poniedziałek, 26 stycznia 2015

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Maria

Historia Marysi: 

Od czego by tu zacząć… Może od naszej postawionej na głowie historii, która od początku zaczęła się od tradycyjnego końca ;) Najpierw byliśmy „MY” zakochani potajemnie na „rodzinnym” rejsie mazurskim (nasze mamy przyjaźnią się od 40 lat). Po trzech latach na świecie pojawiła się nasza córka, Róża (23.06.2010 – dzień taty), dwa lata później ślub cywilny (26.05.2012 – dzień mamy), ślub kościelny planowaliśmy na dzień dziecka 2014, ale ze względów organizacyjnych – 21.06.2014 i też fajnie - blisko nocy świętojańskiej… I tu się zaczęło… burza mózgów wśród zakręconych najbliższych - noc kupały, karczma, krajobraz, może jakaś woda? Wianki!!! Zaczęło być „niepoprawnie” ;) Ale w podpunktach, tak jak to mi się spodobało u jednej z NPM.
Zresztą u nas niepoprawność płynie we krwi – ślub cywilny zorganizowaliśmy w stylu lat 20. – każdy z gości był w stroju z epoki z cudownymi rekwizytami!

Przygoda z FolkDesign, czyli podróże pod samiuśkie Tatry:
Wiedzieliśmy, że to będzie góralskie wesele. Darek pochodzi z Żywca, cała jego rodzina związana od pokoleń z górami, nasz temperament – tak musiało być, nie inaczej. Zaczęłam szukać sukni, we wszystkich czułam się źle, „księżniczkowato”, choćby nie wiem jak swobodne były. Czułam się w nich jak w przebraniu, jakbym przebierała się za księżniczkę, a przecież nią nie jestem! Szukając inspiracji w internecie trafiłam na twórczość pani Anety Larysy Knap, która po pierwszej wizycie w jej studiu skradła mi serce. Wiedziałam, że to ona zaprojektuje moją wymarzoną suknię ślubną, oj ona również jest bardzo „niepoprawna” :) w najlepszym znaczeniu tego słowa. Przymierzając przykładowy gorset uszyty „z chusty góralskiej” poczułam, że to to: wygodnie!, elegancko, z pazurem! Do tego koszula z akcentami dla PM… A uszyciem spódniczki w stylu Cleo ;) dla Róży zajęła się Babcia.

