"Jestem Milena i piszę o ślubach". Kilka tygodni temu dokładnie w ten sposób komuś się przedstawiałam. Po raz pierwszy, na głos, zaczęłam zdanie inaczej niż przez całe szkolno-zawodowe życie. I to chyba całkiem dobry znak ;)
"Jestem Milena i piszę o ślubach". Sama nie wiem czy je wystarczająco lubię, czy mnie nie denerwują i nie dziwią. Pewna jestem jednego: lubię ludzi i lubię ich szczęście, a w tym temacie znajduję jego ogromne pokłady. Lubię je i to wszystko o czym pisałam rok temu. "Jestem Milena i piszę o ślubach.". Od trzech lat. Dla mnie osobiście to czas... wręcz szokujący. O ślubach? Od 3 LAT? 4 lata temu bym nie uwierzyła i taki pomysł wyśmiała. No bo... ja?, jakim cudem? Jakimś.
Mam świadomość, że ja robiąca jedną rzecz (za wyjątkiem mojej priorytetowej pracy) to nie ja. To nienaturalne i kompletnie nie dziwi mnie ilość myśli pt. "A może to wszystko rzucić w pierony i zająć się pisaniem o...?" ;) Podobno to całkiem normalne, podobno pomagają zmiany, których mi ostatnio w temacie ślubów i wesel brakuje, podobno zawsze można lepiej/bardziej/fajniej, jeśli się chce. Więc chyba nie ma się czego bać ;)
Dwa lata temu wymyśliłam sobie, że każdy 17 listopada będzie świętem każdej Niepoprawnej Panny Młodej.Waszym świętem! Więc ponownie:Odwagi
dziewczyny! Wytrwałości! Siły! Poczucia, że wiecie co robicie, że warto
przez największe W. I przynajmniej jednej osoby, która Was doskonale
zrozumie i poprze. A na samym końcu, w tym dniu, całej zachwyconej
Waszym dniem sali, albo przynajmniej... zachwytu w oczach Waszej dwójki.
Wiem, że nie będzie łatwo, ale ciągle myślę (poprawka: jestem pewna!), że warto i szalenie mocno
trzymam kciuki!
Gdy po raz pierwszy to pisałam nie wpadłam na kilka rzeczy. Np. na to, że kiedykolwiek blog będzie świętował swoje trzecie urodziny, a oprócz mnie o swoich przygotowaniach do ślubu będą pisały także inne dziewczyny. W tym jedna, która dokładnie 17 listopada będzie obchodziła swoje prywatne urodziny :)
"Z tymi urodzinami to nie śmiesznie, to przeznaczenie! :P"
Gdzie najlepiej zabrać się za czytanie książki, która potrzebuje szczególnej uwagi, skupienia i przestrzeni nienarażającej jej na zniszczenia? Nie można zrobić tego na szybko (bo to grzech ;)), nie można w autobusie, pociągu czy tramwaju (bo się zniszczy!), nie można nosząc w torebce z papierkami po batonach (bo się ubrudzi, a w torebce jednak papierki rządzą). Czekałam więc niemal trzy tygodnie na wolniejszą chwilę, miękki koc i gorącą herbatę w odpowiedniej odległości ;) I wreszcie jest. Czas, recenzja i konkurs dla Was :) Jakie były moje oczekiwania od tej książki? OLBRZYMIE. Po zachwycie nad pierwszą, po świadomości jakie ślubny i zdjęcia się w niej znajdą (najlepsze z najlepszych), po zaufaniu jakim można obdarzyć autorki nie mogło być inaczej. Teraz Wam szczerze powiem, że bałam się tylko jednego – tego jak opisy tych realnych ślubów będą wyglądać. Konkretnie tego, że zabraknie w nich takiego zwykłego, ludzkiego czynnika, a wszystko zostanie jedynie bardzo praktycznie opisane, że znajdzie się tam trochę taka sucha wiedza i sucha inspiracja. Pisząc zapowiedź książki na blogu przez sekundę miałam tam jedno zdanie (coś w stylu "I nie ma opcji, abyście się nie zachwycili tymi historiami."), którego trochę bałam się użyć, aby siebie i innych nie nakręcić za bardzo na coś czego tam być może nie będzie. Więc.... duże ufff :D Dziś śmiało mogą Wam napisać: I nie ma opcji, abyście się nie zachwycili tymi historiami :) Jak wyglądają opisy ślubów w "Wasz Piękny Ślub" ? Są konkretne i praktyczne, przedstawiają organizację, z tym "ludzkim pierwiastkiem", z informacjami z czyich usług Pary Młode korzystały i gdzie zakupiły dodatki (np. takaMarysiabiżuterie o którą ciągle pyta pół internetu) oraz ich radami (myśl przewodnia podawana na wiele sposobów - czasem takich do wydrukowania i powieszenia nad łóżkiem aby "mama zobaczyła" - "spełniajcie swoje marzenia"). Czy pokazane w książce śluby przedstawiają prawdziwe oblicze polskich ślubów i wesel? Oczywiście, że tak i że nie :D Przedstawiają najlepsze realizacje, pokazują możliwości i udowadniają, że się da. Nie zawsze piękny ślub, to morze wyrzuconych pieniędzy, trzy lata organizacji i wszechobecna pomoc rodziny i konsultantów. Czasem to ucieczka we dwoje, ślub w ogródku, organizowany w miesiąc czy po prostu… wyjątkowe emocje. Ale nie tylko, bo w "Wasz Piękny Ślub" znajdziecie także te ostatnio dyskryminowane rodzaje wesel – duże, kosztowne, wypracowywane przez długie miesiace. Takie połączenie sprawia, że dla mnie dobór ślubów w książce jest rewelacyjny :)
Specjalnie, próbując odpowiedzieć na wcześniejsze pytanie, policzyłam ile ślubów było organizowanych we współpracy z konsultantami ślubnymi lub przez Pary Młode, które od lat pracują w branży ślubnej? Wyliczyłam lekko ponad 1/3, 9 z 24. Dużo? Dużo, ale spójrzcie na pozostałą część ślubów – to praca i chęci tylko i wyłącznie Par Młodych mających po raz pierwszy (tak zakładam) doświadczenia z realizacją takiego przedsięwzięcia. Prawdopodobnie mogłabym Wam pisać tylko o tych 24 ślubach, zachwycać się tymi we dwoje (to dwa moje ulubione reportaże) i tym na który po lekturze spojrzałam z większym zachwytem (Zuzia i Michał). Wypadałoby jednak wspomnieć, że książka "Wasz Piękny Ślub" to nie tylko to. To także sześć stylizowanych sesji (tradycyjnie świetnych), porady od ekspertów (najlepszych z najlepszych, takich, że nie da się kręcić nosem i im nie zaufać – na 95% ;)) i duża ilość (więcej niż się spodziewałam) praktycznych wskazówek. Jakieś minusy? Nie ma mojego ulubionego zdjęcia w moim najulubieńszym reportażu ślubnym :P
Książa jest pięknie wydana, od początku do… kilku przedostatnich stron z reklamami (kosmetyków), które niestety lekko popsuły mi estetyczny odbiór całości. Zaintrygowani? Książkę możecie kupić na stronie Empiku lub wygrać m.in. u mnie w konkursie. A to dopiero początek, bo Bridelle ma w planach wydanie dwóch kolejnych publikacji z polskimi ślubami. I już teraz obserwując zgłoszenia widzę, że będzie jeszcze piękniej (choć mój najulubieńszy ślub, taki nie do zrzucenia z piedestału, już tu jest). KONKURS :) Co możecie wygrać? Egzemplarz książki "Wasz Piękny Ślub".
Zadanie konkursowe: Nie będzie łatwo :)
Znacie nasze #obraczkiwpodrozy? Jeśli nie, to tu możecie je poznać. Zadanie konkursowe dla Was będzie polegało na podobnym wykorzystaniu swoich pierścionków zaręczynowych (jeśli nie macie swoich, mogą być pożyczone ;)) i zrobieniu im fajnego i kreatywnego zdjęcia (niekoniecznie w podróży) :)
Kilka zasad i informacji: 1. Konkurs trwa od 16.11.2016 do 27.11.2016. 2. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone do 1.12.2016 na fanpage'u i blogu NPM pod wpisem konkursowym. 3. Każdy uczestnik może zamieścić tylko jeden komentarz konkursowy z odpowiedzią i zdjęciem. Powinien to zrobić w komentarzu pod wpisem konkursowym na fanpage’u Niepoprawna Panna Młoda i podpisać się w nim imieniem i adresem e-mail. 4. Fundatorem nagrody jest Bridelle. 5. Nagroda nie podlega wymianie na ekwiwalent pieniężny. Jej wysyłka możliwa jest tylko na terytorium Polski.
Dokładnie 2 miesiące temu (od daty pisania tego tekstu) odbył
się mój wymarzony i wyczekiwany od dziecka Ślub. Sam w sobie, wraz z ceremonia
weselną, był dość normalny w porównaniu do historii, jaka popchnęła mnie i
mojego męża przed ołtarz. Zacznę więc od początku.
