piątek, 7 marca 2014

Kto za co płaci, czyli tradycyjny podział wydatków i opcja "pół na pół"

Judit Klein
Temat budżetu jest tym, którego nie lubię najbardziej i poza ogólnymi widełkami nie chcę o nim pamiętać. Na samą myśl o tym mam dreszcze, dlatego tą część przygotowań będę się starała przemilczeć najdłużej jak się da, a dziś poruszę temat tego kto za co na weselu powinien zapłacić.

Już na wstępie muszę zaznaczyć, że powinien to złe słowo. Nic się nie powinno. Jedynie można, gdy się chce być wiernym tradycji/swoim przekonaniom i gdy kogoś na to stać.

Pewnie większość z Was zdaje sobie sprawę z tego jak było kiedyś. Panna Młoda i jej rodzina płaciła niemal za wszystko (tzn. za to co najdroższe): zaproszenia, suknie i dodatki, kamerzystę, fotografa, zespół, koszty ślubu kościelnego i przyjęcia weselnego (bez alkoholu). Panny Młodemu zostawało to co tańsze: jego strój, bukiet Panny Młodej i jego butonierka, obrączki, samochód, opłata za ślub cywilny i jeśli był wspaniałomyślny: podróż poślubna. Czysta niesprawiedliwość, nie sądzicie? Dziewczyny należało się z domu pozbyć, a więc i przekupić wystawnym weselem Panna Młodego, aby zabrał ją jak najprędzej ;)

Dziś, pomimo tego, że podział, który przedstawiłam wyżej jeszcze się gdzieniegdzie pojawia, koszty wesela dzielone są już dużo elastyczniej. Najczęściej jest to: pół na pół. Czasem wesele finansuje jedna ze stron, ta którą na to stać lub ma o wiele większe wymagania co do jakości przyjęcia.

Ja dziś chciałabym skupić się na sposobie „pół na pół”, który będzie obowiązywał na moim weselu. Brzmi sprawiedliwie, ale obiektywnie patrząc nie zawsze tak jest. „Pół na pół” utrudnia bowiem kilka elementów:
Stroje Pary Młodej. Każdy kupuje je samodzielnie, więc naturalnym jest, że po stronie Panny Młodej koszty są zazwyczaj większe. Cóż, za nowe i ekskluzywne trzeba płacić.
Goście. Panuje zasada, że każda strona płaci za swoich gości (jedzenie, alkohol, nocleg). Jest to bardzo wygodne w sytuacji w której za gości nie płaci Para Młoda, a ich rodzice. Wg mnie to sprawiedliwe. Ostatnio usłyszałam jednak, że do sprawiedliwości temu podziałowi bardzo daleko. Załóżmy, że każdy płaci za swoich gości: jedna rodzina za 100 osób, druga za 50. Jedni płacą znacznie więcej od drugich, a prezenty i zebrane w kopertach pieniądze wędrują i tak na wspólne konto, więc płacenie tylko za swoich, a zbieranie od wszystkich nie brzmi fair. Jest to prawdą, z którą nie mogłabym się kłócić przy jednym założeniu: zapraszam gości po to, aby zebrać kasę, a nie dlatego, że ich lubię i chcę, aby byli ze mną w tym dniu.

edit. 08.03.2014
Ten tekst nie był o tym kto powinien płacić na linii rodzice - Para Młoda, ale na linii rodzina Panny Młodej lub ona sama - rodzice Pana Młodego lub on sam. Chciałam zaznaczyć, że niezależnie od tego kto finansuje wesele (czy rodzice czy Para Młoda) to nie jest tak, że ich wkład w to jest taki sam (równo pół na pół). Zazwyczaj. Choćby w kwestii sukni: Panna Młoda kupuje ją sama (rzadko kiedy prosi o to przyszłego męża), Pan Młody zajmuje się swoim strojem. I już mamy pierwszą dysproporcje. Przynajmniej tak to wygląda w przypadku mi najlepiej znanym ;) i stąd temat o podziale :) Nie uważam, że to problem - zwyczajnie jedna strona może mieć większe potrzeby i sobie za nie dopłaci.
edit. 2
Wiem, że niektóre mieszkające pary mają wspólny budżet i u nich podział kosztów nie występuje. Są jednak takie osoby, którym pomimo wspólnego konta, honor nie pozwala na to, aby ta druga osoba płaciła za ich potrzeby/kaprysy i staną na głowie, aby mieć swój (często pół na pół) wkład.

czwartek, 6 marca 2014

Motyw ślubu: Meksyk

A dokładniej: naciągany Meksyk (bo nawet Peru i Polskę w tych inspiracjach znajdziecie), Meksyk moimi oczami ;) Ma by kolorowo, pomysłowo, radośnie.

