mszę ślubną. Zgodziliśmy się, a mi nawet ulżyło, bo nie mieszkam w rodzinnym mieście od siedmiu lat, księża się pozmieniali i ich nie znam. Po nocach śnili mi się podpici, czerwoni na twarzy księża, którzy podczas przysięgi mylą nasze imiona...
Poza tym umówiliśmy się do poradni rodzinnej i zdecydowaliśmy się na miejsce i termin nauk przedmałżeńskich, żeby o to również nie musieć martwić się tuż przed czerwcem.
Ah! No i zarezerwowaliśmy hotel dla gości i dla siebie. Nie wiem jeszcze jak to wszystko rozwiążemy organizacyjnie, bo odległość pomiędzy kościołem i salą to jakieś 30 kilometrów, hotel z kolei 5 minut taksówką od karczmy.

Tyle jeszcze pierdółek do ogarnięcia… Fryzjer, kosmetyczka, kwiaty, dekoracje… Póki co na nowo odtworzyłam oprawę graficzną na zaproszenia (poprzednia umarła razem z twardym dyskiem, a kopii zapasowej nie zrobiłam :P) i zabrałam się za manufakturę prezencików dla gości :) Postanowiłam wykonać wszystkie 70 własnoręcznie (PM stwierdził, że chyba jestem szalona, a ja to lubię ;) ). I ogarnął mnie październikowy marazm. Dalsze przygotowania chyba ruszą dopiero po ustabilizowaniu jesiennego nastroju.

Szczególnie stresujący był dla mnie wybór sukni ślubnej. Na co dzień niezbyt się stroję, a od kiedy zaczęłam pracę, w której przebieram się od stóp do głów, to już całkiem postawiłam na wygodę i praktycznie codziennie wskakuję w dżinsy i bluzy – w końcu i tak nikt nie ogląda mojego outfitu ;)

Na rozgrzewkę umówiłam się do salonu sukien ślubnych niedaleko domu. Poszłyśmy tam z przyjaciółką i…Jakoś nie poczułam tego dreszczyku emocji. Ot, wisiało dużo białych kiecek. W mojej głowie od jakiegoś czasu kiełkowały dwa pomysły na kreację – skrajnie różne. Jeden zainspirowany modą i wszechobecnym stylem rustykalnym, drugi – niech pozostanie tajemnicą, bo sporo osób odradza mi ten eksperyment ;) Poprosiłam panią w salonie o niezbyt połyskliwe, proste i delikatne suknie, ewentualnie z koronką. Sprzedawczyni gimnastykowała się jak mogła, poznosiła kilka sukien – naprawdę, obiektywnie bardzo ładnych – ale wciąż nic. Wszystkie znajome, z którymi rozmawiałam, mówiły o niesamowitym wzruszeniu, łzach i zapartym tchu, a ja… nic. Co prawda dwie sukienki "podobały mi się", ale po usłyszeniu ceny mina mi zrzedła. Na ukradkowych zdjęciach cykniętych przez przyjaciółkę też wyglądałam po prostu zwyczajnie. Normalnie, jak w długiej sukni. Żadnego szału. Trochę nawet było mi smutno.

Drugi salon odwiedziłam z koleżankami z pracy i on nie był tak przyjemny jak poprzedni. Na wstępie dostałam burę za spóźnienie (którego nie było, to właścicielka pomyliła godziny). Salonik mały, zatłoczony, a suknie zakurzone i poszarzałe. Nauczona wcześniejszym doświadczeniem, poprosiłam sprzedawczynię, aby dawała mi do przymiarki kreacje tylko w pewnym zakresie cenowym. W tym momencie naprawdę atmosfera jeszcze się pogorszyła, a temperatura spadła o 5 stopni ;) Wyszłyśmy niezadowolone i trochę rozśmieszone postawą pani z salonu.

Potem przeanalizowałam sytuację i przejrzałam trzy czwarte internetu w poszukiwaniu tańszych alternatyw. Używane na olx, allegro, ogłoszenia. Brałam pod uwagę szycie u krawcowej, ale chyba zjadłby mnie stres w czasie oczekiwania, bo nasłuchałam się opowieści o nieudanych sukniach odbieranych tydzień przed weselem.

