Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zaręczyny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zaręczyny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 listopada 2017

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Marta

Poznaliśmy się w listopadzie. W absurdalnie nielistopadowy, słoneczny, ciepły dzień, w obfitujący w absurdalnie tragikomiczne wydarzenia poniedziałek. Poznaliśmy się tam, gdzie raczej mało kto oczekuje spotkać miłość życia – na Tinderze. Ten dzień od początku zapowiadał się mocno nietypowo – wchodząc do biura, zamiast spodziewanej pustki i porządku, zastałam w nim spektakularne ślady imprezy, a ledwo utorowałam sobie drogę do biurka, i dowiedziałam się o co chodzi (szef świętował osobisty sukces), otrzymałam wiadomość, że mój pies został potrącony przez samochód i dochodzi do siebie w klinice (sprawa wyglądała poważnie, ale finalnie nic mu się nie stało). Sporo emocji jak na początek dnia! Jak w każdy poniedziałek, wyszłam z pracy wcześniej, żeby pojechać na uczelnię na konsultacje. Droga zajmuje pół godziny, kiedy wsiadłam do pociągu i uruchomiłam aplikację, ON do mnie napisał. Konto na Tinderze założyłam jakieś 2 tygodnie wcześniej, z ciekawości kogo można tam spotkać, i trochę z nudów (chociaż, kiedy miałam czas się nudzić pracując i studiując dziennie, to pozostaje dla mnie zagadką ;) ) - i przez ten czas poczyniłam sporo ciekawych obserwacji typów ludzkich korzystających z aplikacji, mogłam wręcz bez problemu stworzyć katalog standardowych odzywek i scenariuszy rozmowy. Tu było inaczej, całkiem inaczej!
 

Właściwie, od początku było inaczej – starałam się dobierać na rozmówców, na podstawie zdjęcia i opisu, osoby z interesującymi pasjami, sprawiające wrażenie mających sprecyzowane poglądy, generalnie niesztampowe – to dawało nadzieję na ciekawą rozmowę, po prostu. Z większością wybranych osób aplikacja "parowała" mnie bardzo szybko, a jeśli nie – kompletnie nie zwracałam na to uwagi, wybór rozmówców w końcu był duży. Nie tym razem, Tomek miał najciekawszy profil, jaki widziałam, to była osoba, z którą najbardziej chciałam porozmawiać – a długo czekałam na "połączenie" i możliwości kontaktu – stąd, gdy w końcu to nastąpiło, naprawdę się ucieszyłam. Jak wspomniałam, przejazd pociągiem to jakieś pół godziny, potem 15 minut dojścia na uczelnię... cóż, w tym czasie z etapu "podstawowe wiadomości o sobie" zdążyliśmy płynnie przejść na etap dyskusji o polityce i ulubionych reżyserach – i to był pierwszy moment, kiedy poczułam, że dzieje się coś mocno niebywałego, bo mam raczej niepopularne poglądy na wiele spraw, i nie zdarza mi się spotykać ludzi, którzy mają je bardzo zbliżone – a raczej się nie zdarzało, aż do tamtego dnia. Następne półtora tygodnia pamiętam jak przez mgłę, a jednocześnie bardzo intensywnie – przez cały ten czas nie wypuszczałam z ręki telefonu, rozmawialiśmy cały czas, o wszystkim, coraz bardziej się zdumiewając i coraz częściej komentując poruszony temat prostym "to po prostu NIEMOŻLIWE, żeby istniał ktoś, kto też tak myśli!". Było to mocno surrealistyczne, pisać ze sobą po 16-17 godzin dziennie i zasypiając, czekać tylko na kolejny dzień, by znów móc porozmawiać.
 

Dzieliła nas spora odległość – to zresztą kolejna historia z kategorii niewykonalne zbiegi okoliczności. Ja jestem z Katowic, mąż pochodzi spod Olkusza, ale całe dorosłe życie spędził w Krakowie, i gdyby tam pozostał, nigdy byśmy się nie spotkali... bo zasięg aplikacji wynosi 50 kilometrów, a Kraków od Katowic jest oddalony o 80. Ale, PRZYPADKIEM, którego wyjaśnić nie sposób, dokładnie w czasie kiedy decydowałam się na założenie Tindera, Tomek podjął decyzję o tymczasowym powrocie w rodzinne strony, oddalone ode mnie o 50 kilometrów właśnie – i tylko dzięki temu mieliśmy szansę się odnaleźć i zacząć rozmawiać! Inna niemożliwa do wyjaśnienia sytuacja to to, że oboje mieliśmy swoje kryteria doboru rozmówców na Tinderze – ja pisałam tylko z tymi, którzy poprawnie rozpoznali piosenkę którą miałam w opisie, mąż z zasady nie pisał do Ślązaczek – dość powiedzieć, że oboje tych "testów" nie zdaliśmy, i oboje mimo wszystko zdecydowaliśmy się napisać do drugiej osoby – ot, przypadek.

Jestem fanką "Z Archiwum X", w czasie kiedy ze sobą pisaliśmy, z zapałem je oglądałam – jednym okiem, drugie mając utkwione w telefonie – i nigdy nie zapomnę narastającego z każdym odcinkiem wrażenia, że nadprzyrodzone sytuacje, przeznaczenie i inne takie historie jednak się ludziom przydarzają (a przeżyłam 23 lata jako raczej racjonalna sceptyczka i agnostyczka wyśmiewająca wszelkie romantyczne historie :D)
 

W końcu, po półtora tygodnia który wydawał się być wiecznością, spotkaliśmy się. Tomek przyjechał (pierwszy raz w życiu!) do Katowic, ja pokaźnie się spóźniłam – OCZYWIŚCIE był to dzień największych korków, jakie w życiu widziałam. Takie pierwsze spotkania zdarzają się raczej w bardzo kiepskich romantycznych filmach, których oglądaniem raczej się nie kalam, ale w rzeczywistości też się zdarzyło – podeszłam, przedstawiliśmy się sobie, i z mocnym zdumieniem oraz brakiem pewności, co właściwie widzę, miałam okazję zaobserwować jak mojego przyszłego męża strzela przysłowiowy grom z jasnego nieba, tudzież inna strzała Amora (sam twierdzi, że niewiele pamięta z tego spotkania, bo całą energię skierował na zachowywanie pozorów normalnej rozmowy i koncentrację uwagi :D ). Jako, że była to moja pierwsza prawdziwa randka, i jako że jestem raczej mistrzynią gaf i miniaturowych katastrof, zadecydowałam, że idziemy do mojej ulubionej, odrapanej i mocno specyficznej w wyrazie knajpy (nomen omen, o nazwie Absurdalna), a na romantyczną kolację zamówiłam...pół kilo frytek, które następnie pożarłam, pomagając sobie rękami, ponieważ zawsze tak robię – cóż, przynajmniej przełamywanie pierwszych lodów poszło szybciej, niż błyskawicznie :D Generalnie nie bardzo umiemy opisać, co się wydarzyło na tym spotkaniu, bo z racjonalnego punktu widzenia jest to niemożliwe – przez 3 godziny spędzone w knajpie, udało nam się szeroko omówić właściwie całe życiorysy, z milionem dygresji, i z tym że dwukrotnie wyciągałam laptopa, by pokazać (i szeroko opisać) jakiś projekt włącznie. Zbliżała się godzina 20, zbliżał się ostatni bus, który mógł zabrać Tomka do domu – więc z mocnymi oporami zebraliśmy się w kierunku przystanku. A tam... Okazało się, że rozkład został zmieniony, i ostatni bus już odjechał! Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w życiu się tak śmiała, jak wtedy kiedy chodziliśmy godzinami po ciemnych katowickich uliczkach, w mrozie wczesnego grudnia, usiłując znaleźć jakieś rozwiązanie tej sytuacji (najbardziej oczywiste, i na które miałam największą ochotę, czyli po prostu BIORĘ CHŁOPA DO DOMU, niestety nie wchodziło w grę, gdyż mieszkałam z liczną i mocno konserwatywną rodziną). Po dłuuugim czasie transport – mocno okrężną drogą – został znaleziony, a ja poszłam do domu, z surrealistycznym wrażeniem że, po pierwsze, nie wiedziałam że zakwasy od śmiechu można mieć na całym ciele, i po drugie, że pierwszy raz w życiu spotkałam istotę swojego gatunku.

