Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Badgley Mischka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Badgley Mischka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 października 2015

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Edyta

Historia Edyty:

Z Tomkiem jesteśmy parą od ponad 6,5 roku. Decyzję o ślubie podjęliśmy wspólnie, choć Tomek poprosił mnie o rękę w dość niespodziewanym czasie i miejscu, gdyż było to w pochmurny i ponury dzień lutego na budowie moich rodziców. Po tym jak przyjęłam pierścionek sami nie wiedzieliśmy co dalej. Było niedzielne popołudnie, więc na jakiekolwiek kwiaty było już za późno. Po prostu pojechaliśmy do naszych Rodziców i poinformowaliśmy o tym, że chcemy się pobrać. Od razu ustaliliśmy datę ślubu, a w tydzień po zaręczynach mieliśmy zarezerwowaną już sale, DJ’a (co było dla nas kluczowe) oraz fotografa. Przygotowania ślubne zostały odłożone na następne 1,5 roku, gdyż ja byłam na ostatnim roku studiów, robiłam doświadcza do mojej pracy magisterskiej oraz przygotowywałam się do obrony.

Największy stres wywoływał u mnie wybór sukni. Byłam pewna, że w żadnej nie będę dobrze wyglądała, albo że nie będę potrafiła się zdecydować, albo że uprzejma pani w salonie namówi mnie do słusznego według niej modelu (ta obawa była wysoce uzasadniona, gdyż nie jestem zbyt asertywną osobą). Jednak wybór sukni okazał się o wiele prostszy i przyjemniejszy niż sobie to wyobrażałam. Po założeniu mojej sukni od razu wiedziałam, że to ta. Oczywiście mój wybór był daleki od tego, co sobie wcześniej wymyśliłam. 

Po obronie pracy magisterskiej czas do ślubu bardzo mi się dłużył. Doszłam nawet do wniosku, że 1,5 roku przygotowań to o wiele za długo. Moim zdaniem optymalny czas przygotowań to do roku czasu, aby przygotowania jeszcze cieszyły, a nie już męczyły. 

Ostatnie przygotowania do śluby szły gładko. Sporą część rzeczy załatwiliśmy na długo przed, a przy reszcie chętnie pomagała rodzina i przyjaciele.

Ślub miał odbyć się w mojej rodzinnej parafii, w uroczym drewnianym kościele na górce. Miały w nim być tylko polne kwiaty nazbierane przy pomocy moich kuzynek.