I jest, eureka! Fajna, tania, nowa ;), ze strony internetowej. Dokładnie nadająca się do mojego eksperymentalnego pomysłu na suknię ślubną. Możliwość uszycia pod indywidualne wymiary. Zamówiłam rozmiar standardowy z możliwością zwrotu, przysłali, przymierzyłam… Znowu nie poczułam palpitacji serca, ale cena i jakość mnie przekonała. Przymierzałam ją sama, w domu, z samego rana (kiedy przyjechał kurier, wyskoczyłam do niego w piżamie), bez makijażu i fryzury, z narzeczonym śpiącym za ścianą ;), a w dodatku nie dopinała się w biuście. Nakręciłam filmik komórką i rozesłałam po moich druhnach. A potem jeszcze pokazałam mamie i babci. Same pozytywne reakcje! Siostra nadrobiła moją niewzruszoną postawę, bo "zaszkliły się jej oczy". Miałam jeszcze chwilę wątpliwości, czy jednak nie zdecydować się na styl rustykalny, więc zwróciłam się do wyroczni ostatecznej…
… Czyli PM, bo to on ma patrzeć na mnie jak w obrazek :) A on zdecydował, żeby brać to, o czym zawsze marzyłam, a nie to, co jest modne na pintereście :)

Suknia ze standardowej rozmiarówki odesłana, a ja już zmierzona przez krawcową i w przyszłym tygodniu zamawiam na swoje wymiary. Im szybciej będę ją miała w szafie u mamy, tym spokojniej będę spać. A jak schudnę, to sobie tuż przed ślubem zwężę. Tyć nie planuję! Taka jestem niepoprawna ;)

poniedziałek, 19 września 2016

Jak przygotować się do pierwszej wizyty w salonie sukien ślubnych?

Carina Romano Photography
Wybór sukni dla sporej części Panien Młodych jest najważniejszym i najbardziej emocjonującym wyborem, ustępując miejsca w tej hierarchii jedynie powiedzeniu swojemu mężczyźnie pierwszego, rozkręcającego całą machinę, "tak". Dla pozostałej części wybór ten jest... neutralnym, oczywistym obowiązkiem (w końcu w coś trzeba się ubrać). Niezależnie od tego, którą grupę Panien Młodych reprezentujecie, jest duże prawdopodobieństwo, że na drodze swoich poszukiwań traficie do salonu z sukniami ślubnymi. Boicie się tej wizyty? Zastawiacie się jak to jest? Postaram się Wam pomóc w przygotowaniu do niej (i uwierzcie, będę bardzo starała się Was nie przestraszyć) :)

Jak przygotować się do pierwszej wizyty w salonie sukien ślubnych?

1) Sprawdzenie oferty salonu ( i więcej)
Zapoznajcie się ze stroną internetową, stroną na facebooku, instagramem i innymi miejscami w sieci w którym możecie znaleźć dany salon. Obejrzyjcie na zdjęciach suknie ślubne, oceńcie czy oferta salonu Wam odpowiada, spiszcie na kartce nazwy tych, które najbardziej Wam się podobają. Jeśli nie macie pewności czy zakres cenowy sukien mieści się w Waszym budżecie i czy salon oferuje
niestandardowe rozmiary, napiszcie/zadzwońcie do salonu.
Możecie również przejrzeć zawartość swojej szafy (zobaczcie w jakich fasonach, dekoltach chodzicie na co dzień i czujecie się najlepiej), zapoznać się z typami sylwetek i najpopularniejszymi fasonami sukien, zastanowić się czego nie lubicie w sobie, co chciałybyście ukryć, a co pokazać. Jakie podobają się Wam materiały, jakie kolory, co sądzicie o koronkach, prześwitach itd.

2) Umówienie na wizytę
Są salony do których możecie wejść z ulicy i przymierzać suknie. Myślę, że jednak w wiekszosci obowiązują zapisy. Jest to komfortowe zarówno dla pań pracujących w nich, jak i przyszłej Panny Młodej - każdy ma czas na przygotowanie się do takiej wizyty i poświecenie się sobie w pełni.
Na sobotnie wizyty w najpopularniejszych salonach czasem trzeba czekać 2-3 tygodnie. Wizyta w salonie będzie trwała od 45 do 60 minut. Ile wizyt w ciągu dnia jesteście w stanie przetrwać i coś z nich wynieść? Wg mnie maksymalnie 3-4. W zależności od salonu najlepiej pierwszą wizytę zaplanować na 6-9 miesięcy przed ślubem (czasem wystarczą 3 miesiące, czasem na koronki, wg salonów, czeka się nawet pół roku).