Generalnie jestem raczej dziwakiem (żeby nie powiedzieć wprost, totalnym kosmitą, mającym problem z ogarnięciem relacji międzyludzkich i z podejmowaniem decyzji), więc pojęcie sytuacji, i decyzja o "normalnym związku", zajęła mi zawrotny, w naszej skali, miesiąc – a w czasie kiedy ja snułam oderwane od rzeczywistości rozważania, Tomek obmyślał szczegółowy plan działania. Jeździliśmy do siebie, nagle odkryłam że warto jechać 30 km pociągiem z Gliwic do Katowic, potem 40 busem z Katowic do Olkusza, a potem jeszcze 10 samochodem, tylko po to żeby razem spędzić popołudnie, przespać się i następnego dnia ruszyć w drogę powrotną – i tak minął nam grudzień i styczeń. W lutym wybraliśmy się do kina, po nim jak zwykle, podeszłam jeszcze na chwilę z Tomkiem na parking, by pogadać w aucie zanim odjedzie. Siedliśmy i zaczął opowiadać mi historię – jak to, będąc w liceum w Niemczech, poszedł kupić dla znajomych pamiątki, i pomiędzy drobiazgami zobaczył pierścionek, który z miejsca mu się spodobał, i postanowił że kupi go i schowa, by kiedyś dać swojej przyszłej żonie – tak też zrobił, i na przestrzeni kolejnych 10 lat, mimo różnych relacji z różnymi dziewczynami, nigdy żadnej nie chciał go dać – aż poznał mnie. Przysięgam, brzmi jak wiadro lukru, jak wymysł autorki harlequinów, ale w tym momencie opowieści sięgnął do kieszeni, wydobył pierścionek, ja na niego spojrzałam, zdążyłam tylko pomyśleć "matko, jaki piękny, sama bym sobie taki kupiła" (nie noszę żadnej biżuterii oprócz piercingu) i już miałam to cudo na palcu. W tym momencie zapadła cisza, oboje zajęliśmy się rozkminianiem, jakim cudem pasuje idealnie, jak robiony na wymiar, a mam wielkie niekobiece łapy i rozmiar pierścionka 19. Kolejny z listy PRZYPADKÓW wyglądających jak starannie uknuty plan, tylko czyj? Zagadka, jakie skrzaty czy też inne chochliki ułożyły tą szaleńczą wersję bajki o Kopciuszku pozostaje niewyjaśniona do dziś, ale pierścionek zlał się z moim palcem w integralną całość i tak sobie żyją :)


To była połowa lutego, nie planowaliśmy brać ślubu w najbliższej przyszłości (w sumie to oboje zawsze byliśmy wrogami instytucji małżeństwa), chcieliśmy zamieszkać sobie po prostu razem i patrzeć, co dalej się będzie działo w naszej absurdalnej bajce. Minęły zawrotne 3 tygodnie (miałam wtedy wrażenie że każdy dzień jest jak tydzień, i biorąc pod uwagę dynamikę wydarzeń, faktycznie tak było :D ) kiedy – przy okazji świętowania Dnia Kobiet udziałem w Manifie – uznaliśmy, że skoro oboje jesteśmy przekonani, że trafiliśmy na siebie nie przypadkiem, i chcemy żyć razem – no to weźmy i się hajtnijmy! Jeszcze w tym roku, no bo po co i na co czekać. W sumie najbardziej zdziwieni byliśmy, że tak późno na to wpadliśmy (3 miesiące po pierwszej randce, kawał czasu :D ). Od początku było jasne, że ślub jest dla nas – chcieliśmy wziąć go tylko w towarzystwie świadków, jednak zdecydowaliśmy ostatecznie o małym przyjęciu dla najbliższych. Min naszych rodziców, słyszących że chcemy się pobrać przed pierwszą rocznicą spotkania, nie zapomnę nigdy – ale nasze szczęście udzieliło się chyba wszystkim, bo znieśli to dzielnie :D. Wybór sali zajął nam 5 minut – od razu zakochaliśmy się w klimatycznej, industrialnej Restauracji Smak Róży w Katowicach, maila z prośbą o podanie wolnych terminów wysłałam do jej właścicielki jeszcze tego samego dnia – większość sobót była pozajmowana, ale wtedy spojrzałam w kalendarz i zauważyłam, że w październiku 13 przypada w piątek – decyzja była prosta! I tak zadecydowaliśmy, że bierzemy ślub w piątek 13, najtrudniej było przekonać kierownika Urzędu Stanu Cywilnego, że z niego nie żartujemy :D Nawet mniej czasu zajął nam wybór obrączek – otóż obojgu spodobały się wyłącznie stalowe, niesamowite obrączki ze stali damasceńskiej, z firmy Inne Obrączki. Od początku byłam przekonana, że sukienkę chcę mieć w kolorze butelkowej zieleni – ubieram się tylko na czarno, a ten odcień zieleni uważam za najpiękniejszy kolor świata – na tak niezwykłą okazję idealny. Oboje jesteśmy ludźmi lasu – uwielbiamy kontakt z surową naturą, więc było oczywiste, że las zostaje motywem przewodnim. Zamówiłam na aliexpress sznurki, pieczątki, klamerki, ozdóbki, zaprojektowałam zaproszenia i papeterię, kupiłam sobie złote buty... i tak oto do końca marca mieliśmy właściwie organizację ślubu z głowy i mogliśmy zająć się ważniejszymi sprawami :D Tomek zaczął pracę na Śląsku, zamieszkaliśmy razem, ja zmieniłam pracę, urządzaliśmy się, zaczęliśmy rozdawać zaproszenia – i tak minęła wiosna. W wolnych chwilach dłubałam sobie dekoracje, i poszukiwałam szmaragdowego materiału na sukienkę – misja niemożliwa! Kiedy więc znalazłam w butiku wystrzałową, balową suknię w tym kolorze, zdecydowałam się od razu. Przyszło lato, zapraszanie gości połączyliśmy z podróżowaniem po całej Polsce, wszyscy z coraz większym niepokojem dopytywali, jak tam przygotowania... a my ze spokojem odpowiadaliśmy, że wszystko gotowe, bo obrączki mamy już zamówione! Notabene uważam, że zapraszanie na wesele to rewelacyjny sposób na skondensowane poznanie rodziny i przyjaciół partnera :) W sierpniu uznałam, że jednak na ceremonię chcę mieć delikatniejszą suknię, cudem zdobyłam w outlecie kawałek zielonego materiału w idealnym odcieniu, w ciemno poszłam do przesympatycznej krawcowej – żadnej ślubnej, zwykła starsza pani w niewielkiej pracowni, narysowałam jej co chcę...wyszło lepiej, niż oczekiwałam! We wrześniu uznaliśmy, że jednak chcemy fotografkę na ślub, więc zwerbowaliśmy na tą godzinkę ceremonii młodą, zdolną dziewczynę, którą znalazłam, bo fotografowała koleżankę xD Tort, całkowicie zgodny z naszą wizją, upiekł nam kolega mojego brata, na co dzień...muzyk :D
 

Na początku października najdrobniejsze szczegóły były już gotowe (pani właścicielka restauracji dzielnie odpowiadała na moje maile z pytaniami o odcień serwetek i lampek, i wszelkie inne głupoty), pozostało nam odebrać obrączki (i zachwycić się nimi!) oraz cała praca własna – montaż winietek (44 karteczki wklejone w szyszki!), upieczenie podziękowań (200 udekorowanych własnoręcznie pierniczków), no i tuż przed ślubem – własnej produkcji bukiet, wianek i bukiety dla druhen, i pieczenie ciasteczek i babeczek na słodki stół.
 