Byliście kiedyś w lokalu The Mexican? Właśnie tak wyglądałaby idealnie przystrojona sala weselna, no… może  ciut skromniej, bo wbrew temu co widać na zdjęciach, przepychu nie lubię. Taka wizja wesela coraz bardziej mnie kusi, mam coraz więcej odwagi, by w dekoracje (które prawdopodobnie będą kolorowe, bo im dłużej myślę o jednym czy dwóch kolorach, tym nudniejsze mi się to wydaje) wpleść meksykańskie motywy. Delikatnie, z wyczuciem, ze smakiem (to brzmi jak wyzwanie). Wiem też, że jeśli nie tu, to wykorzystam ten motyw w innym miejscu ;)

Wiecie co sprawia, że się waham? Fakt, że wesela nastawione całościowo na jeden motyw, także motyw związany z jakimś krajem, mi się nie podobają. Nie wiem czy moja fascynacja wystarczy mi do tego, żeby być zadowoloną z efektu końcowego. Dlatego najchętniej Meksyk, a zwłaszcza jego kolory i wzory (unikając kaktusów, sombrero, mariachi itd.) połączyłabym z tym co już mam: góralskim wnętrzem, ażurowymi serwetkami, kwiatami wyglądającymi jak z łąki.

Teraz jednak postaram się wyciągnąć z Meksyku to co najlepsze.

Na początek pójdą stylizacje. Suknie dla Panny Młodej, druhen, dodatki dla Pary Młodej.
Nawet zwyczajna suknia może nabrać meksykańskiego charakteru przy odpowiednim dobrze dodatków: kwiatów, wianka, a nawet butów.





To co najsmaczniejsze w meksykańskiej kuchni. Tacos, nachos, quesadillas, chili i tequila.
Kiedyś zastanawiałam się nad umieszczeniem na weselu kącika z meksykańskimi potrawami.  Z pomysłu zrezygnowałam, ponieważ takich kącików miałabym o dużo za dużo. No chyba, że jednak zdecydowałabym się na wesele w 100% z meksykańskim motywem.
Prawda, że motywy na tortach nie wyglądają, dla niezainteresowanych tematem, jak typowe meksykańskie?




Część dla gości: podziękowania, a wcześniej zaproszenia, mariachi (choćby na chwilę, mając 15 lat nie wyobrażałam sobie oświadczyn bez ich udziału), piniata (to jedna z tych rzeczy, które baaaardzo na weselu chcę mieć), meksykańska fotobudka (mam pomysł na bardziej regionalne akcesoria, ale... dla klimatu warto).





Dekoracje
Na zewnątrz, na sali, na stołach. To co najpiękniejsze i najbardziej mnie zachwyca. Z tej części będę czerpać najwięcej.







Wszystkich, którym podoba się ten klimat polecam swoją meksykańską tablice na Pinterest.

Prawdopodobnie wkręciłam się w meksykańskie motywy tak bardzo, że powstanie jeszcze kilka osobnych tematów na ten temat :)

środa, 5 marca 2014

Dzień Teściowej

Mark Taylor Cunningham
Fajnie brzmi, prawda? Z tej okazji chciałabym poruszyć właśnie ten temat.
 
Zanim zaczęłam pisać i obmyślać co tak właściwie mam do powiedzenia kilkakrotnie wzdychałam na samą myśl o tym. Mam wrażenie, że to trudny temat. Trudny, ponieważ szalenie trudno być synową, zięciem, teściową, teściem w naszym społeczeństwie. Dlaczego?