Jak wyglądał ten dzień:
Przygotowania: Mieszkamy w jednym domu z Teściami, więc ja ubierałam się u nas w mieszkaniu na dole, Mąż na górze. Róża biegała między nami ;) Przyjechał kamerzysta, przyjechał fotograf z żoną (serdeczni przyjaciele, z żoną Magdą znamy się od mazurskiej „piaskownicy”) - było wesoło, bez stresu i na luzie. Cieszyłam się, że wszystkie bliskie mi osoby są obok mnie, razem. Magda miała jasną sukienkę, tak jak moje druhny (które w domyśle miały być mężatkami jak ja ;)), więc się jej zapytałam czy chce być kolejną druhną, a ona: „Oczywiście!” i tak z łapanki, ale bardzo serdecznie stanęła tego dnia jeszcze bliżej mnie :) Wesoła atmosfera udzieliła się mojej przyjaciółce, która zawsze jest na bakier ze wszystkimi „kobiecymi upiększankami” i spytała mnie, będącą już w sukni ślubnej, czy jak zwykle pomaluję jej paznokcie na czarno :P Nietypowe było moje „pojawienie się”, czyli nasz spotkanie. Poprosiliśmy, aby wszyscy już się zebrali w pokoju u Rodziców na błogosławieństwo, a Darek poszedł do mnie sam. To był cudowny moment, intymny, tylko dla nas. W tym szybkim, zagonionym dniu mieliśmy się tylko dla siebie, polecam to wszystkim NPM… I tak razem weszliśmy na piętro błogosławić się. Kapela góralska przygrywała, zebrała się najbliższa rodzina i tu nie było niepoprawnie, ale tradycyjnie, wzruszająco.
Jazda! do ślubu: Mieliśmy do wyboru wśród najbliższej rodziny kilka limuzyn, ale stwierdziliśmy, że nie ważne czym do ślubu, ale z kim! Tak więc poprosiliśmy Rodziców o udostępnienie wygodnego auta, a za kierowców poprosiliśmy naszych serdecznych kompanów, największe ładunki humorystyczne w zasięgu ręki – siostrę Asię i szwagra Kubę. Wesoła atmosfera była kontynuowana całą drogę do kościoła, rozbawili nas, rozluźnili – w szczególności specjalnie dla nas wyselekcjonowaną muzyką na ten dzień ;)
Kościół: Mały, drewniany kościółek w Lalikach, nie potrzebujący żadnych ozdób,  w którym ksiądz Proboszcz nie robi problemu, aby kazanie prowadził inny kapłan.
Ksiądz Karol: Brat przyjaciół, byliśmy na ich ślubie, którego udzielał im właśnie on i całą mszę, po raz pierwszy w życiu mieliśmy uśmiech na twarzy i łzy w oczach :) Ksiądz Karol tydzień przed ślubem zadzwonił, że nasz ślub koliduje mu z wycieczką oazy, którą prowadzi, ale że chętnie zmienią destynacje na nasze góry, jeśli tylko wszyscy, 30 osób będą mogli przyjść  na mszę! My oczywiście na to z zaskoczeniem, rozbawieni: „Ok!”. Ksiądz zszedł z ekipą prosto z gór, w traperach, z plecakiem, poprosił o chwilę i przygotował się do mszy. Jeszcze przed rozpoczęciem mszy Ksiądz wygłosił wstęp bardzo wesoły, wprowadzający miłą atmosferę. Całą mszę mówił do nas, patrząc nam w oczy, uśmiechając się do nas i do Róży – cudownie! Dwa razy były oklaski, wszyscy w kościele uśmiechnięci od ucha do ucha. Ksiądz natchnął nas miłością i radością, zabawą w tym dniu – już w kościele! Na koniec oaza zaśpiewała nam pieśń w ramach prezentu, a my odwdzięczyliśmy wielkim pudłem swojskich drożdżówek.
Sala: Karczma oczywiście, Koniaków. Wszystko osadzone nie tyle co w góralskich klimatach, ale w krajobrazie tak bardzo dla mnie ważnym. Za każdym razem, gdy jeździliśmy do Koniakowa cieszyłam się, że będę mogła moim gościom z całej Polski pokazać w jak pięknych okolicznościach przyrody przyszło mi za-mąż-pójść (Mąż jest z Żywca). Dlaczego karczma? Przepyszne jedzenie, a wszyscy z rodziny, przyjaciół są smakoszami, przytulny klimat, nastrój, światło, ciepło. Jedynym przystrojeniem sali oprócz bukietów byliśmy my – wszystkie dziewczęta noszące wianki z polnych kwiatów.
Pierwszy taniec: Chcieliśmy oczywiście coś w naszym stylu, coś szalonego, coś naszego. Rękami i nogami broniliśmy się przed naukami i liczeniem kroków, jednak na kilka lekcji poszliśmy, ale kroków nie liczyliśmy ;) Za wszelką cenę chcieliśmy, aby muzyka cała od a do z była na żywo, tak więc poprosiliśmy nasz zespół, aby stworzył nam nasz mix: najpierw powolny taniec do "Ty i Tylko Ty" Golców a potem… „Bo jo cię kochom”. Tak więc do końca nie wiedzieliśmy jak to będzie brzmieć, na próbie nie byliśmy, bo po co się stresować, zaufałam PM, który prowadzi doskonale i zatańczyliśmy po prostu, po swojemu. Pod koniec utworu rozeszliśmy się i wzięliśmy do tańca następną parę – właśnie siostrę PM i jej przyszłego męża, którzy miesiąc po nas mieli mieć ślub. Takie było to przekazanie pałeczki ;) A oni wzięli do tańca następnych i następnych…  i w ten sposób zaraz przy drugiej piosence parkiet był cały zapełniony. Zespół później nam powiedział: „Po pierwszym secie, jak zobaczyliśmy jak się bawicie, wiedzieliśmy, że przed 5 nie zejdziemy.”.
Zabawa: Była nie do opisania, co chwilę zerkając, nikogo nie było przy stołach, parkiet pełen, cudowna zasługa zespołu Whisky, naprawdę ukłony dla nich. Zabawa o tyle była „do bólu”, że te dwie rodziny bardzo dobrze się znały, wszyscy wujkowie, ciocie kuzyni z obu stron spędziły ze sobą całe dzieciństwa, tak więc każdy się znał. Nawet młode pokolenie – naszych przyjaciół poprzez organizowane przez nas spotkania, narty, rejsy mazurskie, znajomi z całej Polski, z różnych środowisk, a też się znali :) Wydaję nam się, że goście bawili się naprawdę dobrze, bo nikt nam nie dawał wiary, że po ślubie cywilnym będziemy pragnęli jeszcze kościelnego :) Brakowała tylko zabaw… oj… to było niepoprawne, ale większość mówi, że po prostu nie było czasu, taka muzyka, takie tańce! Jeden z gości, zawodowy muzyk zrobił nam niespodziankę i zagrał na trąbce z zespołem. Dla nich i dla nas był to wielki zaszczyt i niesamowita moc blusowych kawałków!! Dzieci praktycznie zniknęły z wesela za sprawą urządzonego na strychu figlo-raju. Trochę tego żałujemy, bo nie było ich wśród nas, nie widać ich na zdjęciach, ale Róża mówi, że było najlepiej ;) Ufff… dobrze, że był kamerzysta i jest nagranie, aby zobaczyła, że wesele naprawdę było!
Honorowymi gości na weselu byli moi: Babcia i Dziadziu, którzy są ze sobą do dziś…. Od 70 lat. Cieszymy się, że w ten dzień ich wzruszyliśmy, uradowaliśmy i rozbawiliśmy, dodaliśmy sił na wiele, wiele lat :) 