Dzień przed ślubem, kiedy to o 7 rano jechałam po kwiaty do hurtowni (i wracałam pociągiem z cudownie pachnącym eukaliptusem w objęciach), dekorowałam babeczki, poszliśmy sobie na obiad, by móc chwilę spokojnie porozmawiać, słonecznym, późnym popołudniem jechaliśmy zawieźć ostatnie dekoracje i alkohol do restauracji, mogę śmiało nazwać jednym z najpiękniejszych w życiu. Wieczorem zasnęliśmy w naszym malutkim, wysprzątanym jak nigdy mieszkanku w poczuciu, że nazajutrz czeka nas coś niesamowitego.
 

Obudziłam się o 6, pełna energii, zapału i optymizmu – i wtedy przeczytałam wiadomość od świadka, najlepszego kolegi Tomka od wczesnego dzieciństwa, że rozstał się z dziewczyną i przyjedzie sam. Ok, trudno...gdyby nie to, że mieli nas JEJ autem zawieźć z urzędu do restauracji :D co gorsza, kolega zaginął bez śladu, a jest znany z tego, że problemy lubi zapić, więc akcja poszukiwawcza musiała być błyskawiczna. Pojechałam z moim bratem zawieźć ciasta i tort na salę, Tomek w tym czasie wydzwaniał do świadka – bez odzewu – i do rodziców (na szczęście mieszkają w jednym bloku), żeby ruszyli z misją poszukiwawczą. Wróciłam do domu, dalej bez śladu! Największy plus całej sytuacji był taki, że Tomek mocno stresował się ceremonią, i to przeszło jak ręką odjął – zaczął stresować się świadkiem :D Poszłam do fryzjera, fryzjerka spytała, na jaką okazję czeszemy, jej miny na odpowiedź "Ślub. W dodatku mój" nie zapomnę długo – ale wyszło super :D Na całe szczęście pomalować się i ubrać poszłam do domu rodziców – gdy wróciłam około 13 do naszego mieszkanka (ślub był o 14.30) – szłam na piechotę, w sukni i szpilkach, pod rękę ze świadkową przez pół centrum miasta - miotali się po nim rodzice i wujostwo Tomka, a świadka dalej nie było – tyle dobrze, że w międzyczasie dał znać że żyje, i oznajmił że jednak przyjadą razem. Rodziców dosłownie wygoniliśmy (i dobrze, bo długo szukali miejsca parkingowego), Tomek przebrał się w minutę, ja zebrałam rzeczy typu buty na przebranie – i nagle odkryliśmy, że brak świadka oznacza brak transportu :D Na szczęście moja z grubsza przytomna świadkowa wezwała taksówkę, do której malowniczo zbiegliśmy z 4 piętra, ja z bukietem wielkim jak snop, z suknią ciągnącą się po ziemi, Tomek zawiązując krawat, wskoczyliśmy do auta, świadkowa zakrzyknęła "chyba pan widzi, że jedziemy do pałacu ślubów!" a ja zaczęłam płakać ze śmiechu :D
 

Na miejscu byliśmy pół godziny przed czasem (uffff!), ale to mi przypadła (prześwietna zresztą!) rola stania pod urzędem, witania gości (a całe tłumy przyszły na samą ceremonię ) i zabawiania ich rozmową, podczas gdy... Tomek pognał do pobliskiej galerii handlowej, gdzie parkowali przyjezdni goście, żeby przyprowadzić ich do urzędu – i słusznie, bo się pogubili :D Przyjechała fotografka, prawie wszyscy już byli na miejscu, no to śmiechy, rozmówki, wejście do urzędu, ochy i achy, zdjęcia, pan kierownik wychodzi i pokazuje, że już czas... ale kogóż brakuje? No ŚWIADKA! Wpadli kilka minut po czasie, tłumacząc, że po drodze dostali mandat... i oto pora na punkt kulminacyjny, świadek szuka dowodu...i nie ma! Parę minut po planowanym czasie rozpoczęcia ślubu prosiliśmy innego kolegę o świadkowanie (ale sprawił się super, bo nie ma tego złego...), obrączek cały czas pilnowałam ja :D
 

Ceremonia była przepiękna, absolutnie nic z rejestracji i podpisania papierka, trwała blisko godzinę, pan kierownik wygłosił wzruszającą mowę o odpowiedzialności, sugerując się "Małym Księciem", coś pięknego! Zero stresu, myślałam że będę płakać ale też nie, dopiero przy przysiędze, gdy zobaczyłam łzy w oczach męża, sama się wzruszyłam. Sala była pełna po brzegi, życzenia od najróżniejszych bliskich osób przyjmowaliśmy około pół godziny (a życzenia od gości zaproszonych na wesele były w restauracji!). Jak pisałam, samochody były zostawione w centrum handlowym. Wyruszyliśmy tam więc, całym wesołym orszakiem, przez główną ulicę Katowic. I przez drzwi obrotowe w galerii. I po schodach ruchomych. I przez parking. Super efekt i chwilowe celebryctwo :D
 

Do restauracji, ze względu na korki, jechaliśmy ponad pół godziny (a to kilka kilometrów), ale nie szkodzi – był czas na selfiki! Przyjęcie, tak spontanicznie zorganizowane, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania – było pysznie, elegancko i z klasą, a jednocześnie na luzie. Dekoracje kwiatowe (wliczone w koszt restauracji i przez nich organizowane) były przepiękne i idealnie dopasowane do mojego bukietu, i wymyślonego klimatu. Zdecydowaliśmy się na menu złożone z dwudaniowego obiadu z deserem, tortu, zróżnicowanej zimnej płyty i ciepłej kolacji, przyjęcie trwało od 16.00 do 1.30 i kolacji prawie nikt już nie jadł, bo wszyscy byli najedzeni – dostaliśmy stosy jedzenia do domu!
 

Nie chcieliśmy DJ, nie mówiąc o zespole, absolutnie nie chcieliśmy muzyki, niezgodnej z naszymi gustami – więc stworzyliśmy sobie playliste, która leciała z komputera przez niezłe głośniki, i to był strzał w 10! Klasyki taneczne lat 70 i 80, rockowe ballady i trochę mocniejszych kawałków typu Foo Fighters o dziwo, zapełniły nam parkiet! Wynikało to ze specyfiki gości – zaprosiliśmy w sumie 44 osoby, najbliższą rodzinę (rodzice, dziadkowie, chrzestni), kilkoro kuzynów z którymi mamy dobry kontakt, a połowę gości stanowili przyjaciele – to oczywiście wydatnie pomogło w budowaniu atmosfery :)
Tort mieliśmy o 19, i to była dobra decyzja – został zjedzony w całości, i wszystkim się podobał :) Wódki mieliśmy 60 butelek, zeszło 28 (a każda para dostawała na odchodne!), za to poszło 9 butelek wina. Rodziny posadziliśmy osobno, i to była dobra decyzja – jesteśmy z różnych środowisk, dzięki temu nie było kurtuazyjnych rozmów o niczym, tylko każdy dobrze się bawił w znanym gronie. W pobliżu siebie usadziliśmy wszystkich przyjaciół, zarówno z mojej jak i z Tomka strony fajnie złapali kontakt i gadaliśmy i bawiliśmy się wszyscy razem. Absolutnie zlekceważyliśmy wszelkie "bo trzeba" i "bo wypada" – nie było żadnego witania...czymkolwiek, nie rzucaliśmy kieliszkami, nie było ani jednego utworu disco polo, ani jednej zabawy – było po naszemu, my byliśmy przeszczęśliwi, nie przejmowaliśmy się niczym – i to wystarczyło, wszyscy wydawali się zadowoleni albo bardzo zadowoleni :D Rodziny zwinęły się przed północą, do końca szaleliśmy kameralnie z grupką przyjaciół – i było super :)
 

Bardzo się cieszyłam i cieszę, że nie mieliśmy żadnego apartamentu, tylko wróciliśmy po ślubie do swojego mieszkania – obudzenie się tam w sobotę rano, niby tak samo jak zawsze, ale wśród prezentów i kwiatów, i z piękną obrączką na palcu, było czymś kompletnie magicznym, polecam!
 