Zastanawialiście się kiedyś jaką teściową jest/będzie Wasza mama? Ja namiętnie obserwuję wszelkie relacje na linii teściowa/teść-synowa/zięć. Nie uważam, że ktoś jest w tym lepszy, nie mam przekonania, że moja mama będzie lepszą teściową niż mama mojego PM. Z wiekiem coraz lepiej widzę, że nowe ciocie i nowi wujkowie wcale nie mieli tak łatwo ;)

Mam wrażenie, że te społecznie narzucone role są sztuczne i niewygodne. Nie role teściowych czy synowych, ale role nowej matki i nowej córki. Oto w dniu ślubu, poza wywróceniem dotychczasowego życia do góry nogami (choć ja mam wrażenie, że mi się niewiele wywróci), dostajemy nową rodzinę. I musimy ich kochać, bo tak wypada. Ktoś wmawia nam, że od teraz to nasza nowa mama, a ta dziewczynka to nasza córka. A ja… nie wyobrażam sobie mieć nowej mamy. Mamę mam jedną, najwspanialszą na świecie. Podobnie jest z tatą. Teściowie to nie rodzice – nie moi, choć przez częstość kontaktów zapewne będą stawali się bliscy.
Presja „nowego rodzica” jest ogromna. Dla nowych rodziców i dla ich nowych dzieci. Bo jak tu równać się z ideałem matki, której prawdziwa córka zawdzięcza całe życie? Jak teściowie mają równać się z całą masą rodziców  naszych przyjaciół, których odwiedzamy od dziecka, spędzamy czas na rozmowach  i u których od zawsze czujemy się jak w domu? To niewykonalne, nie na zawołanie.

Nie mam jeszcze doświadczenia w konfliktach z teściową i mam nadzieję, że nie będzie ich najdłużej jak się tylko da :) Zastanawiam się jednak jakby to było… Zastanawiam się stawiając sobie lub moją mamę na jej miejscu, z zupełnie inną perspektywą. Teściowa i synowa nie muszą być ani matką i córką ani przyjaciółkami. Tego nie da się narzucić. Wystarczy wzajemna dobroć, szacunek, zrozumienie. To przecież ona wychowała PM na mężczyznę, którego pokochałam.

wtorek, 4 marca 2014

Wiejski stół - tak, nie, nie wiem?

Flickr
Wiejski stół jest jednym z pierwszych, które pojawiły się na polskich weselach. Obecnie mamy morze możliwości, a kiełbasy i bimbry powoli odchodzą w zapomnienie. Jednak nie u mnie – nikt w rodzinie nie wyobraża sobie, że takiego stołu może zabraknąć.

Mnie nie jest on potrzebny. Nic z niego nie zjem, będę musiała go ulokować z dala od innych stołów (bo specyficznie pachnie), ale skoro wszyscy chcą, na czele z Panem Młodym, to udostępnię im malutki kącik na Wiejski Stół. I doszukam się plusów takiej inwestycji ;)

Moja lista plusów:
1. Jest dość fotogeniczny.
2 Będę  mgła go dowolnie „wystylizować”. Tak, aby pasował do pozostałych stołów i sali oraz nie wyglądał jak tradycyjny wiejski stół (pod strzechą). Może nawet dam radę go zrobić po „meksykańsku” ;)
3. Wpisuje się w klimat rustykalno-góralskiego wesela.
4. Jego koszt będzie minimalny, gdyż większość potraw przygotują osoby z rodziny (chcą mieć stół, będą go organizować, a ja nie będę musiała martwić się o jakość stojących tam potraw), a to co zostanie będzie można wykorzystać na ewentualnym niedzielnym grillu (dzień po ślubie, a raczej już od północy mam imieniny) ;)

Co na takim stole, poza kiełbasami, smalcem i bimbrem powinno się znaleźć? Moi znawcy mówią, że również:
Mięsa: pieczone mięso, boczek, kaszanka, baleron, boczek, salceson, może prosiaczek ;)
Inne: pasztet, kapusta kiszona, ogórki kiszone, marynowane grzybki, smalec, chleb.
Dania ciepłe: Pierogi, zupa (np. barszcz czerwony z uszkami lub pasztecikami), krokiety, gulasz.
Alkohol: bimber, piwo, wino, nalewki, śliwowica, żubrówka (zwłaszcza jeśli nie planujemy osobnego kącika na alkohole).
Coś Wam posmakuje? Czasem na takich stołach znajduje się bigos z mięsem z dzika i to chyba jedyne co z tego stołu ze smakiem mogłabym zjeść (moja chrzestna robi nieziemski!) :) I jeszcze rzadziej, ale niestety nie na weselach, a jedynie w góralskich miejscowościach, można trafić na fenomenalny chleb ze smalcem!