Aż do czwartku przed ślubem wszystko było pod kontrolą, a ja byłam oazą spokoju. Z Tomkiem dopinaliśmy ostatnie szczegóły, jak pakowanie podziękowań dla gości, a wieczorami oglądaliśmy wspólnie filmy. W czwartek wieczorem wybraliśmy się na przejażdżkę rowerami i zupełnie przez przypadek trafiliśmy pod kościół, a że było akurat po wieczornej mszy to spotkaliśmy jeszcze proboszcza, który miał dawać nam ślub oraz kilkoro znanych nam parafian. Ksiądz zaprosił nas do kościoła. Byliśmy przekonani, że chce uzgodnić z nami szczegóły ceremonii. Gdy weszliśmy do kościoła naszym oczom ukazał się tak przerażający widok, że musiałam usiąść żeby się nie przewrócić. W kościele trwał remont generalny, o którym nie mieliśmy pojęcia. Rozebrany ołtarz główny, zdjęta podłoga, rusztowania, stosy cegieł i 5cm warstwa kurzu. Z tym nie dało się nic zrobić. Proboszcz wzruszył ramionami i pocieszał nas, że w sobotę ekipa budowlana jest tylko do godziny 14, więc do 16 spokojnie jakoś się to ogarnie, ogólnie to nie widział problemu. Dodam tylko, że moja miejscowość to niewielka parafia, a następny ślub w tym kościele miał odbyć się w październiku. Same oceńcie tę sytuację. Do domu wróciłam w takim stanie, że rodzice byli przekonani, że odwołujemy ślub. Nie było innego wyjścia, jak na prawie dzień przed ślubem (to był czwartek już dosyć późnym wieczorem) szukać innego kościoła na ślub. Nie było to łatwe gdyż sąsiednie parafie w miastach miały zajęte terminy co do godziny, a poza tym inni księża, których prosiliśmy o pomoc nie widzieli problemu, podobnie jak mój proboszcz. W czwartek przed ślubem o godzinie 21 wciąż byliśmy bez kościoła. Światełko w tunelu zapaliło się gdy nasz znajomy przedstawił naszą sytuację swojemu koledze, który jest proboszczem we wsi kilkanaście km dalej. Musieliśmy tylko dostać pozwolenie od mojego proboszcza na ślub w innym kościele, co znowu okazało się przeszkodą nie do pokonania. Całe szczęście znajomy ksiądz Radek wziął sprawy w swoje ręce i w piątek po południu mogliśmy już ustalać szczegóły ceremonii. Dzień przed ślubem upłynął nam na informowaniu wszystkich gości o zmianie miejsca ślubu i logistycznym ogarnianiu kwestii transportu do kościoła i z kościoła na salę, co mieliśmy już dopięte na ostatni guzik w „poprzedniej” wersji wydarzeń. Wieczorem, wraz z kuzynkami, zapakowaliśmy kupione na szybko goździki (na zrywanie polnych kwiatów nie było już czasu) i pojechaliśmy przygotować kościół.  W tym również ksiądz Radek okazał się bardzo pomocny, gdyż w zaistniałej sytuacji nie pomyślałam nawet o takich błahostkach jak szpilki czy nożyczki i sam wcześniej już zorganizował posprzątanie kościoła. Po powrocie byliśmy wszyscy bardzo zmęczeni, dzięki temu noc przed ślubem spałam bardzo twardo i głęboko, nie śniło mi się nic.

Długi czas przed ślubem wyobrażałam sobie ten dzień. Zapewniałam się, że będzie to najpiękniejszy i najszczęśliwszy dzień w moim życiu i że uśmiech nie będzie schodził z mojej twarzy. I wiecie co? To zadziałało! Od rana byłam spokojna i szczęśliwa. Wydaje mi się, że sytuacja ze zmianą kościoła sprawiła, że bardzo się zdystansowałam. Nic nie mogło popsuć tego dnia.

Przygotowania minęły spokojnie w miłej atmosferze. Gdy już byłam gotowa przyjechał nasz przyjaciel, który swoim fiatem 125p wiózł nas do ślubu. Gdy tylko się pojawił, wszystkich wywiało przed dom oglądać fiata, a ja stałam sama wystrojona w suknię. Ten samochód zawsze robi takie wrażenie ;) Więc gdy byłam już gotowa, dom był pusty. Nawet kiedy Tomek przyjechał już ze swoimi rodzicami na błogosławieństwo, najpierw poszli oglądać fiata ;)

Błogosławieństwo było piękne i wzruszające, choć bez rzewnych łez. Błogosławił nam również mój dziadek. Podczas błogosławieństwa towarzyszył nam akordeonista, co było życzeniem mojego taty, a my nie widzieliśmy powodu, dla którego mielibyśmy się na to nie zgodzić.  Błogosławieństwo skończyło się szybciej niż planowaliśmy więc pan akordeonista grał przed domem, a my kilka razy wychodziliśmy „oficjalnie” z domu. 

Pod kościołem witaliśmy przybywających gości. Byli dosyć niesubordynowani, gdyż zamiast zajmować miejsca w kościele woleli witać się nawzajem i wymieniać przydługie uprzejmości. Gdy zgodnie z planem wyszedł po nas ksiądz Radek, naszych świadków wciąż z nami nie było, bo zapraszali gości sprzed kościoła do środka. 