Podsumowując – nie staraliśmy się robić czegokolwiek niepoprawnie, w zasadzie to w ogóle się nie staraliśmy, chcieliśmy żeby było fajnie a po naszemu... a wyszło jak wyszło, komukolwiek opowiadam/pokazuje zdjęcia ze ślubu to reaguje co najmniej zdumieniem, czasem też oburzeniem :D Było pięknie, swobodnie, bezstresowo, po naszemu, i co chyba najważniejsze, totalnie nie mieliśmy objawów żadnej "depresji poślubnej": przygotowania były super, ślub był super, ale to nie był nasz najpiękniejszy dzień, te dopiero przed nami – za nami też ;) Aczkolwiek zyskaliśmy piękne wspomnienia, temat do wielu jeszcze rozmów, i piękne zdjęcia :D
 

Z kwestii technicznych: na całość wydaliśmy niespełna 10 000 zł. Zdjęcia w restauracji są amatorskie – tak pięknie radzą sobie z aparatem mój brat i jego dziewczyna! Bukiety i wianek robiłam sama dosłownie w 10 minut, totalnie na luzie i bez planu – uważam że wyszło pięknie. Polecam jak najwięcej rzeczy robić samemu – super zabawa i satysfakcja! Miałam druhny, bo mam 3 równie bliskie przyjaciółki - losowały, która z nich będzie świadkową :) Cieszcie się i śmiejcie to nie będą Wam potrzebne żadne dodatkowe zabiegi kosmetyczne – ja malowałam się sama, przy użyciu podkładu, pudru, eyelinera i tuszu do rzęs, a uważam że nigdy nie wyglądałam tak pięknie – szczęście to najlepszy kosmetyk :)
 

Za pomoc w organizacji tego dnia odpowiadali:
Restauracja: Smak Róży w Katowicach
Fotograf (ceremonia): Michalina Banasik Photography
Sukienka: Materialiści w Katowicach

Obrączki: Inne Obrączki



























Kilka słów od NPM:
Czasem mam wrażenie, że zamiast publikować tu historie przygotowań do ślubu i samego dnia ślubu powinnam publikować... wszystko. Historie poznania się, historie zaręczyn, a potem pewnie wszystkie kolejne wyjątkowe wydarzenia :) Bo, tak typowo po babsku, uwielbiam słuchać historii ludzi, zwłaszcza takich jak Marta.
Przeczytaliście historie poznania, a potem zaręczyn Marty i Tomka? Prawda, że jest, tak znów po babsku, przecudowna i wręcz stworzona do opowiadania innym? :)
Doskonale widać, że wszystko w tej bajce jest skrojone pod nich. Tempo organizacji, spontaniczność i pewność decyzji, przyjęcie tylko dla najbliższych, wyjątkowa data (bo piątek 13go nie może nie być wyjątkowy), sukienka w nietypowym kolorze, tort pieczony przez muzyka. A to dopiero początek… ;)
Jest lekko, na luzie i co najważniejsze: z wielką miłością.

czwartek, 12 października 2017

7,5 miesiąca do ślubu, czyli dzień dobry, poznajcie Ulę :) [Ula]

panajiotis
Dzień dobry, dzień dobry! Piszę do Was z busa jadącego do Rzeszowa. O 5 rano mamy przesiadkę do Dwernika, a stamtąd już prosto na szlak. Tak, tak, postanowiliśmy rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady. Niezły początek opisu ślubnych przygotowań, nie? ;) Życiowy kierat dał nam ostatnio w kość i musieliśmy choć na chwilę wyrwać się ze szpon codzienności.

Cieszę się, że NPM pojawiło się w Sieci, miejsce związane z branżą ślubną, ale przy tym bardzo kameralne i tworzące społeczność panien młodych przed, w trakcie i po. :) Jestem wdzięczna za pracę, jaką Milena, a także Dagmara, Jagoda, i inne NPM włożyły w stworzenie tego miejsca, bo wydała ona piękne owoce i w rezultacie ja sama postanowiłam podzielić się naszą historią. Na początek mała autoprezentacja i historia pt. "Jak do tego w ogóle doszło?". ;)

Nadwrażliwa blondynka i twardo stąpający po ziemi brunet, oboje najlepiej odnajdujący się w lesie, na szlaku, albo z kotem na kolanach. Marzący o życiu prostym, skromnym i blisko natury. Tymczasem, jak na złość, oboje są prawnikami. Cóż, nikt nie jest  idealny. ;) Po wielu latach razem, pobieramy się prawie w dzień naszej siódmej rocznicy i w Dzień Mamy - 26 maja 2018 r. 

Jak się poznaliśmy?

Byłam dziewczyną, której serce długo nie mogło zaznać spokoju. Wielkie miłości na zabój (najczęściej realizujące się tylko w mojej głowie ;) ) i wielokrotnie złamane serce doprowadziły mnie do punktu, w którym się poddałam, stwierdzając, że mój Jedyny po prostu nie istnieje.

Paweł dotarł do podobnej konkluzji jeszcze wcześniej. ;)

Widywaliśmy się na imprezach naszej wspólnej znajomej. Moją uwagę bardzo szybko przykuł przystojny, odrobinę tajemniczy brunet, ale oczywiście założyłam, że albo kogoś ma, albo jest zimnym draniem. Bo czy ktoś o tak zniewalającym wyglądzie mógłby być sam?! No nie czarujmy się.
Paweł z kolei – jak mi później wyznał - był skutecznie odpychany przez pole siłowe mojego sarkazmu i aurę wrednej suczy jaką wokół siebie roztaczałam (choć teraz tak bardzo trudno w to uwierzyć). Dziewczyna przeklinająca jak szewc, paląca jak smok, w skórzanej kurtce, w czerni i nieodłącznych martensach zapewne nie zachęcała do "cześć maleńka, często tu bywasz?" ;) 

Aż pewnego dnia – to był 28 maja – dostałam smsa od znajomej, że umówiła się na oglądanie meczu w knajpie z dwójką swoich kolegów z liceum (fani piłki nożnej na pewno pamiętają tę piękną rozgrywkę między FC Barcelona i Machester United! :) ). Pamiętam, jakby to było dziś – byłam akurat w parku i miałam do wyboru – skręcić w lewo na autobus do domu, albo iść tam, gdzie moja znajoma umówiła się z kumplami. Chwilę biłam się z myślami, ale że nie miałam nic do roboty, a lubię piłkę nożną, postanowiłam się z nimi spotkać.
Strach się bać, jak potoczyłoby się nasze życie, gdyby mój wewnętrzny dzikus jednak zwyciężył i pokierował mnie do domu! :)

Mecz mijał w świetnej atmosferze i potem skoczyliśmy jeszcze uczcić sukces Barcy kebabem i piwem (tu pojawia się romantyczna historia, jak to leżeliśmy na trawniku w środku miasta i trochę mniej romantyczna - jak Paweł w trakcie tego leżenia zastanawiał się, czy nie położył się prosto w psią kupę ;) ). W miarę jak rozmawiałam z Pawłem, okazywało się, że wiele nas łączy, i pojawiła się nieśmiała myśl, że ten błysk w jego oku chciałabym oglądać częściej. W którymś momencie P. zaproponował, abym usiadła mu na kolanach... i tak już zostałam, na sześć lat z okładem. :)

Pamiętam, że po dwóch tygodniach randkowania kumpela wyśmiała mnie, kiedy ze śmiertelną powagą stwierdziłam, że on, to po prostu On. "Skąd możesz to wiedzieć po dwóch tygodniach" - zapytała. A ja wiedziałam już wtedy. Naprawdę.