Legenda: (co by wszystko było jasne) Sylwia – Ja! "Nietypowa" Panna Młoda Adrian – mój małżonek, mąż, luby – jak kto woli :)
MODA NA SUKCES
odcinek 8543 Poznaliśmy się… właściwie poznał nas ze sobą brat mojego
męża przyprowadzając mnie do domu jako… SWOJĄ DZIEWCZYNĘ. :)
Brat Adriana jest ode mnie o rok starszy. Adrian natomiast jest starszy od
swojego brata o 8lat, co w efekcie końcowym daje nam różnicę wieku w postaci 9
lat! (to prawie dekada!) Domyślam się jak sobie to teraz wyobrażacie i co w tej
chwili myślicie. Od razu rozwieje wasze zakłopotanie – nie zmieniłam brata na
starszego – to ja zostałam "porzucona" przez tego młodszego.. I pewnie mogłabym
tutaj się rozpisywać w nieskończoność, bo przez jakiś czas moje życie
wyglądało jak "Moda na Sukces", ale przejdę do sedna. Adrian wyznał mi po
jakimś czasie, że mnie kocha – praktycznie od pierwszego wejrzenia – w tym
momencie w mojej głowie było milion myśli – jest starszy o prawie 10 lat, byłam
z jego bratem, bardzo go lubię i uwielbiam spędzać z nim czas, ale czy to
miłość? Nie można było tego ciągnąć – trzeba było się określić. Sprawa była
prosta. Albo jesteśmy razem, albo się już nigdy więcej nie spotkamy – dla dobra
nas obojga. Dumałam i dumałam i wreszcie do mnie dotarło: "Sylwia! Ogarnij się!
Nie możesz być nieszczęśliwa z kimś, kto tak mocno Cię kocha!" – A kochał jak
nikt przedtem – w ogóle odnosiłam wrażenie, że przedtem wszystkie wypadające z
ust wcześniejszych wybraków słowa "Kocham Cię" były puste przy tym, w jaki
sposób okazywał mi to Adrian. I stało się! Zaczęłam się zakochiwać. Zakochiwać się tak mocno, że nawet
nie byłam świadoma tego, że aż tak bardzo można! Uczucie pogłębiało się, a
różnica wieku i wydarzenia z przeszłości przestawały mieć jakiekolwiek
znaczenia. I tak to mniej więcej się zaczęło, i TRWA! :)
O PÓŁNOCY WEJDŹMY NA
DACH To był 31 lipca 2013r. Byliśmy umówieni na 18 – Adrian
wrócił z wyjazdu i umówiliśmy się żeby coś zjeść i spędzić ze sobą trochę czasu
po 3dniowej rozłące. - Idziemy na obiad – nie będę nic jadła Mamo, bo później
będę pełna w restauracji! - Stanowczym tonem odpowiedziałam mamie, kiedy ta
spytała jak dużą porcje ziemniaków chce do kotleta. I to był błąd. O godzinie
20:00 żołądek przyrastał mi do pleców, a Adrian cały czas odwlekał nasze
spotkanie. - Będę koło 19. - Będę po 20. I przyjechał - koło 20:30! Uradowana
wskoczyłam do samochodu z niecierpliwością i burczeniem w brzuchu czekałam, aż
dojedziemy na miejsce. Wtedy on rzekł – pojedziemy jeszcze do Krzyśka na chwile,
bo muszę od Niego odebrać teleskop – to potrwa chwilkę. Z zagryzionymi wargami
zgodziłam się – nie miałam innego wyjścia :). Podjechaliśmy pod
mieszkanie Krzyśka. Mieszkał na poddaszu w starej kamienicy. Od razu
zakomunikowałam, że zostaje w aucie i czekam, na co on stanowczym głosem
powiedział: -chodź ze mną – nie będziesz siedzieć tu sama. I poszliśmy.
Weszliśmy na ostatnią kondygnacje. U góry wystawiona była drabina i otwarte
wejście na dach. - Wchodź! – Powiedział. Zrobiłam duże oczy, bo przecież Krzysiek
mieszkał na poddaszu, a nie na dachu. – Nie wejdę! Mam długa wąską spódnice –
ledwo w niej chodzę po płaskiej powierzchni, a co dopiero drabina. – No wejdź…
powiedział z błagalnym wzorkiem, któremu nie potrafiłam odmówić. Wdrapałam się na czwarty szczebel drabiny i nagle mój umysł
się rozjaśnił. Na dachu ustawiony był stolik nakryty styropianowymi pudełkami
(takimi na wynos), w których znajdowały się moje ulubione sajgonki z najlepszej
chińskiej knajpy w naszym mieście (z tego, co pamiętam, to tam jedliśmy swoją
wspólną "romantyczną" kolacje). Stolik z dwoma krzesełkami otoczony był
słoiczkami ustawionymi w kształcie serca, w których paliły się małe świeczki. Wyglądało
to naprawdę imponująco! Właśnie na dachu kamienicy przy średnio gwieździstym
niebie (nie można mieć wszystkiego) powiedziałam TAK. :) Do tego Adrian wyznał
mi, że gdy tylko jego brat przyprowadził mnie do ich domu, w jego głowie była
tylko jedna myśl: - Ona musi być moja!