poniedziałek, 3 marca 2014

Najtrudniejsi weselni goście

Flickr
Grupą gości, która spędza sen z powiek niemal wszystkim są dzieci. Czy je zapraszać? Czy organizować dla nich specjalne stoły, kąciki, dodatkowe atrakcje? Czy zatrudniać animatorów do pilnowania i prowadzenia zabaw? Z obserwacji wiem, że nawet bez tego wszystkiego, dzieci sobie dobrze na weselach radzą. Mam na swojej liście inną grupę gości, która zawsze jest zaniedbywana, a wg mnie wymaga wyjątkowej uwagi. Tych, którzy już nie są dziećmi, a do dorosłych im sporo brakuje. Nastolatki.

Na potrzeby tego tekstu i swojego wesela muszę zdefiniować pojęcie "nastolatków". Dla mnie to osoby w wieku 15-17 lat. Wszyscy starsi, ale będący jeszcze uczniami szkół średnich znajdują się pomiędzy tą kategorią, a dorosłymi. Myślę, że im samym dam możliwość zdecydowania o tym do której grupy woleliby należeć (i gdzie siedzieć, biorąc pod uwagę fakt, że nastolatki na stołach nie będą miały alkoholu).

Kwestią, która jako jedyna w temacie nastolatków jest powszechnie poruszana, jest odwieczne pytanie: od jakiego wieku lub ilu lat związku (znam nastolatki w długi związkach) wypada taką osobę zapraszać z osobą towarzyszącą? Ja pobieżnie przeglądając listę osób młodych na moim weselu muszę stwierdzić, że tych łapiących się do grupy nastolatków będzie dużo. Jestem pewna, że zaproszenia z osobami towarzyszącymi dostaną wszyscy mający ukończone 18 lat. Cała reszta dostanie samodzielne zaproszenia, ale tylko dla nich. W całym tym gronie mam jedną osobę, którą, jeśli ona sama zechce, wyróżnię: będzie to moja chrześnica, która w dniu mojego ślubu będzie miała skończone 16 lat. Wiem, podobno takie wyróżnienia kogokolwiek nie są ładne, ale cóż… są ważni i ważniejsi, a ona będzie należała do moich ulubionych gości.

Drugie pytanie brzmi: Gdzie ich usadzić? Zdecydowanie samodzielnie, z dala od rodziców, którzy mogą ich krępować ;) Przy osobnym stole (lub części stołu), we własnym towarzystwie, tak aby mogli czuć się jak najlepiej.

Co zrobić, aby siedzenie przy stole z bandą nieznajomych nastolatków nie było dla nich stresujące i dziwne? Zintegrować ich. Zapoznać ze sobą. Np. jakiś tydzień przed ślubem.

Na Śląsku, choć niektórzy twierdzą, że w innych rejonach też, istniał zwyczaj budowania drużyny. Młodzi ludzie na kilka tygodni przed weselem brali udział w spotkaniu integracyjnym. Mieli tam okazję do zapoznania się ze sobą, a także zaplanowania wspólnego, drobnego prezentu. Po raz drugi widzieli się w dniu poprzedzający ślub, gdy spotykali się pod domami Panny Młodej i Pana Młodego, aby dekorować drzwi wejściowe i bramy (tworzyli tzw. korony). Podczas ceremonii zaślubin, dobrani w pary (wiem, to może się niektórym nie spodobać), tworzyli orszak stojący za Parą Młodą, a przy wychodzeniu trzymali kwiaty lub inne ozdoby nad głowami małżonków. Podczas wesela drużyna siedziała niedaleko Pary Młodej i stanowiła głównych kandydatów do oczepinowych zabaw (współczuję!) ;)

Z całego opisu zwyczaju spodobały mi się dwie rzeczy: możliwość zapoznania się oraz poczucia się pełnoprawnym, ważnym i potrzebnym gościem. Z pewnością nie chciałabym przywiązywać młodych do mojego stołu i zastąpić nimi drużbów i druhny. Bardzo spodobał mi się jednak pomysł zintegrowania ich poprzez jedno wspólne spotkanie, a potem wykorzystanie ich do pomocy przy jakimś drobnym zajęciu. Wyzwaniem jest więc tylko znalezienie większej ilości czasu przed weselem. Ale dam radę ;)

O atrakcjach, które można zapewnić nastoletnim gościom podczas wesela nie będę pisała w tym poście. Na to przyjdzie czas w jednym z kolejnych, gdzie pojawią się na pomysły uniwersalne, będące rozrywką dla wszystkich gości. I tam nie będzie nic o tańczeniu, jedzeniu i piciu ;)

niedziela, 2 marca 2014

Symbol oddania i nieskończoności, czyli... obrączki!