Oj, widzę, że strasznie się rozpisałam, a to dopiero wstęp... Wybaczcie mi proszę, zwięzłe formułowanie myśli nigdy nie przychodziło mi łatwo. :)

Kolejne lata minęły jak sen. Niedługo po tym jak zaczęliśmy się spotykać, rzuciłam palenie i zaczęłam powoli zrzucać z siebie kolejne warstwy zbroi, jaką się starannie opancerzyłam. 

W styczniu tego roku, w okolicach święta Trzech Króli wyjechaliśmy pod Grójec do malutkiej, starej chaty w Pomłyniu (wszystkim lubiącym takie klimaty serdecznie polecamy! Tylko trzeba uważać na psa, to diabeł wcielony ;) ). Trafił się nam największy od lat mróz: -30 stopni. Ponieważ chatka była ogrzewana tylko małym kominkiem, Paweł wstawał w nocy co godzinę, aby dorzucić brykietu, a ja spałam w czapce. :) Było czadowo! Robiliśmy długie spacery po lesie i cieszyliśmy się ciszą (oraz brakiem zasięgu ;) ) . Pierwszego wieczoru, kiedy w grubych skarpetach grzaliśmy się przy kominku, Paweł ni stąd, ni zowąd zaczął coś napomykać o wspólnym domu pod lasem i małym stadku owiec, te klimaty (trzeba Wam wiedzieć, że jesteśmy obydwoje wielkimi miłośnikami natury i marzy nam się dom na odludziu z wielkim ogrodem, warzywniakiem i stajnią). Ja, niczego nie przeczuwając, zaczęłam coś tam po swojemu trajkotać o potencjale agroturystyki. Paweł proponował wino, ale ja stwierdzałam, że na wino jest za wcześnie, ale mogę mu kakao zrobić, i tak to szło - on nie ustawał w wysiłkach, aby trochę nasz wieczór uromantycznić, a ja skutecznie te zabiegi torpedowałam. ;) W końcu stracił cierpliwość, wyciągnął pierścionek, i stwierdził, że skoro ciągle zmieniam temat, to może mu powiem, czy będę jego żoną. :D

No i wtedy dopiero się zaczęło. Dopóki nie załatwiliśmy kluczowych spraw – sali weselnej, zespołu, kamerzystów – byłam rasową Bridezillą. Przeglądałam miliony ogłoszeń, robiłam zestawienia w excelu i dopytywałam wykonawców o najdziwniejsze szczegóły. Na szczęście w lutym mi przeszło. ;)

Co do sali weselnej, nie mieliśmy wątpliwości, gdzie chcemy przyjąć naszych weselników. Naszym wymarzonym miejscem była od zawsze rezydencja położona w środku lasu. Zaważyły na tym opinie dziesiątek zachwyconych gości i przepiękna architektura (to drewniane sklepienie!), nowoczesna, a jednak harmonijnie wtopiona w otaczający ją las. Pierwsze rozmowy z managerką sali, a także nasze spotkanie z Rezydencją na żywo tylko nas w tym utwierdziły.

I tu mamy pierwszy niepoprawny element – otóż sala zlokalizowana była w miejscowości Pawła, a 100 km od mojego domu rodzinnego, co sprawiło, że wyjazd Panny Młodej z domu zanosi się na małe wyzwanie logistyczne. Zdecydowaliśmy wspólnie, że ślub weźmiemy również u Pawła. Ponieważ pochodzę z niewielkiej miejscowości, wciąż unoszono brwi ze zdziwieniem na wieść, że ślub nie odbędzie się w parafii panny młodej. Jak to? Czemu tak daleko? Nie ukrywam, że zanim się na podobne komentarze uodporniłam, było mi przykro to słyszeć, i to z  ust członków bliskiej rodziny, którzy zaaferowani tą anomalią, zapominali nawet pogratulować nam zaręczyn. Niespecjalnie przejmowali się naszymi kontrargumentami, że zawsze jedna ze stron ma daleko, a tylko ta sala  spełniła nasze wyśrubowane wymagania. W końcu stwierdziliśmy, że im mniej szczegółów nt. naszego ślubu i wesela zdradzimy innym, tym mniej "dobrych rad" usłyszymy. :)

Wszyscy Wykonawcy zostali wybrani wspólnie i po długich debatach. Nie mieliśmy wątpliwości, że na naszym weselu nie będziemy uskuteczniać biesiady i tradycyjnej formuły wesela. Żadnych oczepin, żadnych "cudownych rodziców", żadnego nadęcia i ceremoniałów. Za to koniecznie - dobra muzyka, dobre jedzenie i piękna strona wizualna.  Stanęło na formule urban wedding i eleganckiego przyjęcia, ale... nie do końca! Chcemy wprowadzić kilka leśnych akcentów, leśnych i słowiańskich. I może trochę złota. Czas pokaże czy nam się uda!

piątek, 25 sierpnia 2017

Jak odmówić zaręczyn?

O czym na blogu napisać w (prawie) rocznicę swoich zaręczyn? No pewnie, że jeśli wyczerpało się najsłodsze oblicze tematu, to... o  tym jak odmówić ;) Ale już tu i teraz, żarty na bok.

Wyobraź sobie sytuację w której dostajesz pierścionek i... jesteś w totalnym szoku. Bo ten facet na kolanach, ten jego drżący głos, ten pierścionek w pudełeczku... to mała rewolucja. Może krzyczysz radosne "tak", może nie wiesz co odpowiedzieć, może chcesz odmówić, a może mówisz zszokowane "tak", bo takie są zasady, a  Ty nie masz ani minuty do namysłu... Po chwili na ochłonięcie dochodzisz do wniosku, że nie chcesz tego pierścionka. I co teraz?

Czy teraz jest już za późno, bo mleko się rozlało? Nigdy nie jest za późno. Narzeczeństwo jest okresem przygotowania się do ślubu i do małżeństwa. W każdym jego momencie, coraz bliżej się poznając, omawiając swoje wizje przyszłości i wspólnego życia, możecie dojść do wniosku, że coś tu nie gra. I albo zaczniecie nad tym pracować, albo z tego zrezygnujecie.

Zgodziłaś się, a teraz chcesz odmówić? A może przeczuwasz, że dostaniesz pierścionek w najbliższym czasie?

Przygotuj się do rozmowy
Przed podjęciem rozmowy z nim zastanów się nad trzema kwestiami:
1) Dlaczego on się oświadczył?
Rzadko zdarza się, że mężczyzna wyskakuje z pierścionkiem jak Filip z konopi. Najczęściej takie pytanie jest poprzedzone licznymi rozmowami, planowaniem przyszłości, zastanawianiem się co będzie za 10 lat i jak to będzie, gdy... Postaraj się przypomn8ieć czy takie rozmowy miały miejsce? Jeśli tak, to czego dotyczyły? Co mówił on? Jak reagowałaś na jego plany? Co mówiłaś Ty? Co czułaś podczas tych rozmów? Czy wtedy tego chciałaś?
2) Czego tak właściwie nie chcesz... ślubu czy jego?
Czy chcesz wziąć ślub? Czy chcesz być z nim? Na co nie jesteś gotowa? Na ceremonie, na bycie żoną czy na bycie z nim?
Znam wiele par, które nie decydują się na małżeństwo, bo nie czują, że jest im ono potrzebne. I to jest dobre, bo oboje chcą tego samego. Znam pary w których ktoś zawsze nie był gotowy na małżeństwo, ale był pewny zwiazku. Znam tez i takie, w których gotowość do ślubu wzrastała wraz ze zmianą partnera. Jak jest u Ciebie? Czy z kimś innym byłoby Ci łatwiej?
3) Dlaczego?
Nie ma decyzji, bez uzasadnienia (choćby uzasadnieniem miało być przeczucie i brak gotowości).
Nie mydl  tu o nim i o jego zachowaniu, myśl o sobie. O tym jak się przy nim czujesz, jak jego zachowania wpływają na Ciebie, czego Ci brakuje i czego potrzebujesz
Czy go kochasz? Czy jesteś z nim szczęśliwa? Czy wyobrażasz sobie życie z nim? Jak Twoje życie powinno wyglądać za 10 lat? Czy jest tam dla niego miejsce? Co stracisz, a co zyskasz mówiąc mu "tak"?
4) Zerknij tu.

