Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzieci. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 kwietnia 2017

Miłość która jest najważniejsza...

theweddingnetwork / withloveasalways.com
Powiedzieć, że miłość nie jedno ma imię to trochę banał. Powiedzieć, opierając się tylko na tych wpasowujących się w temat tego wpisu (i może bloga), że jest i ta namiętna, i ta małżeńska, i ta rodzicielska, to kontynuacja banału. Mam jednak wrażenie, że raz na jakiś czas o banałach też warto sobie przypominać :) 
Czasem, wyjątkowo mocno, nie zgadzam się z tym co i jak mówi Kościół. Są jednak przypadki i sytuacje w których z tym co tam usłyszę muszę zgodzić się całym sercem. Do tego stopnia, że dziś i Wy o tym przeczytacie, bo być może nie mieliście okazji usłyszeć tego na naukach przedmałżeńskich ;)
Dziś będzie o dwóch rodzajach miłości. 

Miłości rodzicielskiej, miłości rodziców do Was (i vice versa). 
Prawdopodobnie tej najbardziej mnie wzruszającej, bo jeśli nie płaczę na zawodach sportowych, to płacze na widok relacji matki i/lub ojca z dzieckiem. Żadne inne relacje nie wzruszają mnie bardziej i w moim poczuciu nie są szczersze i bardziej bezinteresowne.
Czujecie się kochane przez swoich rodziców? Jeśli tak, to zapewne moje odczucia rozumiecie.
Ślub jest momentem, który pieczętuje Wasze wyfrunięcie z gniazda, który zmienia Wasze relacje z rodzicami i często relacje między nimi. To ostateczny moment na odcięcie pępowiny, to moment w którym ciągle jesteście wdzięczni rodzicom za życie (to zawsze), a czasem i za wszystkie spędzone z nimi lata i wyniesione lekcje, ale to też moment w którym ich rola w Waszym życiu ulega zdecydowanej zmianie. Rodzice nigdy nie znikną z Waszego życia, nigdy nie przestaną być ważni, zawsze będą obok, ale od tej czy wcześniejszej chwili to partner ma być na pozycji numer jeden, to z nim, nie z rodzicami, powinnyście tworzyć drużynę. Szacunek do rodziców nigdy nie może być równoznaczny z posłuszeństwem wobec nich. To zmiana którą trzeba uznać za naturalną i z którą trzeba się oswoić.
Jeśli czegoś nie wiecie, nie jesteście pewne (jak się zwracać do teściów, jak spędzać święta czy niedzielne obiady), to pytajcie, rozmawiajcie i ustalajcie, już na samym początku. Proste rozwiązania są najlepsze. 

Miłości małżeńskiej. 
Tej dojrzalszej, tej opartej nie tylko na namiętności, ale i intymności, przywiązaniu, zaufaniu, zaangażowaniu. Opierającej się na współdziałaniu i współzależności, dawaniu i otrzymywaniu wsparcia, życiu swoimi i partnera emocjami, trochę takim "To, co czuje, myśli, robi i uzyskuje w wyniku swoich działań jedno z nich, zależy od tego, co czuje, myśli i robi drugie.".
Kiedyś już wspominałam, że największą bzdurą jaką możecie słyszeć od ludzi jest stwierdzenie, że ślub psuje związek. To nie ślub, to brak chęci, brak ciągłego budowania związku i pielęgnowania go, to diametralnie inny poziom zaangażowania obu małżonków i brak rozmów o tym co uważacie za problem. 

I znów, miłości rodzicielskiej. Tym razem Waszej do Waszego dziecka. 
Tu, ponownie, obowiązuje mój wyjątkowy zachwyt nad tego rodzaju relacją. Relacją, którą można zachwycić się za bardzo, zapominając o podstawie - w osobie partnera.
To miłości małżeńska powinna być dla Was (nas - zawsze mam w takich tekstach problem z liczbą ;)) najważniejsza, nawet jeśli dziecko totalnie zawraca w głowie, serce i życiu. To mąż powinien spać u boku żony w jednym łóżku, to mąż powinien być jej partnerem do rozmów, rad, udzielania wsparcia i ataków śmiechu. To mąż powinien być oparciem i pierwszą osobą z którą ona będzie się cieszyć swoimi sukcesami i kolejnymi etapami rozwoju i życia dziecka. Dzieci nigdy nie wychowujemy dla siebie (choć troszeczkę pewnie tak), a dla świata, dla tej innej osoby, która kiedyś je porwie z domu rodzinnego, aby założyć z nim swój nowy/własny dom. A rodzice zostaną, dokładnie tak jak na samym początku, tylko ze sobą.

środa, 5 kwietnia 2017

Jak usadzić gości i nie zwariować?

graceloveslace
Jak usadzić gości tak, aby wszyscy byli zadowoleni? Hm… nie będę Wam wmawiać, że w każdej rodzinie się da. Są takie, gdzie choćbyście stali na głowie i klaskali uszami, to tego nie osiągniecie. Możecie jednak zminimalizować liczbę osób niezadowolonych do takich, którym dogodzić, tak czy inaczej, będzie ciężko ;)

Czego potrzebujecie przed rozpoczęciem planowania usadzenia gości?
- Informacji o tym jakimi (ilu osobowymi i w jakim ustawieniu) stołami na sali dysponujecie.
- Ostatecznego potwierdzenia obecności od gości.
- Czasu i wybrania metody pracy.
W moim odczuciu najlepiej sprawdza się zwykła kartka pocięta na paseczki z nazwiskami gości, duży kawałek podłogi i zamknięte okno ;)
Ewentualnie możecie skorzystać z pomocnych stron internetowych np. goście przy stole.