Niepoprawne, nietypowe były:
- niepoprawny Ksiądz: zszedł z szlaku z całą oazą, aby dać na ślub, tak po prostu z plecakiem, w butach trekkingowych, w których nadal odprawiał mszę ;)
- nasze kolorowe stroje
- pani, która wiła wianki dla dziewcząt podczas wesela
- kwiaty: nie, nie z kwiaciarni – jak na swojskie wesele przystało „same żeśmy zrobiły”,  kwiaty pochodziły z ogródka mamy i babci i „zza płota”, czyli od serdecznej sąsiadki – pozwoliła wykosić nam całą łąkę rumianków, chabrów i dwa krzewy hortensji!!
- nie było zwiastowania NPM Panu Młodemu przy wszystkich gościach, ale sami, w dwoje, czule i intymnie:) za ten pomysł PM jest wdzięczny do dziś :)
- druhnami były także mężatki – tak jak ja ;)
- na stołach nie było maślanych tortów, przekładańców, ale swojskie wypieki. Goście na koniec zabawy otrzymywali torebki ze swojskim drożdżówkami.
- wódka: wcale nie z najwyższej półki, ale przetestowana, wyselekcjonowana przez panów z rodziny… dla mnie: wódka jak wódka, ale z parzenicą, czyli wzorem góralskim będącym motywem przewodnim na wykonanych przeze mnie zaproszeniach, winietkach itp.
- jazda do ślubu: nie ważne CZYM, ale ważne z KIM
- plener: nie chcieliśmy wyjątkowo pozowanych zdjęć w przypadkowy dzień „po”, chcieliśmy zatrzymać chwilę, tu i teraz. Wyszliśmy ponad karczmę ok. 10 minut i tam w ciągu pół godziny uwieczniliśmy ten szczęśliwy dzień.

Rady dla przyszłych NPM:
W ślad za poprzedniczką, Magdaleną: Nie konsultujcie swych pomysłów ze zbyt dużą liczbą osób, idźcie za głosem serca, bo tyko to co z niego szczerze wypływa będzie wartościowe, godne zapamiętania. Wszystkie niuanse ślubne, stereotypy, tradycje nie są nic warte jeśli nie są WASZE. I tak ja u Magdaleny: najbardziej się podobało Babci (l.91) i Dziadziowi (l.94) i ich aprobata przekreśliła wszystkie moje zmartwienia na temat odbioru NASZYCH pomysłów. 






























Zdjęcia: Nanopixel fotografia Piotr Bałdys
Stroje Pary Młodej: Folk Design Aneta Larysa Knap 

Kilka zdań od NPM:
FolkDesign? Wspominałam wtedy, prawdopodobnie, także o męskich koszulach. I ta koszula Pana Młodego jest moim ideałem!
Druhna z łapanki, ksiądz, który dopiero co zszedł z gór, piosenka od oazy, podejście do pierwszego tańca ("tak więc do końca nie wiedzieliśmy jak to będzie brzmieć, na próbie nie byliśmy, bo po co się stresować") - idealne. Ale chyba nic nie przebije pani, która wiła wianki. Pomysł genialny, jedna z najlepszych "atrakcji weselnych" jakie mogę sobie wyobrazić i sama chętnie taką panią bym zatrudniła!

piątek, 23 stycznia 2015

4 miesiące do ślubu, czyli... wesele nieidealne

weddbook
Kompletnie w głowie mi się nie mieści, że istnieją na świecie ludzie, którzy mają idealne wesela. To jest w ogóle wykonalne? Bo ja, na 4 miesiące przed, mam wrażenie, że coraz więcej spraw zamiast wyglądać "ok", wygląda kiepsko...

Tu nawet nie trzeba czepiać się tego, że na coś budżet nie pozwoli lub zakup czegoś to prawdziwy koszmar (czyt. zakup sukni ślubnej). Tu wystarczy nic nie robić i czekać na to co zgotuje los.
Chciałam mieć druhny? Przyznam, że w życiu nie spodziewałam się, że na cztery dziewczyny tylko dwie mogą mieć możliwość uczestnictwa w ceremonii, a tylko jedna będzie miała głowę wolną od problemów (cóż, ma 16 lat). Hitem hitów jest fakt, że można w godzinach popołudniowych,  w normalnym LO, zdawać maturę w sobotę ;) 
Zamiast, jak standardowi ludzie w naszym wieku przygotowujący się do ślubu, jeździć po weselach, to jeździmy po pogrzebach. Ze świadomością, że nawet jeśli nie umiera nam nikt najbliższy, to i tak połowę rodziny będziemy mieć na weselu w żałobie.

Czasem "rączki opadają". I na irytację mam jedno lekarstwo o którym czasem zapominam. Niepoprawność.
Są tu osoby, które były ze mną na samiutkim początku, jeszcze tylko na fanpage'u? Pierwsze słowo brzmiało inaczej, mniej poprawnie. Bo to wcale nie miała być kreatywna, oryginalna, nietypowa Panna Młoda... Ona miała być (i jest, choć to nie każdy widzi) zagubiona i beznadziejna w swojej roli ;) Miała mieć cechy, z których nie da się być dumnym, ale które pozwalają spokojnie oddychać, nawet, gdy coś się wali na głowę. Bo w końcu nie jest idealna, a nawet więcej: nie jest poprawna.

Zerkając, z chęcią przerażenia się, na punkty z harmonogramu:

4 miesiące przed ślubem warto: 
- zacząć przygotowywać wszystkie niezbędne dokumenty (większość ważna (najczęściej) jest tylko 3 miesiące),
- ustalić wygląd oczepin,
- przygotować się do podróży poślubnej: kupić bilety lotnicze, zarezerwować noclegi itp.,
- dopracować listę prezentów ślubnych, 
- rozpocząć zapraszanie gości.