CO DALEJ? Nie wyznaczaliśmy żadnej daty. Nie było nam jakoś po drodze
finansowo i organizacyjnie. Wystarczało nam to, że jesteśmy teraz jeszcze
bardziej razem (o ile w ogóle się tak dało). Czułam się naprawdę Jego, a on był
dumny z tego, że spoczywa na nim teraz jakby większa odpowiedzialność. Poza tym
Adrian jest z tych, co uważają, że wesele to strata pieniędzy, na które od
młodości mocno pracował. Często namawiał mnie na cichy ślub tylko we dwoje w
USC, ale ja nie mogłam zrobić tego mojej rodzinie. Wiem, że sprawiłoby im to
wielką przykrość. I sami chyba nigdy byśmy się nie zdecydowali, gdyby nie
właśnie nasi rodzice. Na integracyjnym grillu, gdzie spotkała się jedna mama z
drugą mamą, postanowiły, że może następnego dnia przejedziemy się tak
ORIENTACYJNIE po salach i zorientujemy w kosztach. No i zaczęło się…ORGANIZUJEMY WESELE!
ORGANIZUJEMY? NIE… JA
ORGANIZUJE! Jak już wspominałam wcześniej – Adrian nie był zwolennikiem
wesel. A sam fakt zorganizowania go dla 150 osób już zupełnie go zniechęcał.
Dodatkowo ma mocno wymagającą czasowo prace (często wyjeżdża) także zostałam sama.
Pewnie spytacie – a mama? Siostra? Owszem – były bardzo chętne do pomocy. Tylko,
że moja mama wyobrażała sobie mnie w pięknej rozłożystej i nadmuchanej sukni
a’la księżniczka, ociekającą brokatem, cekinami, i bukietem z czerwonych róż na
pięknej balowej sali z KOLUMNAMI – jednym słowem wszystko to, czemu ja
stanowczo mówiłam "NIE"! Miałam swoją wizje i wiedziałam dokładnie czego chce.
STODOŁA O ślubie i weselu rozmawialiśmy często, ale raczej w kontekście
tego, co nam się podoba, a co nie. Byliśmy zgodni. Marzyło nam się wesele w
stodole – typowa biesiada przy sianie, dużo alkoholu i tańce do białego rana.
Nie utożsamialiśmy się z wystylizowanymi na elegancko salami, w których pełno
było kolumienek i obrazów zupełnie do siebie niepasujących. Nie wiem czy wspominałam, ale z zawodu i wykształcenia jestem
architektem, a co za tym idzie jestem estetką. Wszystko musi być idealne i
idealnie do siebie pasować. Dodatkowo przerażał mnie fakt, że moi goście będą
czuć się jak na jakimś bankiecie, że będzie im nieswojo jak przypadkiem
zabrudzą piękny biały bieżnik – ja się zawsze tak czułam w takich salach. Stąd
ten sielski klimat. Miejsce, w którym liczy się tylko zabawa, a wszyscy czują
się swobodnie, a do tego wszystko jest idealnie ze sobą zgrane! Chodziliśmy i
chodziliśmy po tych salach, aż końcu dotarliśmy do restauracji "Laguna". Nie
różniła się niczym od opisywanych przeze mnie wcześniej wystylizowanych sal z lekko
kiczowatym (dla mnie) podświetlanym sufitem. Wyróżniała się za to pięknym
zapleczem ogrodowym, a w nim Namiotem bankietowym – zwykłym białym, z drewnianą
podłogą. To może być to! Wesele w plenerze! Rozpromieniłam się na widok estetycznej
materiałowej stodoły, a moja mama odetchnęła z ulgą, że nie jest to drewniana
stodoła. Mój uśmiech niestety nie trwał długo – W namiocie mieści się 80 osób z
możliwością tańczenia – powiedziała nam menagerka restauracji. I tu pojawił się
problem – ja na swojej liście w tamtym momencie miałam ich 150... Adrian bez wahania powiedział – przecież możemy domówić
drugi namiot (zawsze miał rozwiązanie na wszystkie problemy). Uradowałam się
jak głupia – nie wiem dlaczego, bo później właśnie przez tą decyzje nie spałam
chyba z miesiąc i nie raz żałowałam, że nie wzięłam sali, w której wszystko już
jest gotowe – oświetlenie, kwiaty, dekoracje, klimatyzacja, ogrzewanie.