Kilka wskazówek, które pomogą Wam usadzić gości:


1. Nie rezygnujcie z usadzenia gości w przypadku większych przyjęć.
Potrafię wyobrazić sobie, spokojnie i komfortowo, usadzających się samodzielnie gości w niewielkiej liczbie, ale nie umiem sobie tego wyobrazić przy liczbie gości przekraczającej, hm… 40.
Prawdopodobnie, będąc na etapie analizowania kto z kim może siedzieć, kto z kim ma podobne zainteresowania, kto z kim nie prowadzi wojen, kto jest na tyle elastyczny, że poradzi sobie w każdych warunkach, będziecie mieli całego usadzania dość (to ja!) i zacznie Was kusić opcja pt. "a niech biegną i rzucają tymi torebkami i płaszczami, kto pierwszy ten lepszy". Nie dajcie się tym myślom, bo ani gościom, ani Wam nie wyjdzie to na dobre.
Pamiętajcie, że obok winietek na sali powinien znaleźć się jeden lub dwa (w zależności od ilości gości) plan usadzenia, a świadkowie i rodzice mogą pomóc w odnalezieniu miejsc osobom, które mają problem z samodzielnym odnalezieniem miejsca.


2. Zacznijcie od siebie i od ważnych dla Was osób.
O tym kto jest dla Was ważny decydujecie Wy i aby ułatwić sobie rozmieszczenie ważnych osób zacznijcie od swojego miejsca (tu polecam tekst Jak usadzić... Parę Młodą? ) i stołu prezydialnego. Zastanówcie się kogo chcecie usadzić najbliżej siebie. Gdzie będą siedzieli świadkowie, Wasi bliscy przyjaciele, rodzeństwo, rodzice,  dziadkowie, ulubieni członkowie rodzin?


3. Nie pytajcie gości o zdanie.
W trakcie wszystkich lat prowadzenia bloga nasłuchałam się historii dziewczyn, które zapytały gości o ich preferencje dotyczące towarzystwa przy usadzeniu i noclegu. Po jednym pytaniu, niemal do dnia ślubu, nie mogły odgonić się od telefonów kontrolujących to gdzie gość siedzi, narzekających na miejsca i sugerujących narzeczonym lepsze usadzenie. Uwierzcie, nie chcecie się tym stresować na dzień przed ślubem.
Wasza rodzina taka nie jest? Tych dziewczyn rodziny też takie nie były ;)
Jedynymi osobami, które możecie spytać o zdanie, gdy sami nie wiecie jak daną osobę usadzić, są Wasi rodzice i ewentualnie dziadkowie. Pamiętajcie jednak, że im mniej osób zapytacie, tym mniejsze zamieszanie w planowanie usadzania wprowadzicie.

4. Nie integrujcie gości.
Wesele niej jest dobrym miejscem na integracje gości, a już na pewno nie jest dobre na samym początku, gdzie nikt nikogo nie zna i marzy o tym, aby usiąść ze swoją najbliższą/ulubioną rodziną i zamiast integrować się z obcymi ludźmi (takimi, których może nigdy w życiu już nie zobaczyć), pogadać z dawno niewidzianą ciocią Marysią ;) Pozwólcie gościom na to, niech siedzą i bawią się z osobami z którymi mają ochotę to robić (nie jestem wrogiem integracji, ale można to robić inaczej).

5. Gdzie usadzić…
- rodziców?
To ważni, o ile nie najważniejsi, goście na Waszym weselu i zasługują na ważne miejsca. W niektórych rejonach Polski jest to miejsce obok Pary Młodej, w innych – przy stoliku obok. Zdecydowanie jestem fanką tej drugiej opcji i sadzania rodziców miedzy gośćmi z którymi mogą się bawić i o których mogą dbać ;)
-  starszych?
Z jednej strony są to osoby, które chcą posiedzieć i porozmawiać z rodziną, bez konieczności przekrzykiwania muzyki, z drugiej – często uwielbiają obserwować bawiących się ludzi. Z dala od parkietu tego nie zobaczą, z bliska – głośna muzyka utrudni im rozmowy. Najlepszym wyjściem wydaje się więc usadzenie gości z dala od parkietu, a w jego pobliżu postawienie kanapy czy kilku krzeseł dla pragnących się pogapić, w pozytywnym znaczeniu, na ludzi :)
Jeśli macie w rodzinie osoby chore i niepełnosprawne usadźcie ich w pobliżu istotnych miejsc (np. WC, bufetu) i osób z pomocy których będą korzystały.
-  dzieci?
Obowiązkowo z rodzicami powinny siedzieć dzieci, które nie jedzą samodzielnie i które są nieśmiałe (i dla których towarzystwo obcej bandy dzieciaków będzie stresujące). Jeśli nie znacie wystarczająco dobrze dzieciaków ze swoich rodzin, to usadźcie je z rodzicami, a zorganizujcie osobny stolik zabaw dla dzieci.
- młodzież i młodych dorosłych?
Wychodzę z założenia, że to najbardziej elastyczna grup i jeśli musicie kogoś mieszać i integrować, to najlepiej ich. Możecie usadzić ich dowolnie, czyli albo z rodziną, albo z innymi młodymi. Starajcie się robić jednak miksy ludzi, którzy mają ze sobą coś wspólnego i nie usadzajcie 17-latniej licealistki z młodą mamą po 30, jeśli te kobiety się nie znają.