Porozmawiaj 
Na spokojnie, starając się kontrolować emocje, mając dokładnie przemyślane to co chcesz powiedzieć i co chcesz w efekcie tej rozmowy uzyskać.
Wytłumacz mu swoje stanowisko. Nie mów o nim, o jego złych zachowaniach i wadach. Mów o sobie, o swoich uczuciach. Nie przerzucaj na niego odpowiedzialności za swoje uczucia i wszystko co złe, nie przerywaj mu, nie uciekaj w trakcie rozmowy, jeśli nie będzie szła po Twojej myśli. Jeśli rozmowa stanie się zbyt emocjonalna, jeśli zaczniecie krzyczeć, zróbcie sobie przerwę i później do niej wróćcie.

sobota, 10 września 2016

9 miesięcy do ślubu, czyli ona i on - czas się przedstawić [Jagoda]


Jagoda i Grzegorz – ślub 10.06.2017 r.

On – maszynista, takich dużych pociągów, prawdziwych! Ona – stawia pierwsze kroki jako lekarz. On – kocha klasyczny rock, historię IIWŚ, śmierdzące silniki diesla, ona – folklor, haft, malowanie ścian i książki. Oboje – muzykę chóralną, wyprawy pod namiot i jesienne wieczory, kiedy można grać bez wyrzutów sumienia w gry planszowe.

Listopadowy wieczór, prawie 4 lata temu – połączyła nas miłość do muzyki klasycznej, bo poznaliśmy się w chórze akademickim. Wypatrzył mnie na pierwszej próbie, na której się pojawiłam i w ekspresowym tempie wyszła z tego mała wielka miłość – mimo wielu różnic i bycia na całkiem różnych etapach życiowych. I od samego początku byliśmy niepoprawni, bo z przeróżnych przyczyn zamieszkaliśmy razem po trzech miesiącach znajomości. Na pierścionek przyszło mi poczekać, ale tak naprawdę to oboje wiedzieliśmy, że nasza droga może potoczyć się tylko tak. I owszem, jest data! To już 10. czerwca 2017 :)

Dokładnie w momencie, kiedy Milena napisała, że poszukuje przyszłej panny młodej, która zda relację ze swoich przygotowań do ślubu, mijał rok od naszych zaręczyn, więc poczułam, że to znak, żeby się zgłosić ;)

Zeszłoroczne, sierpniowe zaręczyny, były naszymi drugimi zaręczynami ;) Znowu niepoprawnie. Pierwsze miały miejsce w czerwcu, podczas autostopowej wyprawy do Chorwacji. Usiedliśmy przed namiotem i pod wpływem piękna chwili mój niepoprawny narzeczony zadał TO pytanie. Jedyne, co miał w kieszeni, to breloczek-niespodzianka z lodów… Zgodziłam się, ale ustaliliśmy, że zrobi to jeszcze raz, oficjalnie, żebyśmy mogli "po" zrobić sobie ładne zdjęcie (wyobraźcie sobie jak wyglądałam po 24 godzinach jazdy autostopem). Dwa miesiące później, niczego się nie spodziewając, pojechałam na Półwysep Helski – co roku odbywa się tam D-Day Hel, rekonstrukcja drugowojennego lądowania wojsk amerykańskich w Normandii. Mój G. jest fascynatem tego okresu historii i okazjonalnie dołącza do polskiej grupy Rangersów w takich wydarzeniach, tego roku pierwszy raz miał brać udział w lądowaniu na plaży. Od tygodnia chodził zestresowany, myślałam, że rekonstrukcja i zepsuty samochód są wystarczającymi powodami… Jak widać było ich więcej.
Po dniu pełnym wrażeń (wszystko się udało, chociaż niestety mój facet padł pod niemieckim ostrzałem ;) ), ubraliśmy się elegancko – on w mundurze galowym, ja jako dama z lat 40’ - i wyszliśmy do centrum, gdzie mieliśmy spotkać się ze znajomymi w restauracji przekształconej na ten wieczór w tawernę niczym z „Top Gun”. Znajomi się spóźniali, lokal pełen po brzegi… Ale dziwnym trafem znalazł się stolik na dwie osoby. Zamówiliśmy po piwku i usiedliśmy. Byłoby bardzo sympatycznie, wszyscy poprzebierani, na żywo muzykę z lat 30-40 grał zespół, ale G. kręcił się niespokojny, co chwilę zerkał na telefon, na zegarek, wychodził do toalety – no wkurzał mnie niesamowicie! Po jakimś czasie znowu zaczął zbierać się do łazienki, kiedy na scenę wjechał pieczony prosiak – prezent dla wszystkich rekonstruktorów. Mój jeszcze-nie-narzeczony zamiast ucieszyć się z darmowego poczęstunku… Jeszcze bardziej się zdenerwował.
W końcu (chyba po raz 5 tego wieczora!) wybrał się toalety. Znudzona, gapiłam się w telefon, kiedy usłyszałam z głośników "Jagoda P. proszona na scenę, Jagoda P. proszona na scenę". Oj – chyba to o mnie chodzi?
Przy mikrofonie stał G. I się stało – poryczałam się przy wszystkich gościach, kiedy klęknął, wyjmując pierścionek i NIE zadał mi pytania, a ja tylko nerwowo pokiwałam głową. Tak oto zaręczyliśmy się po drugi, tym razem bez słów, za to ze świadkami. Jeszcze taniec do "Moonriver" zagranego dla nas i narzeczony zawinął mnie do wojskowego dodge’a, którym znajomy (wśród aplauzu ludzi na deptaku) wywiózł nas na plażę. Tam spędziliśmy resztę wieczora, sami, z szampanem.
Później okazało się, że całą sytuację nakręciła ekipa z Canal Plus Discovery, która robiła reportaż z całego tygodnia rekonstrukcji – to oni ciągle wydzwaniali do G., bo dowiedzieli się o całym planie od jego dowódcy. W rezultacie zajęliśmy prawie dwie minuty czasu ekranowego ;) Ale mamy niesamowitą pamiątkę. 

A teraz już ponad połowa "zaręczonego" czasu za nami! Nigdy się nie spodziewałam, że tak się zakręcę na temat ślubu, zacznę przeglądać tyle inspiracji, tyle blogów i forumowych dyskusji. Całe życie myślałam o sobie jako anty-tradycjonalistce, a romantyczne oświadczyny z pompą mnie śmieszyły. Chyba po prostu musiałam poznać odpowiednio zakręconego faceta ;)

Do tej pory wszystko idzie nam sprawnie i zgodnie – sala na około 70 osób, w klimacie ludowym (tylko taki wchodził w grę!), DJ (już raz bawiliśmy się na weselu, które prowadził, bardzo nam się podobało), ekipę kamerzystów (uwielbiam teledyski ślubne PANDAfilms dłużej, niż jestem narzeczoną!) i fotografa, wstępnie wpisaliśmy się na termin w kościele, poprosiliśmy o obecność nasz chór oraz znajomego organistę, rozdaliśmy części przyszłych gości własnoręcznie wydrukowane "save the date". Na "Svtd" (lubię dodawać to "v", żeby skrót nie był taki sam jak od chorób intymnych ;) ) widniało logo, które zaprojektowałam w pocie czoła, miało widnieć też na zaproszeniach i generalnie być motywem przewodnim. Miało być… Ale zapomniałam o kopii zapasowej, a padł nam dysk w komputerze. Będę musiała przysiąść jeszcze raz.
Oboje uwielbiamy kręcić sceny z codziennego życia, mamy sporo filmików z najbanalniejszych sytuacji, jak malowanie ścian czy nocne wyżeranie z lodówki ;), więc reportaż z dnia ślubu to była pierwsza rzecz po zarezerwowaniu sali, którą załatwiliśmy – niepoprawnie, nawet kamerzyści się zdziwili, że rozmawiając z nimi nie mieliśmy jeszcze nawet na oku żadnego fotografa.