Dobrze jest podróż poślubną planować najwcześniej na listopad i czekać na tanie loty jeszcze przez kilka miesięcy. Dobrze nie chcieć mieć listy prezentów. Dobrze mieć poczucie, że ma się czas na dokumenty i zapraszanie ;)
I zdecydowanie niedobrze wymyślać oczepiny bez oczepin i nadrabiać zaległości z poprzednich miesięcy ;)

czwartek, 22 stycznia 2015

Niespodzianka dla Pary Młodej

Para Młoda, a z pewnością jej żeńska połowa, to prawdziwy ekspert od dnia swojego ślubu. Ma zaplanowany każdy detal, wie co, kiedy i o której. Idealnie? Dla perfekcjonistów i lubiących mieć palec na pulsie - zdecydowanie tak. Ale... Czy nie miło byłoby, gdyby ktoś nas zaskoczył?
Mnie by było, więc wyjdę z założenia, że Wam też :D

Od gości weselnych oczekuje się kilku rzeczy. Z założenia powinni: być obecni, dobrze wyglądać, dobrze się bawić, dobrze życzyć Młodej Parze i dać upominek. Dużo i mało zarazem.
Mam jednak wrażenie, że zawsze można więcej. I warto, gdy ma się głowę pełną pomysłów lub chęci do ich znalezienia i czuje się kimś ważnym dla Pary Młodej.

Co może być niespodzianką?


Widzieliście już ten teledysk? Jeśli nie, to najprawdopodobniej przeglądacie za mało ślubnych fanpage'y ;)
Niespodzianka, którą mam na myśli polega niemal dokładnie na tym. To coś co można ofiarować Parze Młodej w trakcie wesela, jakiś jego malutki kawałek, który będzie przeznaczony i zaaranżowany tylko dla nich i kompletnie nie będą się tego spodziewać.
W Polsce popularne jest dedykowanie piosenek - "każdy każdemu, aby każdemu było miło". Miłe, ale jednak wyjątkowo... zwyczajne.
Jak zrobić to inaczej?
Dowolność, kreatywność i własne talenty są tu mile widziane. Można zrobić coś samodzielnie lub zatrudnić specjalistów.
Wynająć tancerzy (od tańca towarzyskiego, przez zumbę z nauką tańca dla Pary Młodej i gości, po taniec z ogniem), zaprosić karykaturzystę, zorganizować balony do wypuszczenia, fajerwerki, teatr ognia, anioły na szczudłach, pokaz iluzjonisty, malowanie piaskiem... Dobre będzie wszystko co mieści się w szeroko pojętych "atrakcjach weselnych", także tych nietypowych.


Wszystkie wymienione pomysły, jeśli nie specjalizujemy się w którejś ze sztuk i nie mamy bliskich znajomych (lub znajomych znajomych), którzy byliby w stanie za drobne wynagrodzenie pomóc, niestety kosztują. To nie problem, to wyzwanie! Wystarczy poszukać u siebie talentu i go wykorzystać :)
Jak? Nie masz problemu z wystąpieniami publicznymi i potrafisz poruszająco dobierać słowa? Przemów! Chcesz się wesprzeć filmem lub prezentacją ze wspomnieniami, cytatami i pokazem zdjęć? Proszę bardzo. Potrafisz grać na jakimś instrumencie lub śpiewać? Rewelacja!

O czym pamiętać organizując niespodziankę?
Koniecznie bardzo dobrze znaj Parę Młodą, której chcesz sprawić niespodziankę. Musisz mieć pewność, że wybrana przez Ciebie atrakcja trafi w ich gust i będzie zgodna z ich podejściem do życia (np. nie każdy będzie zwolennikiem puszczania lampionów, które być może wg niego zaśmiecają otoczenie). Słuchaj ich uważnie, zwracaj uwagę na to jakie atrakcje mają, jakie planują mieć i które chcieliby, ale np. budżet na nie nie pozwala.
Jeśli wiesz już co zorganizujesz, teraz pytanie brzmi: kiedy? Możesz wszystko zachować w tajemnicy, doskonale znać program wesela  i wybrać sobie moment w którym niespodzianka nie pokrzyżuje scenariusza imprezy ułożonego przez świeżo upieczonych małżonków. Zawsze, jeśli nie masz potrzeby się kryć ze swoimi planami, możesz zapytać kiedy będzie najlepszy moment na "wzniesienie małego toastu" ;)

Na koniec, pomimo mojego początkowego założenia, mam do Was pytanie: 
Co sądzicie o takich weselnych niespodziankach? Podobałyby się Wam? A może wręcz przeciwnie, bałybyście się, że popsują Wam scenariusz i/lub wizję wesela?

środa, 21 stycznia 2015

Babcia, dziadek i najstarsze pokolenie na weselu

Andrew Mark Photography / bridalmusings
Najczęściej organizując wesele zastanawiamy się o tym jakie atrakcje zapewnić dzieciom, co zrobić z "trudną" młodzieżą, a pomijamy starsze pokolenia. I tak, jak jeszcze w tym momencie mogłaby wszystkich między 20 a 65 rokiem życia wrzucić do jednego worka, tak ci najstarsi zasługują na odrobinę więcej uwagi i zastanowienia: "Jak im, często jednym z najważniejszych gości, będzie najwygodniej?".

Bardzo często zastanawiając się nad rolą i miejscem starszych gości na weselu ograniczamy się do miejsca ich usadzenia. Ma być wygodnie, nie za blisko i niezbyt daleko od parkietu, czasem z odpowiednia dietą i w gronie dobrze znanych osób. U mnie problem mama rozwiązuje jednym zdaniem: "Dziadziusia sadzamy obok babci, a babcię... gdziekolwiek, bo babcia będzie się czuła dobrze z każdym, a każdy z nią." ;)

O czym warto pomyśleć, gdy zapraszamy na swój ślub i wesele starszych gości?