6.Jak miksować gości, których nie ma gdzie usadzić?
Sadzajcie razem gości w zbliżonym wieku, o zbliżonych zainteresowaniach, charakterach, będące na podobnym etapie życiowym i w "dziury" miedzy nimi posadźcie najbardziej elastyczne osoby :)

Postarajcie się też, aby każdy przy każdym stole znał choć jedną osobę (idealnie, gdyby to nie był tylko jej partner/partnerka).
Zdecydowanie lepiej usadzić razem wszystkich, którzy się nie znają niż paczkę znajomych i jedną obca parę.

7. Olejcie wszystkie pretensje i nie dajcie się ponieść emocjom. To nie dom na lata, to tylko krzesło na kilka godzin :)
Pamiętajcie, już na początku etapu rozsadzania gości, że Wy i Wasze relacje między sobą i Waszymi rodzinami są najważniejsze. Nie dajcie się ponieść emocjom i nie wywołujcie w rodzinach niepotrzebnych kłótni.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Co dzieje się z wolnością po ślubie?

We wszystkich urzędowych rubryczkach i w głowach wielu ludzi istnieje twór, który nazywamy „stanem wolnym”. Co on oznacza? Formalnie: to, że nie jest się w związku małżeńskim. Można mieć chłopaka, narzeczonego, ale nadal w kwestiach formalnych jesteśmy „stanu wolnego”. Nieformalnie: tu jest miejsce na Waszą prywatną definicję. Niezależnie od tego jak sami ten stan definiujemy, to jedno jest pewne: społeczeństwo nam mówi, że po ślubie to się zmienia, że „wolny związek” (wolny = bez ślubu, bez innych różnic) dla psychiki jest lepszy niż małżeńskie kajdany.
Jak myślicie, co dzieje się z tą wolnością po ślubie? Tracimy ją, ograniczamy, a może jedynie wchodzimy na wyższy poziom wtajemniczenia? ;)

Wolność kontra MY
MY, to kolejny  twór, który powstaje (choć nie musi!) na pewnym etapie związku. Najczęściej nie ma nic wspólnego z zawarciem związku małżeńskiego i staniem się jednym ciałem. Przychodzi w momencie w którym dwie osoby zaczynają dzielić ze sobą życie (a konkretniej: czas, plany, wszystko).
Z pewnością zauważyliście, że kobiety będące w związku często mówią w pierwszej osobie liczby mnogiej. Nie ma „ja” myślę/planuję/chcę, jest „my”. Czy to dobrze? Przez całe życie starałam się unikać tej formy, bo… przecież ja odpowiadam tylko za siebie, nie mogę i nie chcę wypowiadać się w imieniu drugiej osoby. Bo przecież… ja nie wiem co on w tej sekundzie myśli i czego chce, nawet jeśli wiedziałam o tym wczoraj. Pisząc bloga, powoli oswajałam się z tym, że forma „my” czasem w zdaniu pasuje, bo czasem przecież nie mówię i nie decyduję za niego, a opowiadam o nas (i tak dużo prościej nie być oskarżoną o to, że wesele organizuje się bez udziału męża, bo się nie mówi wiecznie „my”).
Podobnej formy, tym razem w drugiej osobie, używa także otoczenie pary. Bardzo często ludzie pytają jedną osobę jako PARĘ/MAŁŻEŃSTWO: „Co myślicie o…?”, „Co robicie w weekend”,  „Gdzie masz męża?”. Tak jakby oczywistym było, że zawsze muszą być razem i identycznie myśleć ;)
Znam jednak osoby, którym forma MY/WY odbiera zdanie, a co za tym idzie… wolność.  Tylko... to problem, który tkwi w głowie i który można usunąć używając języka ;) A jak jest u Was… jesteście ja+ja czy my?

Wolność kontra TY
Najprawdopodobniej pierwszą osobą, która nałoży Wam na ręce niewidzialne kajdanki będziecie… Wy same. Z głupoty, z myślenia MY, z poczucia, że po ślubie nie będzie czasu dla Was indywidualnie („Nie wiem co będzie w przyszłym roku, bo przecież po ślubie nie będę mieć czasu"). I to Wy macie do nich kluczyk.

Wolność kontra… kolejne etapy
Wolność zmianie się razem ze związkiem. I nie, ślub nie jest w moim postrzeganiu momentem, który tę wolność ogranicza/zmienia. Zmieniają ją inne rzeczy: wspólne zamieszkanie, wspólne finanse, pojawienie się dziecka. Wszystkie te zmiany następują niezależnie od ślubu: przed nim, po nim lub bez niego.
A teraz się zastanówcie... Czy brakiem wolności jest dla Was fakt, że zamiast spędzić weekend ze znajomymi na grillu musicie pojechać do teściów na imieniny, pozmywać stos  talerzy po rodzinnym obiedzie zamiast posiedzieć na facebooku, zostać w domu z dzieckiem zamiast odpocząć po pracy, wspólnie planować (wydatki, wakacje, czas wolny) i  tłumaczyć się z tego co, kiedy i z kim robicie (tylko dlatego, że... ktoś się o Was martwi!)?