SUKIENKA: Musi być prosta! Skromna, zwiewna. Nie założę do niej
sztywnego koła które sprawi, że będę wyglądać jak jakiś Marsjanin ze sprężystą
spódnicą. Musi być lekka i inna niż wszystkie! I niestety nie skuszę się na
własny projekt i szycie u krawcowe, bo jestem osobą, która z góry musi być
pewna. Muszę wiedzieć jaki będzie efekt końcowy – wiecie to dążenie do
perfekcji itp. Nie zniosłabym faktu, że coś wyszło nie tak jak chciałam. Sezonowo, poza byciem architektem, śpiewam na weselach.
Rocznie bywam na około 15 ceremoniach weselnych. Za każdym razem najbardziej
nie mogę doczekać się momentu, w którym na sale wchodzi para młoda, a w
szczególności Pani Młoda. Jaką będzie miała sukienkę? Welon? Wianek? Czy będzie
inna niż większość? Bardzo rzadko zdarza się efekt "wow". Szkoda. Bo w
dzisiejszych czasach naprawdę mamy nieograniczone możliwości, a większość
jednak wybiera tradycyjne katalogowe suknie. Często mam wrażenie, że każda PM
ma tą samą sukienkę – różniąca się jedynie detalami (brylanciki itp.). Mi
zależało na tym, żeby zachwycić każdego. W końcu to jedyny taki dzień w życiu.
Chyba mi się udało. Pomimo że przymierzyłam około 20 sukienek (w większości
właśnie takich katalogowych, bo moja mama uparła się oczywiście na
rozkloszowaną ociekającą cekinami i brokatem kieckę). Oczywiście w każdej
czułam się wyjątkowo – wiecie jak to jest. Biała rozłożysta suknia – taka, o
jakiej zawsze marzył każda dziewczynka. Ogromna pokusa. I już bałam się, że
pomimo mojego założenia skromnej kreacji skończę w balowej sukni (tak jak na
studniówce z długą do ziemi, pomimo że upierałam się przy krótkiej), kiedy moim
oczom ukazała się sukienka z mojej głowy. Dokładnie taka, jaką chciałam. Jedyny
problem był w tym, że znajdowała się w Warszawie, ale odległość to naprawdę nie
problem przy założeniu, że coś naprawdę chcesz mieć. Salon odwiedziłam dwa razy
– w dniu przymierzania i złożenia zamówienia (tego samego dnia oczywiście)
oraz podczas przymiarki – jednej jedynej. Sukienkę odebrał mi Adrian podczas
jednej ze swoich podróży służbowych. Niee. Na pewno jej nie widział. Jak już
wcześniej wspominałam, nie udzielał się za bardzo przy organizacji – nie
interesowało go to. Dlatego byłam spokojna. Sukienkę zamówiłam w listopadzie
2015r., w maju 2016 byłam na przymiarce, w czerwcu przyjechała do mnie na Śląsk
i od tego czasu czekała niecierpliwie na swój wielki dzień. Od początku
wiedziałam też, że nie chce trenu. Wiem, że pięknie wygląda w kościele, ale
czar pryska, kiedy z pięknego trenu robi się okropny ogon zakłócający
kompozycje idealnego kroju wybranej sukni. Dlatego postawiłam na długi welon –
on też się będzie ciągnął i nie zepsuje efektu sukienki. Postawiłam na swoim!
Punkt dla mnie! :)
BUKIET? GIPSÓWKA! Oczarowała mnie swoją delikatnością i subtelnością. Będzie
idealnym dopełnieniem mojej niezbyt bogatej kreacji. Jest czysta, drobna, nie
rzuca się mocno w oczy. Przewiązana będzie jutowym sznurkiem. Gipsówka znajdzie
się również na stołach gości i to będą jedyne "kwiaty", jakie będą tam stały.
Napisałam kwiaty w cudzysłowie, bo tak naprawdę gipsówka jest chyba uważana za
chwast i bardziej jako dodatek do bukietów, a nie same bukiety. Moja mama nie
potrafiła tego znieść. Praktycznie do ostatniego tygodnia upierała się żebym dołożyła
do niech róże, albo frezje – byłam nieugięta – Mój bukiet był idealny!
Dokładnie taki, jaki założyłam. I był najlepszym wyborem.
BUTY Muszą być złote! Jak pasek do mojej kreacji. Miałam
szczęście, bo tego sezonu złoto było bardzo modne – było wszędzie. Oczywiście
nie obyło się bez kłopotów ze znalezieniem takich, które do tego będą jeszcze
wygodne. Po zamówieniu 3 par i odesłaniu ich z powrotem zdecydowałam się na te:
DODATKI Tu nie miałam większego problemu. Dekolt mojej sukienki był
tak idealny, że zdecydowałam się nie obciążać go biżuterią. Skoro nie mam nic
na szyje, to mogę pozwolić sobie na coś większego przy uszach. Wymarzyłam
złote, duże, zwisające listki. I kiedy traciłam jakiekolwiek nadzieje na
wystawie w kącie dostrzegłam dokładnie takie, jakie wyśniłam, tylko w kolorze
srebrnym. Popędziłam od razu do środka i zaczęłam pytać czy są takie złote. –
Chyba nie – odpowiedziała młoda ekspedientka za ladą. Ale proszę poczekać.