3) Osoby towarzyszące
Zastanówcie się z kim na taka wizytę chciałybyście się udać. Z mamą, siostrą, przyjaciółkami? Ile osób chciałybyście zabrać? Czy nadmiar doradców będzie Wam służył? Osobiście radzę Wam zabrać jedną, maksymalnie trzy osoby. To liczba, która nie da Wam nadmiaru opinii i jednocześnie zmieści się w większości salonów. A może jest ktoś, kogo kategorycznie nie chcecie zabierać, bo ma zupełnie różny gust od Waszego i boicie się presji ze strony tej osoby? W takim przypadku warto zabrać ją nie na pierwszą zapoznawczą, ale na jedną z końcowych (już po decyzji lub bezpośrednio przed nią) wizyt w salonie. Jeśli nie lubicie w takich momentach mieć doradców i czujecie się pewnie same ze swoim gustem, możecie pójść same.
O tym jak wyglądają wizyty w salonie sukien ślubnych z niewłaściwie dobranymi doradcami możecie przeczytać w tekście Horror z salonu sukien ślubnych. 

4) Oswojenie z wizytą
Co złego może czekać Was w salonie sukien ślubnych? Trochę o tym przeczytacie w tekście Lista zażaleń do salonów sukni ślubnych. Więcej złego... nie przewiduję ;) Jest nawet duża szansa na to, że to będzie całkiem miła wizyta :D 
Zadbajcie tylko o dobry humor i sporo wolnego czasu :)

5) Strój i makijaż
Jak ubrać się na wizytę w salonie? Wygodnie i tak, abyście nie czuły się jak Kopciuszek :) Nie musicie na pierwszą wizytę zabierać ze sobą właściwej bielizny (warto jednak mieć bieliznę w kolorze nude i stanik z odpinanymi ramiączkami) i właściwych butów (polecam jednak zabrać buty o wysokości zbliżonej do tych jakie planujecie mieć na sobie w dniu ślubu). Jeśli właściwe już macie wybrane i zakupione, to je zabierzcie.
Postawcie na delikatny makijaż i wygodną fryzurę. Pamiętajcie jednak, aby znaleźć kompromis między delikatnym makijażem (który nie ubrudzi sukni) i dobrym samopoczuciem w nim. Jeśli będziecie czuły się ładne, to i w sukni poczujecie się pięknie :)

6) Budżet
Zastanówcie się nad swoim budżetem. Ile maksymalnie chcecie wydać na suknię? 
Śmiało mówcie, że interesują Was suknie w takim i tylko takim zakresie cenowym.

7) Otwartość na propozycje
W punkcie pierwszym kazałam Wam przejrzeć ofertę salonu i spisać nazwy sukien, które Wam się podobają. To je powinnyście przymierzyć w pierwszej kolejności, ale... nie oznacza to, że nie powinnyście poszaleć i poeksperymentować. To co dobrze wygląda na modelce, wcale nie musi dobrze wyglądać na Waszej figurze. Jeśli nie przymierzycie różnych fasonów, jeśli nie posłuchać rad doświadczonej ekspedientki, to... macie mniejsze szanse na znalezienie ideału dla Waszej sylwetki ;) 

8) Mierzenie
Prawdopodobnie zostaniecie ustawione na środku przymierzalni, a panie z salonu będą na Was chuchać i dmuchać, aby sukni nie stała się krzywda ;) Jednak, aby zobaczyć czy suknia jest wygodna, musicie się poruszać (uważając, aby nie ubrudzić/podeptać sukni). Przejść się, usiąść, podskoczyć, a nawet wykonać kilka dziwnych ruchów przypominających taniec ;)
Jeśli w salonie Wam pozwolą, to zróbcie sobie zdjęcie i nagrajcie film w sukni, aby później na spokojnie móc ocenić czy fason Waszej sylwetce odpowiada i jak prezentuje się na filmie/zdjęciu. Jeśli nie dostaniecie na to zgody, zróbcie to z ukrycia :D

9) Podsumowanie wizyty
Po skończonej wizycie propoście ekspedientkę o wynotowanie Wam nazw, cen i innych ważnych dla Was informacji na tema sukien, którymi jesteście zainteresowane. Jeśli czujecie, że chcecie do tego miejsca jeszcze wrócić, możecie już w tym momencie umówić się na kolejną wizytę.

piątek, 2 października 2015

Z kim udać się na wycieczkę po salonach sukni ślubnych?

brittneyhogan
Podobno wybór sukni ślubnej jest jednym z najprzyjemniejszych wyborów przyszłej Panny Młodej ;) Sprawia frajdę nie tylko jej, ale także ekipie, która przy wyborze jej towarzyszy. O tym, że zabierane ze sobą wsparcie nie zawsze spełnia swoje zadanie, a czasem wręcz przeciwnie, mogliście przeczytać tu. Z kim warto na takie zakupy się udać?