Wolność to decyzja
Czym jest dla mnie wolność w tym aspekcie?
To decyzja, którą podejmujecie samodzielnie i bez przymusu. Decyzja, której nie musicie podjąć,  ale to robicie - bo tego chcecie i jesteście gotowi wziąć za nią odpowiedzialność. Jesteście wolni, bo macie wybór. To Wy decydujecie o tym co będzie Waszym priorytetem, co zmieni się w Waszym życiu i za jakiego rodzaju zmianę to uznacie. To Wy jesteście odpowiedzialni za to, aby tej ilość wolności, jaka jest Wam potrzebna do swobodnego oddychania, nie utracić.

czwartek, 30 czerwca 2016

Czy zapraszać dzieci na wesele?

Jak wygląda ślub/wesele z koszmarów? Panna Młoda wchodzi do kościoła pod rękę z ojcem, patrzy w szklące się oczy przyszłego męża i nagle czuje jak coś, a raczej ktoś, z impetem ląduje na jej długim, puszystym trenie... Marzy o przysiędze rodem z komedii romantycznej, ale w tle nieustannie słyszy płacze i piski dzieci kuzynek, w tej sekundzie (i o tę sekundę za późno) wyprowadzanych właśnie z kościoła. Podczas pierwszego tańca, który miał być ich romantycznym "sam na sam", po parkiecie biegają dzieciaki, których albo muzyka porwała do tańca solo, albo chcą już teraz zatańczyć z piękną księżniczką. W trakcie wesela biegają, hałasują, marudzą, w najgorszym wypadku rozerwą Pannie Młodej suknie lub wyleją na nią czerwony barszcz. Dla niektórych dokładnie tak wygląda ślubno-weselny horror :)
To co, chcecie takie dzieci tuż obok siebie? ;)

Dlaczego nie?
Bo... wszystko już zostało napisane wyżej. Są niegrzeczne, hałaśliwe, przeszkadzają, marudzą, psują i najważniejsze: "wesele to nie jest impreza dla dzieci". Bo podteksty seksualne, bo nadmiar alkoholu i pijani ludzie (nawiasem mówiąc: ja ostatnio widuję coraz mniej takich wesel), bo późne godziny, bo dla dzieci to nudne i prędzej czy później zaczną marudzić i przeszkadzać rodzicom.
To argumenty z którymi ciężko dyskutować, ale... mają sens tylko wtedy, gdy są prawdziwe i odnoszą się do Waszego wesela i Waszych dzieciaków (nie jakichś "czarnych charakterów" opisanych w internecie). Możecie też dzieci zwyczajnie na ślubie i weselu nie chcieć (bo nie lubicie, bo nie) i macie do tego prawo.

Jak powiedzieć o tym, że dzieci nie są zaproszone? 
W zaproszeniu i przy słownym zapraszaniu wystarczy wymienić tylko imiona osób zaproszonych :) Jeśli padnie pytanie, to odpowiedzieć zgodnie z prawdą i ewentualnie uzasadnić (ale bez tekstu "bo nie lubimy dzieci", potrzebujecie argumentu na poziomie). Tyle wystarczy i jak zawsze: Wy jesteście odpowiedzialni za sposób w jaki zakomunikujecie gościom swoją decyzję, nie za ich reakcję.

Dlaczego jednak tak?
Zapraszałam na swoje wesele dzieci, wychodząc z prostego założenia. Dziecko to rodzina i pełnowartościowy człowiek, a wesele jest imprezą dla rodziny, więc także i dla nich. Jeśli ma być spontanicznie i luźno, to pal licho perfekcjonizm z którym dzieciakom może nie być po drodze. O tym czy dziecko jest zbędne i będzie w czymś przeszkadzać niech zadecydują jego rodzice, nie ja.
Nie planowałam wykorzystywać dzieci do żadnych weselnych funkcji, a nawet odwrotnie: obawiałam się, że zajmą wszystkie gry, których zabraknie dla dorosłych :D Cóż, kto pierwszy do gry dobiegnie, ten lepszy ;)
W najbliższej rodzinie nie mam małych i bliskich mi dzieci. Gdy miałam, to je uwielbiałam i mogłabym przetańczyć z nimi całe wesele. Obecne dzieci, już z dalszej rodziny, nie są mi bliskie i nie miałam potrzeby z nimi podczas wesela się bawić, a one pięknie zajęły się same sobą (z pomocą kilku atrakcji dla nich) :) Nie przeszkadzały, nie były natrętne, nie obmacywały sukni lepkimi łapkami, nie płakały, nie marudziły. Gdy czegoś ode mnie chciały, to zwyczajnie podchodziły - tak totalnie po dorosłemu :) Bo dzieci też tak potrafią.