Przyniosła 3 pary innych – zwisających kolczyków, a wśród nich właśnie MOJE!
Odetchnęłam z ulgą. Na ręce znalazła się złota bransoletka z brylantami –
prezent od dziadków mojego Adriana – idealnie wpasował się w całą stylizację.
To aż niemożliwe, że wszystko tak dokładnie udało mi się zrealizować. Pękam
teraz z dumy! :)
DODATKI PANA MŁODEGO Tutaj nie miałam żadnych problemów. Tak się składa, że mój
obecny szwagier, były chłopak i brat mojego męża (to cały czas jedna osoba)
robi ręcznie piękne rzeczy z drewna. Zaczął od drewnianych okularów, potem
przyszły muszki, spinki do mankietów – wszystko idealnie pasowało do mojej
wizji sielankowej elegancji. Na szyi pojawiła się drewniana muszka w kropki z
grawerem z tyłu, koszule spięły drewniane spinki, a na stopach pojawiły się
brązowe buty w kolorze ciemnego drewna, z jakiego wykonana została muszka.
Kropki pojawiły się również na skarpetkach. Przy marynarce znalazła się
drewniana wkładka do kieszonki i oczywiście butonierka będąca miniaturką mojego
ślubnego bukietu – aaaach – CUDOWNIE!
Nawet nie wiecie, jaką radość sprawiają mi idealnie dopasowane do siebie
rzeczy.
DEKORACJE? WSZYSTKO
ZROBIĘ SAMA. Jak już pisałam często bywam na weselach – i uwierzcie mi –
widać w każdym z nich wkład państwa młodych lub jego braki. Ja założyłam
sobie, że włożę w moje wesele całą siebie! Stwierdziłam więc, że zaproszenia i
dekoracje zrobię sama! – Taaa… nie dość, że brakowało mi czasu (poza byciem
architektem i sezonowym śpiewaniem jestem jeszcze w trakcie robienia magisterki
– DZIENNIE) to jeszcze okazało się, że takie zaproszenia jak ja chce wychodzą
taniej zamówione już gotowe. Nie oponowałam, bo naprawdę były dokładnie takie,
jakie chciałam. Stwierdziłam, że swoje serce włożę w wystrój namiotu. I tu też
pojawił się problem. W piątek 2.09.2016 dokładnie dzień przed moim weselem,
dokładnie w moim namiocie odbywało się inne wesele. A to znaczy, że gdybym
chciała sama ozdobić namiot musiałabym przyjechać o 6 rano, dokładnie w dniu
mojego wesela. To w dalszym ciągu nie był największy problem. W związku z
trwającym tam piątkowym weselem mój drugi (zamówiony i BARDZO DROGI :()
namiot dwa mógł się zacząć rozkładać dopiero o 7 co w efekcie końcowym
skutkowało jego gotowością do działania dopiero koło 13 – dokładnie o tej
godzinie siedziałam już ze zrobiona fryzurą i makijażem. Zdecydowałam więc, że zatrudnię
kogoś, kto dokładnie odwzoruje moje myśli – i znalazłam. :)
Iga! Moje wybawienie. Wspólnymi siłami zrobiłyśmy naprawdę kawał dobrej roboty.
Część dekoracji wykonałam sama – Iga je zamontowała w namiocie i zadbała o
dopełnienie pełnej stylistyki. I tak właśnie powstało coś, co przeszło moje
najskrytsze oczekiwania! :)
ZROBIŁAM JA: - Prezenty dla gości – w postaci małych miodków obwiązanych
jutą i sznurkiem, wraz z niewielką zawieszką z ekologicznego, brązowego papieru
z moim projektem na jej licu. (Tutaj wielkie podziękowania dla mojej kochanej siostry,
która zawiązywała ze mną 150 małych słoiczków). - Ramę z rozpiską gości. - Drewniane podstawki pod kompozycje kwiatowe na stołach
(podziękowania dla mojego cudownego teścia, które je dla mnie wyczarował). - Zawieszki na butelki. - Mała galeria naszych zdjęć w postaci odbitek z Polaroidu. - Kokardy zdobiące ławki w kościele (z siostrą <3 span="">3> - Pudełko na obrączki – Moja Siostra
IGA: Cała reszta :)
TORT
Masie cukrowej mówimy stanowcze NIE! Jest okropnie słodka –
mało kto ją zjada, psuje smak delikatnego ciasta i wygląda sztucznie! Tak
idealnie – jak te wszystkie kolumienki, których unikałam jak ognia. Przede
wszystkim musi być naprawdę smaczny. To jeden z tych wydatków, które wydały mi
się naprawdę ciężkie do zgryzienia. Ponad 1000zł za ciasto? Na co dzień nie
jestem łasuchem takich dobroci, więc może się nie orientuję w cenach, dlatego
ta kwota mnie przeraziła. Wiedziałam od razu, że musi być w stylu "naked cake",
czyli nagiego tortu (bez ubranka z masy cukrowej). Wiedziałam też, że ma
składać się z biszkopta, bitej śmietany i owoców – to wszystko! I wiecie co?