Zabierając się za długo odkładane poszukiwanie sukni ślubnej stwierdziłam, że podejdę do tego jak do zakupy każdej innej sukienki. Wiem w czym dobrze wyglądam i dobrze się czuję, wiem co mi nie służy i co mnie drażni. Znam siebie wystarczająco... i wiem z kim najlepiej robi mi się normalne zakupy. Wypróbowałam wiec trzy osoby towarzyszące: koleżankę, która bardzo chciała mi towarzyszyć, PM i siebie :)

Samodzielnie?
Podobno trzeba zabrać ze sobą kogoś kto spojrzy na nas obiektywnym okiem, a przynajmniej: obiektywniejszym niż nasze. Im tych obiektywnych spojrzeń mamy więcej, tym większa szansa na lepszy wybór. Bzdura? Bzdura! Jakiś czas temu nauczyłam się chodzić na zakupy sama. Nikt mi nie narzucał swojego gustu, nikt nie krytykował, nikt nie musiał mnie rozumieć, a ja zawsze byłam swoich wyborów pewna (nawet gdy kupowałam coś co teoretycznie do mojej figury nie pasowało). Z suknią ślubną było identycznie... Najlepiej było mi samej i przyznam, że nawet panie ekspedientki nie były mi potrzebne do niczego więcej niż podanie i zakładanie sukienek ;) Suknie, która finalnie na mnie wylądowała, też wybierałam i kupiłam bez niczyjego wsparcia i... z efektu jestem zadowolona, więc polecam tę opcję dla wszystkich, którzy na co dzień preferują samodzielne zakupy :)

Z narzeczonym?
PM jest drugą, zaraz po mnie, osobą z którą lubię chodzić na zakupy. Powód takiego wyboru jest prosty: jemu się prawie we wszystkim podobam, więc zazwyczaj każdy mój wybór był przez niego akceptowany. Miałam (dobre) przeczucie, że przy sukni ślubnej nie będzie tak samo, bo ja chcę coś dość prostego, a PM lubi gdy się świeci, błyszczy i jest wszystkiego dużo. PM był więc kiepskim sojusznikiem dla mnie, ale za to świetnym dla pani ekspedientki w salonie ;)
Jeśli nie marzy się o ukrywaniu sukni przed narzeczonym, on również nie ma marzenia o wielkiej niespodziance przed ołtarzem, to nie ma lepszej niż on osoby do wybierania z Panną Młodą sukni ślubnej. To jej i jemu ma się podobać, a momenty wspólnych poszukiwań są jednymi z moich ulubionych z okresu przygotowań.

Ze świadkową, druhnami, koleżankami?
Damskie towarzystwo, zwłaszcza kobiet, które są doświadczone w kwestii noszenia sukni ślubnej, wydaje się najwłaściwszym. Panie jednak mają to do siebie, że bardzo często każda ma inny gust i myślą przez jego, i swojej figury, pryzmat. Dla mnie to taki numer 3 na liście tego, kogo warto zabrać ze sobą na przymiarki, z jedną uwagą: nie wolno przesadzić z liczbą zabieranych ze sobą koleżanek, tu mniej zawsze znaczy więcej.

Z rodzicami, teściową?
Rodzice często towarzyszą Pannie Młodej przy wyborze sukni. Ja na 100% wiedziałam, że nie chce zabierać i nie zabiorę ze sobą na przymiarki mamy, bo jej wizja Panny Młodej drastycznie może różnić się od mojej.
Rodzice są grupą, która najczęściej w wybór sukni ingeruje. Ślub dziecka jest dla nich drugim co do ważności ślubem w ich życiu. Czują się ważni, czasem za suknię płacą, czasem bywają oburzeni nadmiernymi wycięciami, tym co sobie rodzina pomyśli na widok półnagiej Panny Młodej, albo wręcz przeciwnie: jej zbyt skromnym wizerunkiem. Dogodzenie i im i Pannie Młodej bywa ciężkie.
Nigdy nie widziałam tego w salonie sukien ślubnych, ale... w telewizji pokazują, że łzy w oczach mamy/taty na widok córki w sukni to coś bezcennego. I to może ten moment dla którego warto mieć przy sobie rodziców?
Zabrać ze sobą teściową? W Polsce, jeśli nasze relacje z teściową są poprawne, tylko nieliczne dziewczyny decydują się na taki wybór. Ale... w pewnych rejonach Ameryki Południowej żyją przesądy mówiące o tym, że suknie ślubną powinno się kupić z teściową!