Jeszcze tyle przed nami… Ale chyba będziemy stosować metodę małych kroków – jedno zadanie na daną chwilę. Póki co ja szukam sukienki, a razem musimy zorganizować hotel dla gości (niestety nasza sala nie oferuje ani jednego noclegu). W dalszej kolejności pewnie kursy przedmałżeńskie.

Myślę, że to wystarczająco długi wstęp do Waszej ze mną znajomości, kto wie, ile z Was przeczytało tekst do końca ;) Obiecuję, że za miesiąc napiszę więcej o samej organizacji wesela :)

wtorek, 19 lipca 2016

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Aleksandra

Historia Aleksandry:

Wszystko zaczęło się pewnego wrześniowego poranka, gdy Mój Kamil postanowił ogłuszyć mnie pierścionkiem :D. Jak każda NORMALNA kobieta oczekiwałam romantycznych oświadczyn pełnych magicznej atmosfery z nutą niespodzianki... nie da się ukryć, efekt zaskoczenia mu wyszedł. Kamil postanowił wrócić ze Szwecji na jeden weekend (akurat ten, w którym wypadały moje urodziny). Ja niczego nieświadoma... Godzina 6 rano, ktoś dobija się do drzwi, z miną ''wkurzonego indora'' poszłam otworzyć... Wszystko trwało parę sekund – On bierze mnie na ręce, zanosi do sypialni i... jak mną na łóżko nie rzuci! -.- z tekstem: ''Nadal chcesz być moją żoną?''. Ja oczywiście: ''No tak!''... Zaczynamy się migdalić, gdy nagle blondynce zderzają się tic tac'i w mózgu i wypala: ''Czy Ty mi się właśnie oświadczyłeś?''. Na to On z fochem:
''Yyy to nie zrozumiałaś?!'' (Kamil ). Potem pojechaliśmy wybrać pierścionek. Dał mi do wyboru 3, a następnie wygonił mnie ze sklepu... Wybrał najładniejszy i INNY, ma czarne serduszko i do połowy brylanciki, jest z białego złota :D

Dlaczego zaczęłam od zaręczyn? Bo później było tylko gorzej... Przygotowania były długie, pełne nerwów i spięć z Jego rodzicami (dzięki teściowej schudłam 11 kg). Ale były też miłe momenty np. szukanie sukni czy wspólne robienie dekoracji z Mamą i siostrą. Od początku Kamil dał mi wolną rękę zaznaczając, że będzie mnie wspierał i w razie potrzeby, żebym wyznaczyła mu jakieś bojowe zadanie. Pomysły na wesele zmieniały się nam codziennie po kilka razy: od lat 50 po boho. Wtedy odkryłam tego bloga :D i inne ślubne strony i fora :D Byłam taka zielona w sprawach ślubu, że nawet nie wiedziałam na co komu kolor przewodni albo próbne fryzury. W końcu uzgodniliśmy: Rustykalny Vintage xD z kolorem dominującym miętowym :)

Gdy wydawało się, że już będzie z górki, nagle zaczął wiać wiatr w oczy, a los rzucał kłody pod nogi... Ze znalezieniem lokalu nie było łatwo. Ja uparłam się na Nałęczów (stamtąd pochodzę). Pierwsze miejsce odpowiadało wszystkim naszym wymaganiom, zarówno estetycznym, jak i cenowym, niestety Babcia – tajny agent do zadań specjalnych- zasięgnęła języka i dowiedziała się, że lokal ma bardzo złą opinię i kiepskie jedzenie... Szukaliśmy dalej... gdy znajomy podrzucił mi Zajazd Jan - dość młody lokal stylizowany na góralską chatę, z cudownym synem właściciela Jarkiem - i to okazał się strzał w 10 ! Potem wzięliśmy udział w konkursie ''Fotobudka za złotówkę'', który wygraliśmy :D Od początku mieliśmy określony budżet i nie mogliśmy pozwolić sobie na tyle atrakcji, ile byśmy chcieli, dlatego szukałam innych sposobów na zorganizowanie gościom zabawy. Dobra, bo zbaczam z tematu :P

W piątek (dzień przed weselem) pojechaliśmy dekorować salę i co ważne uczyć się tańca :D. Niestety dwóch ''tancerzy'' zrobiło nas w bambuko i zostaliśmy z połową niedokończonego układu... Ja w przypływie złości i rozpaczy stwierdziłam, że wyjdziemy i zatańczymy kaczuszki... Na szczęście czuwała nad nami Ania (starsza druhna) i wieczór przed weselem uczyliśmy się choreografii z YT + ''Kamil wymyśl coś sam''.

Dzień Ślubu był bardzo słoneczny i ciepły. Nietypowe było miejsce, z którego wychodziliśmy, ponieważ to nie były nasze rodzinne domy, lecz pensjonat Łubinowe Wzgórze, w którym wynajmowaliśmy 5 pokoi i chatę nad wąwozem dla naszych najbliższych. Kolejną rzeczą nietypową/niepoprawną była nasza świta 3 druhny i 3 drużbów. Na Łubinowym mieliśmy także szybką sesję i tam również błogosławieństwo. Ci którzy mnie znają, wiedzą, że ze mną nigdy nie jest ''łatwo i prosto'', a co dopiero normalnie :D Pierwsze problemy zaczęły się przed samym wyjazdem do kościoła, kiedy to się okazało, że nasz zabytkowy samochód nie może podjechać pod pensjonat, bo wzniesie, na którym Łubinowe się znajduje jest pod dużym kątem nachylenia i nie ma takiej siły, żeby Aston wjechał o własnych siłach :D Na szczęście jakimś cudem się udało.
Fotograf (zresztą znajomy) nie mógł ze mną wytrzymać, gdyż przez słońce cały czas marszczyłam czoło, więc Przemek (fotograf) dawał mi dyskretne znaki (nawet w kościele), żebym tego nie robiła – wyobraźcie sobie fotografa, który stoi przy ołtarzu i puka się w czoło :D (to był ten dyskretny znak) lub hasło: ''teraz radość'' – no i nie dało się nie uśmiechnąć. W drodze do kościoła wpadłam w panikę, ale Starsza trzymała rękę na pulsie i wyjęła z torebki setę malinówki, więc kolejka ''na odwagę''.

Do ołtarza prowadził mnie Tata, a przed nami szły 3 moje małe kuzynki, najstarsza trzymała poduszkę z obrączkami uszytą przez moją Mamę (przez niektórych było to odebrane jako szopka). Kolejną gafą jaką popełniłam było zbyt szybkie oddanie swojego bukietu Starszej. Wiedziałam, że w którymś momencie mam jej go oddać, więc zrobiłam to na początku mszy, bo po co mam mieć zajęte ręce. Jednym z lepszych momentów ślubu była komunia... Nie jestem miłośniczką wina, a wytrawnego to już w ogóle, moja mina po przechyleniu kielicha została złapana przez fotografa. No i nadszedł moment przysięgi... Zaczyna On. Spokojnie, powoli i wyraźnie, patrzy na mnie tymi brązowymi ślepiami, uśmiecha się... a ja co? A ja w płacz... i zaraz wybucham śmiechem (bo rozśmieszył mnie ten płacz). Nadchodzi moja kolej: ''Ja Aleksandra... (tu długa chwila ciszy) potrzebuję minutkę'', znowu w płacz i śmiech jednocześnie... W końcu  ksiądz nie wytrzymał, i cały kościół w śmiech.