Po tym wszystko wydarzyło się błyskawicznie. Pierwsze czytanie przeczytał mój brat, który był świadkiem i nie był to Hymn o miłości. Mszę uświetniały swoim śpiewem nasze przyjaciółki, a akompaniował im ich tata, z którym również bardzo się przyjaźnimy. Wisienką na torcie okazała się ośmioletnia urocza dziewczynka, która służyła do mszy. Wszyscy byliśmy nią oczarowani.
Podczas przysięgi byliśmy szczęśliwi i wzruszeni lecz spokojni. Ksiądz Radek bardzo ładnie poprowadził cały ślub. Wiem, że gdyby się to wszystko nie wydarzyło, nie byłoby tak pięknie.

Pod kościołem czekały na nas bramy, które były dla nas prawdziwą niespodzianką, gdyż nie znaliśmy tej miejscowości, ani parafian, którzy tam mieszkają.

Na sali tradycyjnie rodzice przywitali nas chlebem i solą. Nasz pierwszy taniec był totalnym spontanem do piosenki Nat King Cole’a „L.O.V.E” . Nawet planowaliśmy nauczyć się jakiegoś układu, ale trener ciągle nie miał dla nas czasu. 

Zabawę weselną prowadził DJ na którego zdecydowaliśmy się dużo wcześniej, na weselu naszych przyjaciół, kiedy jeszcze nie planowaliśmy swojego ślubu.

Ponadto zdecydowaliśmy się na barmanów, co spotkało się z entuzjazmem gości. Sprawdziły się również okrągłe stoły oraz pani animator dla dzieci. 

W zaproszeniach poprosiliśmy gości o płyty z muzyką zamiast kwiatów. W tym elemencie goście spisali się na medal. Dostaliśmy bardzo dużo dobrej muzyki i nie powtórzyła nam się ani jedna płyta. W kilku nawet dostaliśmy dedykacje od samych artystów. Troszkę gorzej sprawdziła się księga gości w formie ankiety. Jeżeli chcecie się zdecydować na coś takiego, to proponuję dopilnować, aby goście wypełnili ją jak najszybciej, najlepiej na samym początku wesela. Im później ankieta będzie wypełniona tym mniej będzie chciało się Wam to czytać ;)

Zabawa trwała do białego rana, przy wyjściu żegnaliśmy naszych gości wręczając im podziękowania w postaci malutkich sukulentów. Nie zdecydowaliśmy się na profesjonalną fotobudkę, zamiast tego przygotowaliśmy akcesoria oraz dużą ramę. Rodzicom podziękowaliśmy w formie teledysku nagranego przed ślubem, a kwiaty wręczyliśmy im do piosenki „You’re Simply the Best”.

Cięgle z Tomkiem ciepło i żywo wspominamy ten dzień i ciągle nie potrafimy znaleźć rzeczy, które byśmy zmienili. Sytuacja z kościołem pokazała, ze nie sposób przewidzieć wszystkiego i nawet jeżeli coś podobnego się wydarzy, nie będzie to miało wpływu na to, jak piękny i radosny będzie ten dzień. W dniu ślubu nie sposób opanować emocji, lecz najważniejsze aby były one pozytywne. Nie zapominajcie o swoich Rodzicach i, choć panuje zupełnie inna moda, bierzcie pod uwagę też to, jak oni widzą ten dzień. To też jest wyjątkowy, a zarazem stresujący dzień dla Nich. Warto zadbać o to, aby i Oni czuli się tego dnia wyjątkowo. 