1. Miejsce przy stole
Wygodne, w niektórych przypadkach dostosowane do specyficznych potrzeb osoby. Na tyle blisko parkietu, żeby mogli zerkać na to co się na nim dzieje i na tyle daleko, aby nie przeszkadzała im głośna muzyka. W razie problemów z decyzją o usadzeniu polecam zastosować się do "lepiej dalej niż bliżej, przy parkiecie zawsze można ustawić ławkę dla chcących przyglądać się tańczącym".

2. Menu
Nie każda starsza osoba może jeść to co standardowy gość. Warto się upewnić czy nikt z naszych gości nie jest na specjalnej, być może tymczasowej, diecie (i dotyczy to nie tylko starszych).

3. Muzyka
Nie jestem zwolenniczka wybierania całego repertuaru wg gustu jednej czy kilku osób. Muzyka ma być na tyle uniwersalna, aby trafiać w gust większości, a podobać się zwłaszcza Parze Młodej.
Co w takim razie ze starszymi osobami, które nie zawsze są zaznajomione z nowymi trendami i mają ochotę na posłuchanie czegoś tradycyjnego? Zróbmy im niespodziankę. Wypytajmy o ich gusta, o ulubione piosenki, może o utwory, które najlepiej wspominają ze swojej młodości i wesela! I puśćmy ich choć jedną piosenkę (nie musi to być dedykacja), która wywoła uśmiech na ich twarzy i sprawi, że będą chcieli wyskoczyć na parkiet :)
Na weselach jest również bardzo kontrowersyjny i nielubiany przeze mnie zwyczaj śpiewania (i tańczenia) przy stołach. I wiecie co... Jeśli to miałoby sprawić radość komukolwiek z gości, kto nie jest w stanie wyjść na parkiet, to cztery (haha) takie piosenki przeboleję.

4. Miejsce na odpoczynek
Czasem myślę, że oboje z PM jesteśmy mentalnie, stereotypowo starzy. Ja najbardziej na weselach lubię rozmawiać z innymi i nie cierpię, gdy przeszkadza mi w tym muzyka ;) 
Myślę, że wśród naszych, zwłaszcza starszych osób, znajdą się takie, które będą potrzebowały spokojnego miejsca w którym będą mogły usiąść z kimś z rodziny i porozmawiać bez konieczności przekrzykiwania DJa/zespołu. Może to być kącik na sali, na tarasie lub w ogrodzie. W ciepłym przez całą noc lub ogrzewanym miejscu (koce, ognisko, grzejnik). Może mieć koce i poduszki do siedzenia, ale ważne, aby nie zabrakło w nim fotela czy kanapy na którym najwygodniej będzie usiąść i wstać starszym osobom.

5. Plan wesela
Chcemy, aby nasi najbliżsi starsi byli z nami we wszystkich najważniejszych wydarzeniach w dniu ślubu? Upewnijmy się, że babcia, dziadek i inny starsi dadzą radę wysiedzieć do późnej nocy. Jeśli nie, to może warto wszystko to co planujemy na po północy (zwłaszcza to co tradycyjne) przesunąć na troszkę wcześniej? Czasem to nawet bardzo niepoprawne ;)

Co dodalibyście do tej listy? Wszystkie sugestie mile widziane i wyjątkowo potrzebne!

Podsumowując ten wpis chciałabym Wam napisać o czymś co często pojawia się w relacjach Panien Młodych, zwłaszcza tych organizujących nietradycyjne wesela lub buntujących się przeciwko niektórym tradycjom. Wiecie kto zawsze jest najbardziej zauroczony takimi weselami i pomysłami lekko zbuntowanej wnuczki? Babcie :) Więc szukajcie w nich sojuszników, już teraz :D

Moi Drodzy, wszystkiego najpiękniejszego i mega rewelacyjnego Waszego wesela dla Waszych babć i dziadków!

piątek, 16 stycznia 2015

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Małgorzata

Historia Małgorzaty:

Moje Wielkie Niepoprawne Wesele :)

Mam na imię Gosia i mojego Piotrka poznałam 3 lata temu. W skrócie: po prostu przyszedł do mnie do mieszkania :)
Popularnie nazywa się to "miłość od pierwszego spojrzenia" i może w sumie byłaby to racja, ale my wolimy mówić, że była to "miłość od pierwszego zagrania w grę Mario na konsoli Nintendo" :)
Jedna impreza wystarczyła mi, żebym wiedziała ze to jest TEN facet i na szczęście on doszedł do takiego samego wniosku względem mnie :)

Po półtora roku doszło do zaręczyn. Których się spodziewałam, ponieważ P. jako facet nie potrafi być subtelny i kombinować tak abym niczego się nie spodziewała :) Już po pierwszym jego podejściu do planowania (czyli ok 2-3 miesiące wcześniej) zorientowałam się co jest na rzeczy. Jednak chyba nie spodziewałam się że AŻ TAK wykombinuje :) W kwietniu wyjechaliśmy na 10 dni do Francji na snowboard. To był taki zorganizowany wyjazd dla większej ilości osób, w tym my i nasza paczka znajomych. Jednego dnia organizatorzy w porozumieniu z P zebrali chętnych uczestników w wyznaczonym miejscu, gdzie mieli się ustawić i czekać. Wielki napis MARRY ME ułożony z ludzi i z głośników nasza ulubiona piosenka, my na szczycie hopki (taka mała górka w snow parku) i powiem szczerze, że było idealnie. Emocje były tak ogromne, oczywiście, że się popłakałam (w szoku zapomniałam odpowiedzieć "tak" ;P), pomimo tego, że się spodziewałam tych zaręczyn. Byliśmy sami we dwoje, więc to była nasz chwila, ale już na dole, ok 80-100m niżej byli nasi znajomi i masa ludzi która wzięła udział w całej akcji :) 