środa, 1 czerwca 2016

Jak śluby i wesela wspominają dzieci?

whiteedit
Dziś... miał być zupełnie inny wpis o dzieciach, ale ta jego część niespodziewanie się rozrosła i stanowiła zbyt duży procent całego tekstu. Z tego też powodu, z okazji Dnia Dziecka (Wszystkiego najlepszego Dzieciaki!), opowiem Wam o tym jak ja - jako dzieciak - traktowałam śluby i wesela i chętnie posłucham o Waszych małoletnich wspomnieniach z tych wydarzeń :)


Na wesela chodziłam od dziecka, na pierwszym jakie pamiętam miałam jakieś 6 lat. Po godzinie 22 ciocia z wujkiem zabierali mnie i brata do domu, usypiali i czekali na powrót rodziców. Nigdy nie usłyszałam, że wesele to nie miejsce dla dzieci i raczej nie bywałam na weselu w miejscach w których mogłabym to zobaczyć.

Jak spędzałam wesela? Nie tańczyłam, przesiadywałam na placu zabaw i jadłam wszystko co słodkie (takie spędzanie wesel zostało mi do dziś). Najczęściej w towarzystwie innych, znajomych dzieci. Tych nieznajomych unikałam.
Za to zawsze lubiłam Panny Młode (i, zwłaszcza mojej chrzestnej, prawdopodobnie lekko przeszkadzałam, bo była taka fajna, ładna, miła itp. i dobrze się z nią spędzało czas, wiec chciałam więcej i więcej)!
 
Raz, tym razem u chrzestnego, miałam zaszczyć nieść tren (kiedyś się je nosiło?) Panny Młodej. Jak się niosło? Fajnie, czułam się wyjątkowo ważna, solidnie gadałam do kolegi od obrączek przed ołtarzem, a do tego musiałam jechać jedną z bryczek Pary Młodej z babcią bo… no przecież byłam ważna ;)

Jak się ubierałam (albo: jak ubierała mnie mama)? Jak gwiazda! Niosąc tren musiałam mieć białą sukienkę z różowymi lamówkami i swoje obrzydliwe, wielkie czerwone okulary (mama do tej pory nie może zrozumieć dlaczego je miałam wtedy na sobie, ja też). Na kolejnym weselu, nie mając ważnych obowiązków, ale czując się ważnym gościem, przebierałam się… 3 razy! Kto da więcej? ;)

Jakieś "traumatyczne" przeżycie? "A mam". Jak przystało na solidną fanatyczkę młodych kobiet byłam… konkurencją dla przyszłych Panów Młodych. Wyobraźcie sobie takie małe dziecko, które w nocy chichota w duchu, że ono śpi w łóżku tej przyszłej Panny Młodej, a jej narzeczony na dywanie (tak dawno temu nie wypadało spać inaczej). A potem na poprawinach usłyszało: „Już nie będziesz z X spać.” ;) Przez kilkanaście lat nie lubiłam męża X, ale… trochę sobie na to tym tekstem zasłużył.
Nota bene sama wprowadzając PM do rodziny bardzo starałam się, aby nikt nigdy, nawet przez chwilę, nie musiał być o niego zazdrosnym. Podwójnie dbałam o brak takich uczuć u najbliższych dzieciaków. Pamiętajcie o tym w swoich relacjach, uwzględniając nie tylko dzieci, ale i Waszych przyjaciół, rodzeństwo, całą bliską rodzinę.

Ślub kojarzył mi się... ze stratą, z rezygnacją z siebie. Serio. Miałam 8 lat, gdy podczas ślubu cywilnego usłyszałam, że zawierający małżeństwo "od tej pory już nie będą mieli własnych marzeń, już nie będą nimi żyli, będą za to mieli te piękniejsze - bo wspólne". Przeraziło mnie to tak bardzo, że zapamiętałam sobie to na całe życie i z myślą, że to największa bzdura świata tworzyłam (prawie 20 lat później!) tego bloga.

Jako nastolatka, często "nieszczęśliwie zakochana", zostałam pierwszym krytykiem ślubów i wesel. Bo to brzydkie, tamto głupie, Panna Młoda w ciąży, nienawidzę tańczyć, wynudzę się jak trzy mopsy itd. itp. Pięknie to myślenie w sobie pielęgnowałam, bo wyleczyć się z niego przyszło mi dopiero przed swoim ślubem ;)

A Wy jak, z perspektywy dziecka, wspominacie śluby i wesela?

środa, 27 kwietnia 2016

Religia, czyli o czym rozmawiać przed ślubem

blog.twobrightlights
Wydawałoby się, że to jeden z prostszych tematów. Bo albo się wierzy albo nie i konsekwentnie tego trzyma. Bo większość wierzy tak "na pół gwizdka" i łatwo im się dogadywać. Bo jest tyle ważniejszych kwestii w których warto być zgodnym. A jednak nie… Bo odmienna religia i stosunek do niej mają wpływ na całe życie człowieka.

Ślub
Przed ślubem jest łatwo. O tolerancję, o kompromis, o robienie po swojemu… Jedna osoba może chodzić do kościoła i kompletnie nie wymagać tego od drugiej. Nawet więcej: obie mogą nie chodzić, bo nie czują takiej potrzeby i obowiązku, niezależnie od tego jaki jest ich stosunek do religii. Jeśli nie jest się kompletnie nietolerancyjnym dla innych postaw, chce się w obecnym związku być, to... daje się radę.
Kwestia wiary na światło dzienne wychodzi na etapie ślubnych przygotowań, gdy pada pytanie: „Jaki ślub weźmiemy?”. Cywilny? Kościelny? Zgodnie z czyją wiarą? Dla chcących zawsze znajdzie się tu kompromis, którego nie trzeba długo szukać. Mamy śluby jednostronne, mamy możliwość wzięcia ślubu w dwóch różnych religiach. Wystarczy chcieć i potrafić okazać szacunek religii partnera.