Ten dzień minie o wiele za szybko, starajcie się zapamiętać i zachować w sercu jak najwięcej.















































Kilka słów od NPM
Zmęczenie pozwala łatwiej zasnąć, a nieprzewidziane awarie sprawiają, że łatwiej jest zwrócić uwagę na to co najcenniejsze. I wbrew pozorom remonty kościołów to nie jest nic niecodziennego – one bardzo często się zdarzają! Jestem pod wrażeniem tego jak błyskawicznie Edyta i Tomek poradzili sobie z sytuacją kryzysową. W duecie i z e wsparciem najbliższych wyszło im to rewelacyjnie :)
Fiat 125p? Przykro mi to pisać, ale ja też pobiegłabym oglądać auto zapominając o Pannie Młodej ;) Nat King Cole? Od kiedy dostałam na emaila od Edyty relację, nie przestaję go słuchać.
Podobają mi się drobiazgi, które uwielbiam: wstążki (i w kościele i za Parą Młodą), sukulenty (i w prezencie dla gości i w bukiecie – pastele wyglądają tu przeuroczo!), tort (bo jakby inaczej!), genialny wianek (lub wianczysko ;)) z sesji plenerowej!, skrzynka na prezenty (zdecydowanie lepsza niż pudełko na koperty i myślę, że spokojnie może być dwufunkcyjna), zamiast kwiatów (wystarczy gościom wskazać drogę, a oni dodadzą do tego swoją kreatywność).
Jeśli uważnie czytacie wpisy dziewczyn, to wiecie kiedy sprawdza się, a kiedy nie, ankieta z wesela. Warto na takie drobiazgi zwracać uwagę i uczyć się na cudzych doświadczeniach :)
Cieszę się, że Edyta dodała to czego ja często nie dodaję – zwróciła uwagę na potrzeby rodziców. Bo nie można im odmówić ważności tego dnia dla nich :)

środa, 1 października 2014

Galeria Niepoprawnych Panien Młodych: Magdalena

Kilka zdań od NPM:
Po raz pierwszy kilka słów ode mnie znajduje się na początku wpisu GNPM. Dlaczego? W tym momencie chciałabym zakomunikować Wam, że Magdalena rozpisała się jak żadna inna Panna Młoda i możecie się wystraszyć ilości tekstu. Po chwilowym szoku, polecam jednak przeczytać całość. O tym, że warto niech świadczy fakt, że nie dałam rady z całości wyciąć więcej niż kilku zdań. 
Relacja Magdy jest odrobinę inna od poprzednich. Z dopieszczeniem szczegółów, ze spojrzeniem osoby, która na śluby patrzy także z innej perspektywy (perspektywy konsultanta ślubnego).
Co mnie najbardziej urzekło w relacji Magdy? Wykorzystanie czarno-białego motywu (uwielbiam), który w wersji glamour prezentował się świetnie (i to mówię ja, osoba mało glamour ;)). Dzięki ilości tekstu i zdjęć można bez problemu wczuć się w klimat ślubu. Najbardziej podoba mi się jednak to, że znalazłam jeden pomysł, który wykorzystam u siebie - miejsce do odpoczynku i siedzenia w sali tanecznej ;) To doskonałe rozwiązanie dla wszystkich, którzy maja wrażenie, że ich sala taneczna jest za wielka ;)

Magdalena & Dominik from AMMC Studio on Vimeo.


Historia Magdaleny, autorki bloga Ślub Niebanalny:

Zaręczyny z jednej strony nie były dla mnie zaskoczeniem, bo byliśmy razem już 7 lat, z drugiej strony jednak zupełnie się ich wtedy nie spodziewałam i była to dla mnie dużą niespodzianką :) Pewnego dnia po prostu Dominik powiedział żebym zaczęła się pakować, bo za 3 godziny mamy samolot. Nie miałam nawet pojęcia gdzie lecimy, kierunek naszej podróży poznałam dopiero na lotnisku- Wenecja! Mój obecnie już mąż zaplanował wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Elegancka motorówka, która zawiozła Nas z lotniska pod sam hotel, piękny hotel tuż przy Placu św. Marka i romantyczne zaręczyny na gondoli. To był najlepszy weekend w moim życiu, mimo, że całkowicie nie byłam na niego przygotowana o czym najlepiej świadczy fakt, że w tę podróż zabrałam same buty na wysokich obcasach ;)

Po takich idealnych zaręczynach poprzeczka została podniesiona naprawdę wysoko. Zaręczyny są dla mnie takim preludium ślubu, więc chciałam aby całość była idealna i spójna.