Od czasu studiów oboje mieszkamy w Poznaniu, natomiast oryginalnie Piotrek jest z mazowieckiego, a ja z Dolnego Śląska. Jednak moi rodzice od kilku lat mieszkają pod Kołobrzegiem, o tak los ich tam wywiał :)
Zadecydowaliśmy, że wesele zrobimy więc w zachodniopomorskim, coby żadna rodzina i znajomi nie czuli się pokrzywdzeni i wszyscy musieli dojechać. Salę idealną znaleźliśmy bardzo szybko, problem był jedynie z trafieniem do niej. Stary dworek umieszczony pod lasem za wsią, w której są tylko 4 chaty i nic więcej. GPS nie był w stanie nas tam doprowadzić i musieliśmy pytać miejscowych o wskazanie nam drogi. W końcu trafiliśmy. Umowa została podpisana po wielu przebojach i już spokojnie mogliśmy zacząć planować ślub i wesele.  Drugi w kolejności załatwiliśmy Kościół, który znajdował się 5 km wcześniej w większej miejscowości przy głównej drodze. Ani ja, ani P nie jesteśmy jakoś specjalnie wierzący. Zdecydowaliśmy się na ślub kościelny ze względu na tradycję. I to właściwie tylko ja brałam ten ślub kościelny, bo P jako zagorzały ateista powiedział, że nie i koniec. Więc dostaliśmy pozwolenie na ślub dwu wyznaniowy (napisaliśmy nawet pismo z prośbą o zezwolenie na ślub w terenie, ale zostaliśmy delikatnie mówiąc sprowadzeni na ziemię przez Biskupa...). Tak więc P i ja wybraliśmy się do tego małego, brzydkiego z zewnątrz Kościółka, przygotowani na walkę z jakimś Księdzem-Katolem i jakież było nasze zdziwienie jak okazało się, że księdzem proboszczem (jedynym księdzem w tej parafii) jest Ksiądz Dariusz, który już po pierwszym spotkaniu okazał się fantastycznym człowiekiem, księdzem z powołania, żyjącym skromnie, a jego dwoma miłościami ziemskimi są dwa przygarnięte psiaki Wikary i Proboszczowa :) Życzę wszystkim młodym parom, aby na swoje drodze spotkały właśnie takiego Księdza Dariusza, który pomógł nam wszystko załatwić, nie czepiał się naszego dwu wyznaniowego ślubu, a po całej uroczystości i weselu zadzwonił do nas i poprosił żebyśmy w jego ogrodzie zasadzili drzewo, bo on ma taką tradycję. A jeśli chodzi o Kościółek, to w środku okazał się prześliczny :)

Skąd się wzięły wszystkie nasze pomysły na wesele? Ciężko powiedzieć. Chcieliśmy, aby było oryginalnie i inaczej. Dworek, który mieliśmy zarezerwowany rok wcześniej, miał swój klimat wiejsko-rustykalno- szlachecki i w takim tonie też chcieliśmy zrobić resztę. Wesele było zaplanowane na sierpień. Z początku marzyły mi się kwiaty polne, ale razem z dekoratorką, która również okazałą się rewelacyjną florystką, stwierdziłyśmy, że kwiaty polne mają to do siebie że podobno dosyć szybko więdną. Chciałam się również zdecydować na jakiś kolor przewodni, bo to by ułatwiło dobieranie dodatków, a przy mieszance kwiatów polnych to jakoś mi się to nie widziało.

Jak zadecydowałam o wyborze koloru? Usiadłam i zaczęłam się zastanawiać jakie kwiaty lubię? Oczywiście konwalie :) ale kto widział konwalie w sierpniu??? Hm, więc trzeba było pomyśleć mocniej. I .....BINGO! Wymyśliłam! Słoneczniki! W sumie to zawsze lubiłam słoneczniki (ozdobne i te do jedzenia), kojarzą mi się właśnie z ciepłym sierpniem i są właśnie takie....idealne dla mnie :) I od Słoneczników poszło już wszystko raczej z górki (oczywiście wymyślanie, a nie realizacja pomysłów). Skoro słoneczniki, to kolorem przewodnim musiał zostać ciepły żółty, co bardzo było mi na rękę ponieważ tę barwę również zawsze lubiłam :)