Życie po i święta
Jeśli na chwilę obecną nie przeszkadza Wam to, że partner jest ateistą, to czy nadal tak będzie po ślubie? Czy nie tkwi w Was głęboko zakorzenione przekonanie, że rodzina powinna chodzić do kościoła razem? Bo tak robili rodzice, dziadkowie, całe rodziny. Czy nie będzie Wam przykro iść do kościoła samotnie? Czy będziecie potrafiły nie wymuszać na partnerze towarzyszenia Wam?
Jak wyobrażacie sobie święta? Podwójne, zgodne z religią każdego z Was? Będziecie w stanie pomagać w przygotowaniu rodziny do świąt, które dla Was nie mają najmniejszego znaczenia? Albo odwrotnie… Z czego będziecie w stanie zrezygnować w ramach kompromisu? Czy święta bez choinki, prezentów i karpia na stole są dla Was do przyjęcia? Czy, choćby raz na dwa lata, będziecie świętować zgodnie z potrzebami drugiej strony: na stoku narciarskim w Alpach?

Dzieci
To chyba najważniejsza i najtrudniejsza kwestia do omówienia. Jeśli chcecie mieć dzieci, to jeszcze przed ich zaplanowaniem warto kwestie ich religijnego wychowania poruszyć.
Z jaka religią będziecie chcieli zaznajomić dzieci? Z jedną i drugą? Świętować każde z Waszych świąt, albo co roku je zmieniać?  A może tak bardzo tolerancyjnie… uczyć dzieci o wszystkich religiach i dać mu wybór? A może nie uczyć o żadnej i poczekać aż samo dorośnie i zdecyduje?
Czy będziecie w stanie słuchać jak ktoś opowiada Waszemu dziecku o Bogu w którego nie wierzycie? Jak uczy je modlitwy, zapisuje na religię w szkole, prowadzi do kościoła i sakramentów? Albo odwrotnie… Nie mówi o Bogu, nie uczy szacunku do religii, bo sam go nie ma?
Co powiecie Wy lub Wasz partner na udział dziecka w halloweenowej zabawie? Czy jesteście gotowi na krytyczne opinie ze strony rodziny drugiej osoby i ingerowanie w wychowanie dziecka? Na ile dziadkom i dalszej rodzinie będziecie chcieli pozwolić?

O czym jeszcze  rozmawiać?
Jak ważna jest wiara w Waszym życiu. Jak istotna była i jest w Waszych rodzinach pochodzenia?
Jak Wasza wiara wygląda w praktyce? Praktykujecie (jak? każda niedziela w kościele to dla Was obowiązek, a może pojawiacie się tam raz na miesiąc czy dwa razy w roku?), jesteście "wierzący niepraktykujący", a może tylko dla zasady/tradycji/spełniania czyichś oczekiwań?

Czy porozumienie jest możliwe?
Zawsze jest. Wymaga jednak dużo pracy własnej. Miłości. Tolerancji. Elastyczności. Otwartości. Zgody na kompromisy. Zrozumienia. Chęci! Świadomości, że zmiana drugiej osoby nie będzie pożądana i możliwa, a jej próby mogą jedynie wszystko zepsuć. Z obu stron. Nie jest to łatwe, ale jest możliwe.

wtorek, 3 marca 2015

Uzależnienia, czyli o czym rozmawiać przed ślubem

orangegirl
Są rzeczy o których przed ślubem z drugą osobą warto wiedzieć. Są też takie o których wiedza wydaje się niezbędna, jeśli chcemy stworzyć trwały i szczęśliwy związek. Szczerość jest podstawą, zwłaszcza, gdy w grę wchodzą uzależniania, używki, nałogi...

Każde z trzech słów kończących wstęp brzmi, dla zwykłego człowieka, groźnie. Nałogi i uzależniania są czymś co urasta go poziomu trudności, które są nie do przejścia. Pierwsze pytanie, jakie zazwyczaj pada w głowie osoby słyszącej o czyimś ślubie z osobą uzależnioną brzmi: "Czy to ma sens?". Może mieć i może nie mieć.


Jestem zwolenniczką nieskreślania ludzi na starcie. Warto rozróżnić jednak dwie grupy uzależnionych:


1) Leczących się/byłych. To grupa dobrze rokująca na przyszłość. To ludzie, którzy mieli problem i podjęli się walki z nim, choć będzie to walka toczona przez całe życie. Zapewne słyszeliście, że alkoholikiem nigdy nie przestaje się być, nawet po kilkudziesięciu latach nie picia. Podobnie jest z pozostałymi nałogami.

W zawiązku z osobą z tej grupy należy liczyć się z trudnościami i mieć ich świadomość.

2) Nie planujących podjąć leczenia. Osoba uzależniona nie jest w stanie być dobrym partnerem - mężem, rodzicem. Rodzina nigdy nie pozostanie wobec uzależniania obojętna, uzależnienie zawsze będzie miało wpływ na wszystkich jej członków (zwłaszcza dzieci) i współuzależniało.