Od razu po zaręczynach zaczęłam planować wesele. Od początku wiedzieliśmy, że chcemy świętować tylko w gronie najbliższej rodziny i przyjaciół. Chcieliśmy eleganckiej, kameralnej uroczystości utrzymanej w konwencji przyjęcia-bankietu, a nie hucznego wesela na kilkaset osób czy zabaw weselnych, za którymi osobiście nie przepadamy. Chcieliśmy przeżyć ten dzień w gronie naprawdę bliskich Nam osób, móc spokojnie z każdym porozmawiać, a bawić się tylko dobrą muzyką :) Ponieważ nie lubimy się wpisywać w standardy, ani nie wierzymy w ślubne przesądy od razu wiedzieliśmy, że nasze wesele nie będzie tradycyjne. Nie było bramy, rzucania bukietu, oczepin, welonu, a Panna Młoda nie miała nic niebieskiego, starego czy pożyczonego.

Na początku zdecydowaliśmy się na zespół D-­tonacja, który ujął Nas tym, że nie grał muzyki biesiadnej czy disco polo, nie miał wodzireja i stronił od konkursów i zabaw - czyli dokładnie to o co Nam chodziło :) Wybór tego zespołu był strzałem w dziesiątkę. Zarówno My, jak i goście, bawiliśmy się jak na jakimś dobrym koncercie. Następie równie szybko podjęliśmy decyzję co do fotografa i kamerzysty. Ponieważ byliśmy oczarowani reportażami fotograficznymi i ślubnymi teledyskami produkcji AMMC Studio, od razu się zdecydowaliśmy. 

Później zaczęliśmy rozglądać się za miejscem, w którym możemy zorganizować przyjęcie weselne. Ponieważ oboje pochodzimy z Torunia i uwielbiamy to miasto chcieliśmy, aby miejsce, które wybierzemy chociaż w części oddawało klimat tego miasta. Chcieliśmy, aby goście (głownie przyjezdni) mieli szansę poznać Toruń, który stanowi dla nich turystyczną atrakcje. Chcieliśmy wykorzystać walory rodzinnego Torunia: piękną starówkę, bulwar na Wisłą, pięknie oświetloną panoramę miasta... Jednocześnie chcieliśmy aby to miejsce było takie, które do Nas pasuje, a więc nowoczesne, minimalistyczne i surowe. Wybór mógł być tylko jeden - Hotel Bulwar, który znajduje się nad wiślanym bulwarem, w panoramie toruńskiej starówki. Hotel jest urządzony w nowoczesnym i minimalistycznym stylu, w lobby i restauracji są tylko dwa kolory - czerń i biel, czyli minimalizm i kontrasty - to co lubimy najbardziej. Od zawsze marzyłam o niestandardowym ślubie w stylu black&white i od razu wiedziałam, że takie przyjęcie weselne może się udać tylko tam! A ponieważ lubimy kontrasty i mocne akcenty zdecydowałam się ożywić wystrój sali weselnej kwiatami w kolorze fuksji. Wszystko było w czerni i bieli, tylko kwiaty w korze fuksji stanowiły mocny, kolorystyczny akcent, który ożywił restaurację hotelową. Chcieliśmy też, żeby wesele było "jakieś", miało motyw przewodni. Zdecydowaliśmy się na motyw ornamentów, które uwielbiamy.  A więc ślub w stylu black&white z motywem ornamentów i kwiatowym akcentem w kolorze fuksji ;) Zdecydowaliśmy też mieć kilka "stref" na weselu - salę taneczną z parkietem i sceną dla zespołu, gdzie wstawiliśmy kilka białych puf i stoliczków dla gości, aby można był usiąść, odpocząć czy sącząc drinka popatrzeć na bawiących się gości. Sale restauracyjną, która była salą konsumpcyjną, tam stały stoliki gości, bufety, można było spokojnie porozmawiać bez konieczności przekrzykiwania muzyki. Trzecią strefą był letni ogród z widokiem na Wisłę, Bulwar oraz pięknie oświetlony most. Tam także były stoliczki i pufy, goście mogli wyjść na świeże, powietrze, zapalić, spokojnie porozmawiać. Taras był udekorowany w takim "ogrodowym" stylu, były świece i białe latarenki, na białych pufach miękkie poduszki... Taka strefa chillout :) Sala taneczna była tuż obok restauracji, a drzwi do niej były szeroko otwarte, z restauracji bezpośrednio można było wyjść na taras. To wszystko sprawiło, że gdziekolwiek goście nie byli cały czas słychać było muzykę z sali tanecznej. Podczas obiadu spokojny jazzik, a po pierwszym tańcu... coś bardziej szalonego ;)