Największy problem chyba miałam z wyborem sukni ślubnej. Właśnie samo słowo "suknia" kłóciło się z moim pomysłem na siebie. Wiedziałam, że nie kupię żadnej w salonie, bo tam wszystkie są identyczne, a ja przecież chciałam być oryginalna, a nie wyglądać jak każda jedna panna młoda, w sukni z gorsetem u góry i masą tiulu na dole... Zdecydowanie nie chciałam tak wyglądać, zresztą nigdy mnie takie suknie nie jarały. Chciałam prostą, skromną sukienkę. Tak więc odbiłam się od końca internetu w poszukiwaniu idealnego pomysłu i coś tam udało mi się wykombinować :) Nawet znalazłam krawcową, która podjęła się tego zadania.
Ponieważ razem z P jesteśmy dość "luzackimi" osobami i żadne z nas raczej nie lubi ubierać się elegancko, tak więc i do wesela podeszliśmy trochę z przymrużeniem oka. Tzn. zamówiliśmy sobie ostatnio coraz bardziej popularne wśród młodych par- trampki conversy. Ale nie byle jakie. Zaprojektowane przez nas, w ustalonym już wcześniej kolorze i dodatkowo na zamówienie wyhaftowano nam datę naszego ślubu :) Do kościoła kupiłam jedynie sandałki płaskie, które miałam na sobie może max 2h, potem już od początku wesela do białego rana w tramposzach biegałam i tańczyłam :)
Pani krawcowa dostała ode mnie jednego trampka i miała za zadanie znaleźć materiał zbliżony kolorem do butów, z którego uszyłaby dodatki, tj. m.in. muchę i chusteczkę do butonierki. Całość, czyli sukienka (najbardziej podobały mi się w niej głęboko wycięte plecy) wraz z dodatkami wyniosła mnie 1200zlł, więc według mnie całkiem całkiem, jak za sukienkę którą miałam założyć raz w życiu :)

Skoro sukienka miała być skromna i zwiewna, wypadałoby żeby i cała reszta również nie była przesadzona. Ponieważ nigdy nie byłam fanką welonów, na głowę wymyśliłam sobie, że założę wianek. I tu Pani Jagoda moja dekoratorka/florystka podsunęła mi kolejny genialny pomysł: GIPSÓWKA! Jest delikatna i pasuje do wszystkiego, w dodatku bez problemu będzie ją można połączyć ze słonecznikami!

Jeśli chodzi o dekoratorkę, to również przeszła samą siebie dekorując dworek. Wszystko było w klimacie letniego przyjęcia weselnego (które przerodziło się w imprezę do białego rana), dominowały słoneczniki, brzozowe pieńki, słomiane ozdoby i masa innych rzezy, których nie jestem w stanie nazwać :)

Tak więc z całego tego chaosu na początku, wszystko układało się powoli w jedną pasującą do siebie całość. Oczywiście trwało to rok, i nie było tak łatwo i szybko jak tu opisałam, ale na pewno było warto :)

Postawiliśmy z P na minimalizm i własnoręczność, bez zbędnego wydawania pieniędzy na pierdoły, tj. sami zrobiliśmy winietki, plan stołów, napisaliśmy menu, do ślubu i na wesele pojechaliśmy własnym samochodem (prosto z domu, bez różnych dziwnych tandetnych tradycji), do którego przyczepiliśmy puszki po piwie, nie było kamerzysty tylko znajomi kręcili kamerkami gopro i jedyne na co zdecydowaliśmy się ekstra wydać pieniądze (poza fotografem oczywiście) była Foto-budka, która okazała się rewelacyjnym pomysłem :) Zamiast zespołu był DJ, który bawił gości do godziny 8 rano (o 7 jeszcze bawiło się z 50 osób na parkiecie), za naszą namową grał głownie lata 60, 80, 90 oraz nowoczesne hity, ponieważ 3/4 gości byli to młodzi ludzie. Prawie wcale nie było disco polo (nienawidzę disco polo....) . W efekcie była to bardziej impreza niż wesele :)
Jeśli chodzi o gości to mieli powiedziane, że obowiązuje strój "bardziej luźny niż sztywny" :) Tj., panie mogły przyjść w lekkich zwiewnych letnich sukienkach, najlepiej w kwiaty, zero natapirowanych fryzur i ton lakieru! Dla Panów nie był obowiązkowy garnitur, eleganckie spodnie i marynarka też się nadawały.
Przyjechali prawie wszyscy, ze 120 zaproszonych osób odpadło jedyne 10. Więc to chyba znak ze dobrze dobraliśmy gości skoro wszyscy się pojawili :)


Aaa i co najważniejsze. Może to zabrzmi źle, ale wiedzieliśmy, że zaproszone osoby zrozumieją o co nam chodzi, bo od dawna nie kryliśmy się z naszymi przekonaniami. Mianowicie na naszym weselu nie było żadnego dziecka. Uprzedzaliśmy wszystkich, że dzieci nie są zapraszane. Nie dlatego że nie lubimy dzieci. Lubimy. Tylko wg nas wesele to nie jest impreza dla dzieci, które biegają między stołami lub gorzej między nogami kelnerów, którzy noszą ciężkie talerze. Pijani goście nie są również dobrym obrazem do zapamiętywania przez dzieci i po trzecie, rodzice nie są w stanie się zrelaksować, napić i bawić się bezstresowo, jeśli cały czas muszą pilnować swoich pociech. Tak więc każdy kto musiał znalazł sobie opiekę do dziecka na dwa-trzy dni i chyba nikt nie miał nam tego za złe. A nawet jeśli ktoś miał, to mało nas to interesuje, ponieważ to było nasze wesele i mieliśmy prawo stawiać pewne warunki :)

Co na te wszystkie dziwadła nasi rodzice? Ano rodzice P od zawsze dawali mu wolną rękę odnośnie wszystkiego (pomimo, że jest jedynakiem), z moimi również nie było kłopotu, ponieważ już dawno temu pogodzili się z faktem ze wszystko robię po swojemu, często na przekór wszystkim tradycjom i zwyczajom :) Byli bardzo szczęśliwi i bawili się rewelacyjnie na weselu, więc chyba to jest najważniejsze w tym wszystkim :)