Był jeszcze lepszy niż założyłam. Całość zrobiona była na ciemnych (mniej
słodkich niż jasne) biszkoptach, smarowanych wiśniową konfiturą, przekładany
mascarpone z malinami. Całość udekorowały po prostu owoce. Zszedł cały! I
prezentował się idealnie. Nie wyszedł nawet drogo. Na 120 os. zapłaciłam 860zł
– Uff! Znowu się udało!
PIERWSZY TANIEC: Z piosenką nie mieliśmy żadnego problemu. Wybrana była,
kiedy jeszcze nie byliśmy formalnie w związku. Pisałam Wam, że Adrian mocno się
o mnie starał, że czułam jego miłość na każdym kroku. Okazywał ją w różny
sposób. Pewnego dnia, przesłał mi link do piosenki. Była to piosenka Anny Jantar
– "Moje jedyne marzenie", potocznie znana jako: "Przetańczyć z Tobą chce całą
noc". Do linku dodał komentarz. – W miejsce "noc" wstaw słowo "życie". I takim
sposobem piosenka stała się Naszą! Tylko Naszą. Zdecydowaliśmy też, że jakby
kiedyś przyszło nam się żenić, to będzie ona na pewno naszym pierwszym tańcem.
Ale to nie wszystko. Obiecaliśmy sobie, że gdybyśmy jednak związali się z kimś
innym, to tej piosenki nie wybierzemy. Miała być nasza i tylko nasza. I tak
było. 3.09.2016 ok. godziny 18:00, po 2 lekcjach trwających 45 min., wziętych
dwa dni wcześniej, zaczęliśmy nasz wspólny życiowy taniec! :)
Już chyba wszystko wiecie. Sam Ślub i Wesele oczywiście były
wyjątkowe, ale nie różniły się zapewne zbytnio od innych ceremonii. Sam fakt
tego, jak wszystko zorganizowałam napawał mnie dumą i sprawiał, że na swoim
weselu czułam się naprawdę swobodnie, bezstresowo i bardzo komfortowo. Czułam,
że to moje wesele. Moje WYMARZONE
wesele.
Podsumowując: NIETYPOWA BO:
1. Wymyśliła ślub w plenerze, 2. Zaprosiła mnóstwo gości (120), a połowę z nich musiała
jeszcze ulokować w hotelach, (przy restauracji, w której odbyło się wesele było
tylko 38miejsc, dlatego pozostali goście spali w domkach nad jeziorem po
drugiej jego stronie),
3. Chciała nagi tort – żadnych mas i sztucznie wyglądających
tortów. Ma być naturalnie, estetycznie i smacznie – to w torcie najważniejsze,
4. Wyszła za mąż za brata swojego byłego faceta – i uważa, że
jest to najlepsza decyzja w jej życiu <3 p="">
3>
5. Całokształt swojego wesela (oba namioty wraz z dekoracją)
widziała dopiero w momencie, kiedy powitali ją chlebem i solą. Wszystko miała
rozpisane na papierze, ale do końca nie wiedziała, jaki będzie efekt końcowy,
6. Była na 3 makijażach próbnych i 2 fryzurach próbnych, bo
cały czas coś jej nie pasowało – ciężki ze mnie przypadek,
7. Wymyśliła nietypową sukienkę – prostą w formie i wyrazie,
delikatną, wygodną, efektowną, ze złotym paskiem i ZNALAZŁA DOKŁADNIE TAKĄ,
8. Była tylko na 1 przymiarce sukni, bo kupiła ją w Warszawie,
a mieszka w Gliwicach, więc miała daleko i nie po drodze,
9. Na jej weselu śpiewał zespół, w którym śpiewa na co dzień,
kamerował dobry znajomy, a zdjęcia robił fotograf zapoznany na innym weselu,
10. Zaśpiewała piosenkę dla rodziców i nie poryczała się! (chociaż
zdarzało jej się to wiele razy),
11. Poszła spać o 7 a o 12 była już na własnych poprawinach,
12. Podczas rzucania welonu o 00:00 rzuciła nim w stojącego z
tyłu męża,
13. Miała dwa welony: z czego długi założyła do kościoła,
krótkim rzucała na oczepinach, a całe wesele przetańczyła bez żadnego z nich,
14. Samodzielnie wykonała część dekoracji (słoiczki z miodem dla
gości, zawieszki na wódkę, ramę z rozpiską gości i ich usadzeniem, drewniane