Nietypowo?
Na poszukiwania sukni ślubnej można zabrać każdego. Rodziców chrzestnych, dziadków, kogokolwiek z rodziny czy grupy przyjaciół z kim ma się dobre relacje i liczy z jego zdaniem/gustem. Można podejść do sprawy profesjonalnie i umówić się na wyjście ze stylistką. Nietypowym, a bardzo fajnym, bo świeżym spojrzeniem, mogą wykazać się... osoby młodsze od nas. A uwierzcie, że nikt nie będzie tak bezpośredni, szczery i oczarowany we właściwym momencie jak młodsza siostra lub brat :)

Z kim wy kupowałyście lub planujecie kupować swoje sukienki? I czy Wasze wsparcie zdało egzamin celująco?

wtorek, 16 września 2014

Horror z salonu sukien ślubnych

Przeraża Was wizja wizyty w salonie sukien ślubnych? Tony bajkowych sukien, przemiłe ekspedientki, konieczność wyboru jednej z tysiąca wcale nie zachwycających kreacji... Mnie troszkę tak, ale to pryszcz przy tym co ostatnio zobaczyłam i uznałam za najstraszniejsze w takich zakupach. Bo najgorsi potrafią być ludzie, których chcąc czy nie chcąc, na takie zakupy ze sobą zabierzemy.

Przedstawię Wam cztery historie z salonów sukien ślubnych. Dwie pierwsze widziałam na własne oczy, dwie kolejne pochodzą z bloga Monteki (autor jest przedstawicielem kilku zagranicznych marek sukni ślubnych i wieeeeele widział). Każda troszkę inna, a jednak każda tak samo przerażająca, momentami zadziwiająca i powodująca niesmak na długie godziny... To taki mini horror dla Panien Młodych na dobranoc ;)

1. Wchodzę do salonu sukien ślubnych i widzę dziewczynę mierzącą suknie. Z obecnie nabytej ciekawości ślubnej postanawiam poprzeglądać w najdłuższy z możliwych sposobów suknie ślubne na manekinach i wieszakach, a w rzeczywistości podsłuchiwać ;) Dziewczyna w salonie jest z trzema starszymi (w okolicach 50 roku życia) osobami: dwoma kobietami i jednym mężczyzna. To jedna z jej pierwszych wizyt i mierzy różne fasony sukienek, każdą jednak z typowym, pozbawionym ramiączek, gorsetem. Obie towarzyszące panie rzadko zabierają głos, a tym który ma najwięcej do powiedzenia jest mężczyzna - ojciec dziewczyny. Nie podobają mu się gorsety, krzywi się w teatralny sposób i mówi: "Powinnaś mieć coś pod szyją, zaryć dekolt, zakryć ramiona. Ubrać sie z szacunkiem dla kościoła.". Kobiety milczą, lekko zbite z tropu, bo suknia wyraźnie im się podoba, ale jak wynika z rozmowy: to tatuś za suknię płaci, więc tatuś wymaga. Podobnie wygląda rozmowa przy drugiej sukni: "Nie pozwolę Ci iść tak ubranej do kościoła. Chyba oszalałaś. Wstydziłbym się za tak ubraną córkę.". Sytuacji nie ratują zaproponowane przez panie w salonie bolerka i żakiety - tatuś nadal widzi za dużo ciała i jest ogromnie obruszony tym, że ktoś może wpaść na pomysł ubrania w ten sposób do kościoła jego dziecka i nie ma problemów z oznajmieniem tego ekspedientkom. W finale: córka płacze, "mama" (tak mniemam) płacze, ojciec stwierdza: "To same sobie kupcie tę suknię, a mnie nawet nie musicie zapraszać na taki... ślub.".