Uzależnienia pociągają wiele negatywnych dla związku skutków. Nie tylko psują relację, ale także niszczą zdrowie (fizyczne, psychiczne) i mogą prowadzić do kłopotów finansowych.

Nałogami są nie tylko picie alkoholu, branie narkotyków, palenie papierosów... Nałogiem może stać się każda czynność, której poświęca się nadmiar czasu i która staje się numerem jeden w życiu człowieka. Może to być hazard, pracoholizm, seksoholizm, uzależnienie od komputera/internetu, hazard, zakupy, pornografia i wiele innych.
 
Czy on/ona jest uzależniony/a?
Warto obserwować partnera i warto na ten temat, tak wprost, porozmawiać. W razie podejrzeń dowiedzieć się czy osoba może być uzależniona (czy o tym wie? czy się leczy? czy może jedynie Ty masz podejrzenia?), mieć skłonność do nałogów i jak poważne mogą one być (istnieje różnica miedzy paleniem papierosów, a piciem alkoholu).

Dlaczego jest trudno?
Osoby uzależnione zawsze pozostają w związku z substancją, nie drugim człowiekiem. Nałóg będzie ważniejszy od miłości, rodziny, pracy, komfortu życia... Miłość nigdy nie będzie lekarstwem, czasem (choć o to wyjątkowo trudno) może być jedynie bodźcem. Uparcie wchodząc w związek z osobą uzależnioną warto zastanowić się czy wystarczy Wam siły, chęci, wytrwałości, aby walczyć z nałogiem i osobie walczącej pomóc - o ile ona sama zechce.

Nie lekceważ oznak uzależnienia. Miłość, ślub, poświęcenie, urodzenie dziecka nie wyleczą z uzależnienia. Nie wierz, że dasz radę kogoś zmienić.

Zastanów się...
Czy dostrzegasz u partnera oznaki uzależnienia i czy mają one wpływ na Wasz związek.
Partner jest uzależniony czy posiadasz jedynie podejrzenia?
Jak długo partner nie potrafi obejść się bez tego co uważasz za jego uzależnienie? 
Czy podejmował próby leczenia? Jak się one kończyły? 
Czy posiadacie wspólny majątek/finanse i czy planujecie taki posiadać po ślubie? Po ślubie możecie zyskać odpowiedzialność finansową i dziedziczenie, także długów.
Czy zamierzacie mieć dzieci?
Co ma dać Ci dokument stwierdzający małżeństwo?

Jeśli podejrzewasz uzależnienie, namów drugą osobę na skorzystanie z profesjonalnej pomocy i przekonaj się czy zmiana jest możliwa.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Wychowanie dzieci, czyli o czym rozmawiać przed ślubem cz. 2

Dziś publikuję drugą część wpisu o dzieciach, tym razem związaną z ich wychowaniem (cz. pierwszą, posiadanie, znajdziecie tu). Pomyśleliście, że to za wcześnie? Że jeszcze nie macie dzieci, może nawet nie myślicie o szybkim posiadaniu, a ja już Wam piszę o wychowaniu. Nie znajdziecie tu przepisu na wychowanie i Wasze postawy. To będzie jedynie kilka luźnych pytań związanych z tym jak wyobrażacie sobie wychowanie i Wasz wpływ na potencjalne dziecko.

Każdy z nas wynosi z domu rodzinnego określone postawy, wzory, zachowania, a także definicje tego czym dla niego jest dobre i złe wychowanie. Zapewne nieraz patrząc na cudze dzieci spotkaliście się z reakcją partnera, który twierdził "Jejku, moje dziecko nigdy tak nie zrobi!". Okazji do konfrontacji swoich poglądów na wychowanie jest wiele, ale zachęcam Was do chwytania lub wyszukiwania sytuacji, które takiej rozmowie będą sprzyjały. 

Co warto wiedzieć?

Czy partner  pomoże Ci wychować dzieci w taki sposób jak chciałabyś, aby były wychowane? 
To bardzo ważne pytanie ponieważ kryje się w nim cały szereg zachowań społecznych. To pytanie, które warto rozbudować pytając o to jaki światopogląd czy stosunek do religii (zaczynając od tego czy dziecko będzie chodzić na religie, kto będzie się z nim modlił, co będzie słyszeć w kościele i szkole, a co od rodziców?) będzie mu przekazywany. To pytanie o granice rodziców, o tolerancję, gdy dziecko powie, że jest homoseksualne lub przyprowadzi do domy partnera o innym kolorze skóry.
Macie podobne poglądy, w większości się zgadzacie? Super. Jeśli nie, to cóż: nie musicie się zgadzać we wszystkim. Warto jednak mieć wypracowane najlepsze z możliwych stanowisko wobec dziecka, szanować siebie i swoje poglądy, tę umiejętność przekazać dziecku i być gotowym dać mu wolność wyboru (gdy już będzie do tego wystarczająco dojrzałe). 

Jaką dyscyplinę wprowadzicie wychowując nasze dziecko?
 Każde z pytań w tym temacie jest bardzo mocno związane z Waszym wychowaniem i postawami rodziców. To od nich przede wszystkim uczy się jakim rodzicem chce się być (lub nie chce).
Porozmawiajcie o tym jak dyscyplina wyglądała w waszych o rodzinnych domach. Co Wam się w tym podobało, co chcielibyście zmienić, co uważacie za najlepsze rozwiązania? 