podkładki w formie plastrów drewna pod kwiaty na stołach, mała galeryjka zdjęć
na sznurku itp),
15. Na jej weselu do stołu podawano tylko ciepłe potrawy, zimna
płyta podana była na stole bufetowym, z którego każdy mógł sobie brać ile
chciał, a na stołach nie zalegała nieestetyczna sałatka i śledzie,
16. Wyszła za mąż szybciej niż jej 3 lata starsza siostra,
17. Jej mąż jest starszy o 9 lat,
18. W chwili obecnej ma 2 teściowe, 3 nowe babcie i 3 nowych
dziadków,
19. Podczas poprawin zerwała się burza i przez prawie godzinę
bawiła się z gośćmi bez prądu (wieczorem, kiedy było już ciemno),
20. Ślubu udzielał jej kuzyn,
21. Podczas ślubu, po przysiędze goście bili brawo,
22. Przy swoim stole (przeznaczonym dla młodych) zjadła tylko
obiad i gorącą kolacje,
23. Ani razu podczas wesela nie korzystała z toalety. Zrobiła to
dopiero po wejściu do pokoju hotelowego,
24. Nie stresowała się wcale!
25. Utwór na Pierwszy Taniec miała już wybrany 5 lat wcześniej,
26. Była z narzeczonym tylko na dwóch lekcjach tańca (2x45min),
27. Była i w dalszym ciągu jest Dumna z tego, że praktycznie sama
zorganizowała wesele, które każdy wspomina jako jedne z najpiękniejszych, na
jakim był.
RADY
Czas się nie rozciągnie. Rozważcie dokładnie na czym
naprawdę Wam zależy podczas uroczystości. Pamiętajcie, że zamawiając fotobudkę
itp, musicie się liczyć z tym, że przez 2h goście będą nią zafrapowani, a
parkiet może świecić w tym momencie pustkami. W związku z tym możliwe, że nie
wystarczy Wam czasu na 3 zabawy, a zdążycie zrobić tylko 2 – to nic. Grunt to
nie przesadzić.
Jedyna rzecz, jakiej żałuje, i jaką bym zmieniła, to kwestia
organizacji transportu. Razem z mężem zarzekliśmy się, że zapewnimy każdemu
transport z wesela do domu. I to nie w formie autobusu, który przyjeżdża o 3:00
i nagle zgarnia całe wesele. Goście jechali wtedy, kiedy chcieli. W efekcie
końcowym wesele trwało do 5:00 rano, ale ja przez 3h logistycznie rozdzielałam
gości do 3 aut.
Dobierzcie dobrze fotografa i kamerzystę – to oni sprawią,
że Wasz dzień będzie trwał wiecznie.
Z pozycji osoby śpiewającej na weselach: Pamiętajcie o
zespole, fotografie i kamerzyście. Poproście obsługę, aby podawała im posiłki w
pierwszej kolejności – to od nich zależy to, jak będą bawić się Wasi goście. Są
w pracy ponad 12h. Muszą coś zjeść, a jedzenie w pośpiechu (bo ciocia Ania już
zjadła i czeka na muzykę, a zespół dopiero dostał) naprawdę nie pomoże.
Zadbajcie o to, żeby czuli się docenieni. Wtedy i Wy docenicie w pełni ich
prace.
Na koniec nie pozostaje mi nic
innego, jak życzyć wszystkim POWODZENIA! :)
Z całego serca życzę każdej przyszłej Pannie Młodej, żeby w tym
dniu ogarniała je taka euforia i duma jak mnie, a uśmiech nie znikał z jej
twarzy – tak jak mi :).
Kilka słów od NPM: Pamiętam jak na początku roku przeglądając trendy na nowy sezon doszłam do wniosku, że złoto i inne błyszczące dodatki dodają motywom rustykalnym wiele uroku. Ożywiają je, odświeżają, lekko kontrastowo się łączą tworząc świetny efekt. Ogromnie cieszy mnie, że takie połączenia pojawiają się na polskich ślubach! Ślub i wesele Sylwii są też świetnym przykładem, że jak się chce, to się da. Mieć wesele w namiocie (i wcale to nie brzmi groźnie ;)), mieć wymarzoną suknię z odległego miasta, nie mieć bukiety z kwiatów (dla mnie to nowa wiedza :)) i tortu z masy cukrowej. Czasem wystarczy jedynie wystarczająco długo próbować i każdej opcji (butom, fryzurom itd.) dawać szansę :)