2. Kilka lat temu razem z moją koleżanką szukałyśmy dla niej sukni ślubnej. Wędrowałyśmy po salonach i miałyśmy przyjemność natknąć się na inne panny młode i towarzyszące im osoby, najczęściej przyjaciółki i siostry pełniące role druhen. Tym razem na kapie siedziały cztery dziewczyny w wieku licealnym (panna młoda wydawała się niewiele starsza). Dziewczyna wymarzyła sobie suknię w kolorze ecru, która wg pań w salonie (i nas dwóch) pasowała do jej karnacji i koloru włosów (to było ewidentnie widać). Miała juz wybrane 2 lub 3 modele, które przeglądała wcześniej z mamą, a teraz chciała skonsultować je ze "wspaniałymi" druhnami. Tylko druhny nie były wspaniałe, bo: "Ale wiesz, że ten kolor nie pasuje do sukienek, które wybrałyśmy dla nas? Będzie identyczny, a nie możemy wyglądać tak samo.", "Fakt, Iza ma rację. A do tego wcale nie jest Ci ładnie w tym kolorze. Panna młoda musi mieć białą suknię.". Przyszła panna młoda starała się jakoś przekonać dziewczyny: pomysłem na zmianę odcieniu  koloru ich sukien, w konsekwencji nawet zgodą na to, aby wszystkie druhny i ona miały identyczny kolor sukienek. Wręcz chciała wybłagać jakiś kompromis  i wyjątkowo zależało jej na zgodzie wśród wszystkich obecnych dziewczyn. Te niestety nie dały się przekonać i dwie z nich, jak sie później okazało - siostry pana młodego, które do orszaku wcisnęła teściowa - wyszły z salonu twierdząc, że nie pozwolą jej zrobić z siebie "kopciuszków, które będą tłem, którego nawet nikt nie zauważy".

3. "Do salonu wchodzi para narzeczonych. Ona przegląda suknie. Na widok jednej z nich oczy jej się zaświeciły, rozpromieniała, zaparło jej dech w piersiach. Postanowiła ją przymierzyć. Wyglądała ślicznie, zobaczyła się w lustrze i oczy wypełniły się łzami. Tak, to była jej wymarzona suknia… Niestety, to nie była wymarzona suknia jej narzeczonego. Siedział naburmuszony jak pawian, ćmokał, stękał i kaprysił. Przez cały czas naciskał na swoją „jedyną miłość”, aby ta przymierzyła suknie która jemu się spodobała. Dziewczyna suknię przymierzyła, stała przed lustrem bez entuzjazmu, widać było, że chce jak najszybciej ją z siebie zrzucić. Ale nie, jej przyszły mąż dostał jakiegoś amoku, zaczął popiskiwać, klaskać w rączki i krzyczeć "Tak, to ta! To ta! W tej pójdziesz do ślubu! Tylko i wyłącznie w tej! Jak nie w tej, to ślubu nie będzie!". Żenująca scena. Dziewczyna prawie płakała, wychodząc z salonu powiedziała "Przepraszam". No i nie wytrzymałem… Powiedziałem na głos: „Posłuchaj jak twoje życie ma wyglądać w taki sposób, że masz swoje zdanie, ale tylko pod warunkiem, że to będzie zdanie twojego przyszłego męża, to uciekaj od niego już w tej chwili. Twoje małżeństwo będzie koszmarem, nie wychowasz go. On już cię szantażuje i absolutnie nie szanuje twojego wyboru… To despota!”. Chłopaczek poczuł się urażony moimi słowami i zaczął się stawiać. Złapałem go za… i wyrzuciłem na zbity pysk. Oczywiście wstyd mi za moje zachowanie… ale do cholery nie wytrzymałem…" /Monteki/

4. "Do salonu wchodzi panna młoda wraz z kobietą po 60-tce. Ma już wybraną suknie, przyszła podpisać umowę – czysta formalność. Jak się okazało pani po 60-tce to jej przyszła teściowa i jednocześnie sponsor kupowanej sukni. Przed podpisaniem umowy i wpłacie zaliczki sponsor postanowił zobaczyć suknię. Dziewczyna z radością poszła do przymierzalni, nałożyła suknię i z uśmiechem na twarzy wyszła na „wybieg”. I, kuźwa… nagle niebo stało się ciemne, babol po 60-tce zaczął drzeć mordę: "Nigdy! Nie zgadzam się! Jak kupisz tą suknię to spowoduję, że nikt z mojej rodziny nie przyjdzie na ślub, ty jesteś biedna nic nie masz, jesteś zdana na moje pieniądze! Zdejmuj tego łacha, wychodzimy!", Dziewczyna płakała, jej radość i namiastka szczęścia została zabita przez „sponsora”. Na chwilę mnie zamurowało… Gdy mnie odmurowało, to niestety nie okazałem szacunku starszej osobie, otworzyłem drzwi salonu i kazałem jej natychmiast się wynosić… won!!!" /Monteki/

Klikając tu dotrzecie do całego tekstu, który o Pannie Młodej i jej "grupie wsparcia" (aż mnie boli to wyrażenie) napisał Monteki - polecam, bo jest świetny!