Wychodząc z kościoła moja Mama czekała z niespodzianką... Wiedziałam, że będą czymś w nas rzucać, psychicznie byłam nastawiona na tuby itd. Gdy zza murów wyłoniły się dwa Anioły na szczudłach sypiące na nas z góry piórkami i pieniążkami... no ja oczywiście się popłakałam. Co było nietypowego? Może to, że nie chcieliśmy kasy czy lotto, nie zbieraliśmy też na szczytne cele... chcieliśmy od naszych gości dostać ''coś co umili wspólne chwile'' - dostaliśmy gry planszowe (erotyczne też się zdarzyły :D).
 

Nie znam wierszyków i zabobonów weselnych, więc gdy moja Mama podeszła do nas z chlebem, solą i kieliszkami ''Co wybierasz?'', na to ja: ''Pana Młodego, chleba i soli dorobimy się powoli''. Stres nas nie opuszczał, bo przed nami jeszcze był pierwszy taniec... Szło nam całkiem nieźle dopóki Kamil nie zapomniał mnie podnieść... Tańczyliśmy na luzie, bez spiny. To nic, że zapomnieliśmy kroków, a Jarek odpowiedzialny z tubę z płatkami róż nie mógł jej odpalić i udało mu się to dopiero pod koniec układu. Jedzenie było pyszne, ale słyszałam tylko z opowiadań, bo zjadłam bardzo niewiele... nie było na to czasu.

Zespół zasługuje na osobny akapit. Zdaję sobie sprawę, że Każda będzie chwaliła ''Swój Wielki Dzień'', ale Kasia, Jarek i Przemek dawali czadu! Rozkręcili całe wesele, nikt nie siedział! Grali głównie rock&roll'a, swinga, twista (lata 50, 60) kilka piosenek disco-polo, trochę też lat 80, każdy znalazł coś dla siebie. Rozruszali także stoły. A największym prezentem jaki od nich otrzymaliśmy była możliwość zaśpiewania przez Starszą I have nothing (moja ulubiona piosenka w wykonaniu Ani). Nietypowym był mój taniec z Tatą przy jego ukochanej piosence Metallica – ''Nothing Else Metters'' ( wyobraźcie sobie reakcje wszystkich młodych gości, którzy znają na pamięć ten kawałek i chór 20 chłopa, który to śpiewa i my pośrodku sali z Tatą bujający się w rytm).

Podziękowań dla rodziców jako takich nie było. Przy piosence z czołówki ''Przyjaciół'' ''I'll be there for you'' wręczyliśmy im fotoksiążki z naszą historią i doniczki wiklinowe wiszące z łakociami oraz alkoholem. A następnie tańczyliśmy w kółeczku (czego bardzo chciałam uniknąć, bo po to był taniec z Tatą, żeby nie tańczyć z rodzicami... ale cóż, teściowa zaczęła). Za to były podziękowania dla gości w formie słoiczka z miodem. I tu kolejna nietypowa sprawa – na Naszym Weselu NIE BYŁO ciasta. Ani na stole, ani dla gości do domu... Był za to Candy Bar. O dziwo nawet starsze ciocie były tym rozwiązaniem zachwycone.

Nietypowy był bilard na sali do tańczenia – wymysł mojego (już) Męża- zarówno On, jak i goście byli szczęśliwi. Wesele nie obyło się bez ofiar, jedna z moich koleżanek złamała najmniejszy palec u ręki.
 

Oczepiny: welonem nie rzucałam, bo nie miałam... Zamiast tego kręciłam się jak wskazówka zegara z bukietem w dłoni (który też był nietypowy, bo z sukulentów i gipsówki, ważył 2 kg) ''na kogo wypadnie na tego bęc'' (za pierwszym razem padło na fotografa :D). Kamil rzucał muszką. Mieliśmy dwie zabawy: test zgodności oraz 2 drużyny, a zadaniem było wypić kielicha w kasku, zakręcić się 10 razy dookoła pałeczki, dobiec i uderzyć w bębenek, oczywiście na czas. Zbieraliśmy też na wózek.
 

Nietypowy był również tort. Podany o 22, co zdziwiło niektórych gości. Oraz jego forma: miętowy z kawałkami czekolady Naked Cake z owocami sezonowymi... Coś pysznego!
Wesele było wspaniałe, goście chwalą sobie do dzisiaj, zwłaszcza atmosferę na sali i klimat dekoracji. Poprawin nie robiliśmy... W sumie to był grill dla najbliższych, na którym Starszy polał wszystkim przez przypadek wodę (wziął butelkę Młodych), żeby było zabawniej jeszcze nam śpiewali ''Gorzka wódka'', każdy przechylił, każdy się skrzywił... Na to jeden najbardziej wstawiony krzyczy: ''Toście wódkę posłodzili, aż się w wodę zamieniła!''.

Moja Rada: Pewnie oryginalna nie będę, ale chłońcie ten dzień jak najbardziej się da, bo mija bardzo szybko! I nie przejmujcie się opiniami innych, róbcie tak jak Wam podpowiada serce. I serio nie ma co się stresować tak, jak w moim przypadku relacjami z teściami, bo w końcu nie będę żyć z nimi tylko z Kamilem. I nie da się wszystkim dogodzić... Zawsze się znajdzie jakaś ''serdeczna'' osoba, której nie będzie nic pasowało. Nie jesteśmy słoikiem Nutelli, żeby wszystkich uszczęśliwić!! TO WY JESTEŚCIE NAJWAŻNIEJSZE i dajcie sobie więcej luzu i swobody ;) Pierwszy taniec nie musi być wyuczony do perfekcji ;) Świat się nie zawali  jak coś pójdzie nie tak. Chociaż życzę Wam, żeby marzenia o tym Najważniejszym Dniu w całości się spełniły :)

Suknia: Gala Keira z Salonu Demi w Lublinie

Garnitur: Prochnik
Biżuteria: robiona ręcznie przez Annę Żelechowską, Ani Mruu
Wianek: ZastyglaNatura
Bukiety: Passja-Flora Pracownia Florystyczna
Zespół: Zespół Kalifornia
Sala: Zajazd Jan
Pokoje: Łubinowe Wzgórze 

Atrakcje: Anioły na szczudłach
Obrączki: SAVICKI 

Samochód do ślubu: Aston Martin pożyczony od Pana Tadeusza Kęski ;)
Dekoracje by Mama Renia and siostra Kinia, no i jak zawsze skromna JA :D


Fotograf: Przemysław Arkadiusz, Semimatt

































Więcej zdjęć znajdziecie tu.

Kilka słów od NPM:
Olę poznałam na naszej ŚWGW, jako najbardziej pozytywną i zakręconą Pannę Młodą, a przy okazji świetnego grupowego rozładowywacza negatywnej energii :) Bo nikt tak jak ona nie podchodził do wszystkiego z radością wymieszaną z luzem i zdrowym dystansem - takim, którego każdy mógłby jej zazdrościć. I tego też spodziewam się po jej ślubie. Przy lekturze pierwszej relacji Oli chciało mi się płakać ze śmiechu... cofnij, "z radości" :) Takiej, która notorycznie towarzyszy mi przy czytaniu niektórych fragmentów (ta przysięga ❤).
Powinnam Wam napisać jak bardzo zachwyca mnie talia Oli, jak genialny był jej bukiet (i pomysł na zasadzenie jego sukulentów po ślubie!), jak świetną reklamą dla tańca z tatą jest jej taniec, ale... chciałabym, aby najbardziej do wszystkich dotarły jej rady i poczucie, że spontaniczność i luz tworzą najlepsze wspomnienia :)