Kto będzie się dzieckiem zajmował? 
Ty? Partner? Oboje? Kto będzie wykonywał poszczególne czynności: karmił, zmieniał pieluchy, kąpał, wstawał w nocy? Kto zajmie się dzieckiem, gdy postanowisz wrócić do pracy?
Przy okazji tego punktu polecam Wam poszperanie w internecie i znalezienie tematu nieobecnych ojców (takich, którzy żyją, mieszkają z domach z dziećmi, ale brak im dla nich czasu). Osobiście, na dobry, lżejszy początek, polecam teksty na blogach Oli (klik) i Konrada (klik). 

Pytanie na koniec 
Małe, gratisowe pytanie znalezione w filmie Testna miłość o. Karola Meissnera: Czy chciałbyś, aby Twoje dziecko było podobne do Twojego narzeczonego? Zostawiam bez komentarza :)

piątek, 1 sierpnia 2014

Dzieci, czyli o czym rozmawiać przed ślubem cz. 1

pinterest
Jeśli słuchacie i obserwujecie ludzi, oglądacie seriale i filmy (tak, to banalne też), to doskonale wiecie, że temat dzieci i brak zgody w nim jest tym, który najczęściej powoduje rozpad związku. Można zmienić miejsce zamieszkania, iść na kompromisy w kwestii spędzania wolnego czasu i odwiedzin teściów, ale bardzo trudno liczyć na to, że partner zrezygnuje z marzenia o posiadaniu dzieci.

To pierwsza część wpisu o dzieciach. Podzieliłam go na dwie części (aby nie zamęczyć Was długością i trudnością wpisu): pierwszą - o posiadaniu, drugą - o wychowaniu.

Czy chcesz mieć dzieci?
To pierwsze i najważniejsze pytanie. Wiecie czy chcecie mieć dzieci? Można mieć wątpliwości i mieszane uczucia przy odpowiedzi na takie pytanie, ale to też jest już pewnego rodzaju wiedza i odpowiedź. Jaki jest Wasz stosunek do posiadania dzieci i do dzieci w ogólnie? Wyobrażacie sobie siebie jako rodzica? Jak wyobrażacie sobie swoją, teraz dwuosobową rodzinę, za 10-15 lat? Są w niej dzieci?
Ile i kiedy?
To kolejne pytania, dużo łatwiejsze i umożliwiające kompromisy. Warto jednak znać odpowiedzi na nie, swoje i swojego partnera.
Ile? Uroczą gromadkę czy może jedynaka, któremu poświeci się całego siebie? Jaka liczba kryje się za słowem gromadka? Dwójka, a może czwórka to dla Was minimum?
Kiedy? Jest wiele par, które na ślub decydują się z myślą o dziecku. Ślub jest dla nich momentem w którym dojrzeli do sformalizowania związku i jednocześnie posiadania dzieci (a jedno z drugim dla nich sie wiąże). Podobnie kojarzy się ta ceremonia większości starszych osób. Możecie być pewni, że po ślubie usłyszycie pytanie: "Kiedy będziecie mieć dziecko?". Między innymi z tego powodu (ale głównie przecież dla samych siebie) warto znać odpowiedź na tak postawione pytanie. Zaraz po ślubie? Za rok, za dwa, za osiem? Gdy kupicie samochód i mieszkanie, spłacicie część kredytu, będziecie lepiej zarabiać, nacieszycie się sobą i czasem spędzanym tylko we dwójkę? Kiedy i może... dlaczego w tym momencie?
Czy płeć dziecka ma dla Was znaczenie?
Uwierzcie, że wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie też ma znaczenie.

Antykoncepcja
Jeśli nie planujecie mieć dziecka od razu, to w jaki sposób planujecie się zabezpieczać przed nieplanowana ciążą? Co sądzicie o antykoncepcji? Jakie metody antykoncepcji czy planowania rodziny Wam odpowiadają?

Teraz chciałabym poruszyć bardzo trudne, dotykające jeszcze bardziej osobiście tematy. Doskonale wiem, że ciężko przewidzieć czy wyobrazić sobie siebie i swoje uczucia w takiej sytuacji, ale spróbujcie mieć choć niejasny, ale zawsze jakiś obraz sytuacji.

Co w sytuacji, gdy nie będziecie mogli mieć dzieci?
Jaki jest Wasz stosunek do in vitro (także związany z religią), banku spermy, surogatki, adopcji? Jakie inne rozwiązania widzicie dla siebie? Co myślicie o bezdzietności?
Jaki jest Wasz stosunek do dzieci w rodzinie? Czy bylibyście w stanie, nawet posiadając własne dzieci, zaadoptować dziecko z najbliższej rodziny, gdy okoliczności by to sugerowały?

Jak poradzilibyście sobie z niechcianą, nieplanowaną ciążą?
Co zrobilibyście, gdyby Wasze nienarodzone dziecko okazało się poważnie chore lub ciąża była zagrożeniem dla zdrowa i życia matki?
Co w takiej sytuacji? Będziecie za urodzeniem, wychowaniem dziecka czy wręcz przeciwnie: wolelibyście przerwać ciążę?