Podsumowując... To z kim do takiego salonu się udamy, to nasz wybór  i warto postarać się przewidzieć czego po każdej z zabieranych ze sobą osób można się spodziewać. Najtrudniejsze pytanie brzmi wg mnie inaczej: Komu suknia Panny Młodej ma się podobać? Ale o tym napiszę już niedługo, bo chyba mam swoje w 100% pewne zdanie ;)

niedziela, 15 grudnia 2013

Z salonu sukien ślubnych

Moja pierwsze ślubna rozmowa, z salonu sukien ślubnych o którym ostatnio wspominałam:
[Pani z Salonu ] Pomóc Pani w czymś?
[CPM] Nie, dziękuję. Obecnie tylko się rozglądam i oswajam.
[PzS] Czegoś konkretnego może Pani szuka?
[CPM] Mają Panie krótkie sukienki?
[PzS] W salonie nie, ale w katalogu są. Proszę za mną, pokażę Pani. Jaki chciałby Pani dół?
[CPM] Tiulowy , z kilku warstw. Może z małymi kropeczkami na wierzchniej warstwie.
[PzS] Mamy takie coś - PzS pokazuje modele w katalogu - I takie. Są długie, ale można jej obciąć. Można różne elementy łączyć. Dół jednej z gorsetem z drugiego modelu. Jaki Pani chciałaby gorset?
[CPM] Raczej nie gorset. Coś zabudowanego, ale odsłaniającego ramiona.
[PzS] Takie coś? Albo takie?
[CPM] Ten wygląda w porządku. Ale… trochę boję się tak „na wyczucie” łączyć jeden dół z drugą górą. Mogę wszystko, ale nie wiadomo co z tego w finale wyjdzie. Może jakiś potworek :D
Pani z salonu zaniemówiła. A ja tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że bez profesjonalnej stylistki czy osoby z ogromnym wyczuciem mody w takim salonie mogę zostać na siłę „utopiona”. Bo jak chcę pływać w ocenie, to te panie chętnie mnie tam wrzucą, a to, że do brzegu jest koszmarnie daleko i prawdopodobnie nie przeżyję, to już nie ich problem ;)

środa, 4 grudnia 2013

Pierwsza wizyta w salonie sukien ślubnych

Dziewczyny, znacie to dziwne uczucie (zażenowania? niedopasowania?), gdy wchodzicie do sklepu w którym albo nie stać Was na 9/10 rzeczy albo są one kompletnie nie w Waszym stylu? Ja tak mam… z salonami sukien ślubnych!
Nie czuję się jak księżniczka i boję się tych sukni! Próbując się jednak przełamać i przekonać, że suknie ślubne nie gryzą, postanowiłam wykorzystać 40 minut, które „spadło mi z nieba” i udałam się sama (dla własnego bezpieczeństwa) do salonu sukien ślubnych w mieście, w którym te suknie nie wywołują u mnie panicznego przerażenia (czyt. byłam tam dawno temu z koleżanką i mnie nic nie pogryzło).
Wnioski:
1) Suknie znajdują się na 2-metrowych(liczę z podestem) manekinach. Ja, z moimi metr sześćdziesiąt kilka centymetrów, czułam się jak karzełek! Każda suknia dla kobiety poniżej 170 cm powinna być znacznie skracana, a co za tym idzie: traci na efekcie.
2) Z bliska suknie ślubne nie wyglądają estetycznie! W ostatnim czasie naoglądałam się ubrań polskich projektantów (tak!) u których widać dbałość o każdy szczególik, o każdą nitkę i cekinka. Zdecydowanie jestem rozczarowana tym co zobaczyłam w salonie sukien ślubnych.
3) Panie ekspedientki są tak słodko miłe, że aż mnie przerażają. Serio!