Pary będące po ślubie mówią, że jedyne co zostaje z całego wydarzenia to zdjęcia i obrączki. Brzmi rozsądnie, prawda? Na tyle rozsądnie, że zaczynam zastanawiać się nad zwróceniem większej uwagi na to drugie.

Czemu kwestię obrączek traktuję po macoszemu? Oboje z moim PM nie planujemy ich nosić. On nie może ze względów zawodowych (tak przez 1/2 czasu), ja nie lubię mieć nic na palcach i równie często musiałabym ją zdejmować. Doszliśmy do wniosku, że nie warto więc w nie inwestować.

Z czasem stwierdziłam, że nawet jeśli ich nie będę nosić na co dzień, to i tak chciałabym, aby miały w sobie coś wyjątkowego. Nadal upieram się przy najprostszym z możliwych modeli - klasycznym, z białego złota, nawet srebra. Ale może... kupionym w wyjątkowym miejscy, z wyjątkową historią. Np. w mieście zaręczyn lub najbliższych wakacji :)

Jest również druga opcja: kupienie obrączek, które nas zachwycą, z wyjątkowym wzorem (nie tylko wygrawerowanym napisem), spersonalizowanych na 200%. Nie do końca będą mi pasować do pierścionka zaręczynowego, ale... trudno ;)

Na co warto zwraca uwagę przy takim zakupie? Praktycznie? Poza wyglądem  na trwałość, materiał z którego są wykonane i fakt, że nie ma obowiązku, aby żona i mąż nosili identyczne obrączki.

Oto kilka zdjęć obrączek (i ich alternatyw), którym mogłabym powiedzieć tak:

Zostawiające odcisk - na zawsze ;)


Dopasowane do siebie, jak on i ja. Pierwsza jest piękna, ale to ta druga sprawiła, że zaczęłam poważniej myśleć o obrączkach. Świat, podróże - to my!


Pamiętacie wpis z Targów Ślubnych we Wrocławiu? Tak, tam wymyśliliśmy elfickie napisy ;)


Miało być trwało? Trwalej się nie da.  I oryginalniej prawdopodobnie też :D


Coś dla mnie, zawieszka i hop na szyje. Tak mogę nosić. 
Np. elficką. Jak Frodo ;)

I tu znajdziecie prawdziwe skarby!

sobota, 1 marca 2014

Wesele w górach

Uwielbiam góry i można powiedzieć, że mam wręcz górską obsesję. Nic więc dziwnego, że myśląc o ślubie idealnym myślałam przede wszystkim o góralskiej chacie i górach za oknem. Najlepiej w Zakopanem lub okolicach, bo tam góry są najpiękniejsze. 

Niestety niektóre marzenia są zwyczajnie zbyt skomplikowane organizacyjnie. Bo i nocleg dla gości i odległość i planowanie ślubu na zupełnie obcym gruncie. Znalazłam sobie lokal, który w 95% rekompensuje mi to, że to nie Zakopane i nie te najwyższe góry. Więc jest dobrze :)

Nadal jednak z sentymentem zerkam na lokale w Tatrach i po cichu zastanawiam się jakie mniejsze imprezy mogłabym w nich zorganizować ;) To pomysł idealny nie tylko na wesele, ale i wieczór panieński/kawalerski, podziękowanie dla rodziców, mini podróż poślubną czy sam ślub cywilny ;) W którejś z tych opcji jeszcze znajdzie się miejsce na Tatry. Musi ;)
Pośród moich poszukiwań miejsca idealnego wpadłam na dwa, które uważam za fantastyczne.




Mnie te zdjęcia wprost zachwycają. Nie widziałam piękniejszych i bardziej klimatycznych lokali. Wystarczy wyjrzeć przez okno i można zobaczyć góry. To jest coś :) Do tego często można spotkać się z propozycjami lokalnych atrakcji: góralskim zespołem, porwaniem przez zbójów! czy kuligiem.