Jakie mogę dać rady przyszłym pannom młodym? Trzymajcie się twardo własnego zdania, nie dajcie się przekabacić ludziom mówiącym, że coś wypada, a coś nie. Pamiętajcie, to jest Wasz dzień i to Wy stawiacie warunki. Ludzie kiedyś zapomną o waszym weselu (smutne, ale prawdziwe), ale wy będziecie o nim pamiętać zawsze :)

A no i najważniejsze, do wszystkiego podchodźcie na luzie :)






 

















Kilka zdań od NPM:
Czasem Wam opowiadam, że lubię wszystkie kolory. Bo lubię, ale istnieją takie na myśl o których szerzej się uśmiecham: zieleń, pomarańcz, żółty!!! Dokładnie taki żółty, ciepły i  pozytywny, jak w tych dodatkach.
Czytając relację Małgosi miałam wrażenie, że najbardziej podoba mi się to co najprostsze i tradycyjne. Ten Kościółek (i cała historia), ta sala (podjazd pod salą wygląda rewelacyjnie!!!), ta pozytywna energia, która z kolorów, zdjęć i uśmiechów bije. Reszta to tło, które dopełnia doskonały obrazek.
Jedno zdanie z opisu jest tym, które staram się wszystkim, non stop, powtarzać: "Ludzie kiedyś zapomną o waszym weselu (smutne, ale prawdziwe), ale wy będziecie o nim pamiętać zawsze :)". I dlatego warto być egoistą i myśleć przede wszystkim o sobie :) Słuchajcie Małgosi :)

czwartek, 15 stycznia 2015

Zanim pozwolisz rodzicom pomóc

taylordeventssv
Jednym z częstych problemów narzeczonych jest sytuacja finansowa, która uniemożliwia organizację wymarzonego wesela. Bywa, że w takim przypadku pierwszymi osobami, które chcą pomóc są rodzice... Czy warto z tej pomocy korzystac? I jak się zabezpieczyć? ;)

Nie wszyscy rodzice chcą i mają możliwość pomocy. W Polsce istnieje jednak spora grupa, która chce, może, a nawet nie wyobraża sobie nie pomóc. W tym wpisie zainteresujemy się właśnie rodzicami z "grupy pomocowej" ;)

Nie stać Was na wesele, więc pomogą Wam rodzice? Odciążą, wesprą, doradzą? To leprze niż kredyt lub odkładanie wesela (i czasem marzenia o nim) w nieskończoność. Czy to nie brzmi rewelacyjnie? Prawie każda Para Młoda, już po miesiącu pomocy rodziców, stwierdzi, że nie do końca ;)

Czy warto z pomocy rodziców korzystać?
To kwestia bardzo indywidualna, uzależniona od wielu czynników. W mojej ocenie tak i czasem umiejętność przyjęcia pomocy jest tak samo cenna jak jej dawanie. ALE... Koniecznie upewnijcie się, że sposób w jaki chcą pomóc rodzice Wam odpowiada. Bo nie zawsze warto ze wsparcia skorzystać.

Jak się upewnić, że chcemy przyjąć pomoc i zabezpieczyć?
To część, która będzie dotyczyła każdego, kto przyjmuje jakąkolwiek pomoc od rodziców. Niezależnie od tego czy rodzice pomagają organizacyjnie czy finansowo (sponsorują całe wesele lub jakieś jego elementy). Każda pomoc to pomoc.
1. Pomoc finansowa czy doradztwo i wybór?
Rodzice chcą Wam zaoferować wsparcie finansowe, doradztwo i pomoc logistyczną (w sytuacji, gdy mieszkacie daleko lub nie macie własnego auta) lub jedno i drugie? Czy na jedno i drugie jesteście w stanie się zgodzić? W jakich sprawach pozwolicie im pomóc i o czym decydować? Co, "za nich na świecie", nie powinno być zależne od nich? 
2. Prezent czy warunek?
To chyba najważniejsze pytanie. Upewnijcie się czy podarowane pieniądze będą dla Was prezentem i będziecie mogli samodzielnie zdecydować o tym ile i na co je wydać. Czasem rodzice sponsorując wesele chcą być głównymi organizatorami, podejmować decyzje, decydując o niemal każdym elemencie przyjęcia i zrobić "swoje drugie wesele".
3. Zaznaczcie na czym konkretnie pomoc ma polegać i do czego się ograniczać.
Konkretnie i szczegółowo. Tak, aby w przypadku, gdy rodzice dopłacają za część swoich gości, nie chwili potem decydować o innych aspektach wesela ("Nic ci goście nie będą mieli z tego wesela. Chciałbym, aby mogli posłuchać normalnej, weselnej muzyki, a nie..").
4. Przewidujcie!
Macie tatę, który ma dryg do organizacji i lubi się we wszystko wtrącać? Mamcie teściową, która ma średniowieczną wizję wesela? Zastanówcie się, czy nawet jeśli zdadzą pomyślnie Wasz test z pytań, to i tak możecie im uwierzyć i nie skończyć z "To ja Wam wybiorę cukiernię, a Wy sobie wybierzecie tort, aby wyglądał tak jak sobie wymarzyliście." ;)

Jeśli pozwalamy komuś pomóc, nie oczekujmy, że zrobi wszystko zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Jeśli pomaga finansowo, nie oczekujmy, że będzie z uśmiechem na twarzy płacić za czyjeś, a nie swoje kaprysy. Jeśli chcemy przyjąć pomoc, to z 50 razy zastanówmy się czy pomocy udzieli nam właściwa osoba i czy nasze ego sobie z tym poradzi.