Wybór sukni był bardzo prosty - byłam zauroczona sukniami hiszpańskiej marki Pronovias Barcelona i tylko suknie tej marki brałam pod uwagę. Ponieważ mam bardzo wyrazistą urodę wiedziałam, że powinnam szukać wśród delikatnych i subtelnych modeli, aby całość w dniu ślubu prezentowała się dobrze. Oglądałam suknie w internecie, wybrałam trzy, które najbardziej przypadły mi do gustu i pojechałam do salonu je przymierzyć. Skończyło się więc tylko na jednej wizycie w salonie i mierzeniu trzech sukien. Co ciekawe ostatecznie wybór padł, na tę, która na zdjęciach podobała mi się najmniej ;) Zdecydowałam się na suknię Pronovias model Delta w kolorze off-white. Suknia klasyczna, w kształcie litery A, posiada zdobiony gorset, zaznaczoną linię pasa oraz długi tren. Suknia jest bardzo lekka, zwiewna i subtelna. 

Ponieważ wiedziałam, że wesele będzie w stylu black&white, nie miała żadnych problemów z wyborem dodatków. Od początku wiedziałam, że chce mieć szeroki czarny pas-wstążkę w talii, z tyłu wiązany na kokardę i z długim końcami, które z tyłu pięknie by opadałby na tren.

Wiedziałam też, że chce kultowe buty ślubne, o których marzy większość panien młodych - model Randall Badgley Mischka. Byłam w nich absolutnie zakochana. Buty bardzo wysokie i pięknie wyprofilowane, a jednocześnie delikatne. Do tego ten piękny kwiat - to buty idealne na ślub. Satynowe, z kwiatem i odkrytym palcem pasują zarówno do eleganckiej, długiej sukni uszytej z ciężkiego materiału, jak i zwiewnej i szyfonowej jak moja. Wszystkie inne buty: zakryte czółenka, lakierowane czy ze skóry wyglądałyby zdecydowanie za ciężko do lekkiej, zwiewnej Delty. Z kolei sandałków nie chciałam zakładać, bo jednak suknia jest długa, elegancka, a ślub był tradycyjnie, w kościele, a nie na plaży :) Kupowałam je jednak ponad rok przed ślubem, kiedy niestety nie można było ich dostać ani w Polsce ani nawet w Europie. W Europie dostępność była zerowa, musiałam szukać w sklepach internetowych w USA. Niestety to był przełom maja i czerwca, a więc początek sezonu ślubnego. Buty sprzedawały się jak świeże bułeczki, zostawały same skrajne rozmiary, a mojego nie było. Gdy znalazłam w końcu Randalle w moim rozmiarze okazało się, że sklep nie oferuje wysyłki do Polski, a gdy uzgodniłam ze znajomymi w UK, że buty zostaną wysłane do nich, a następni oni prześlą mi je do Polski... butów w moim rozmiarze już nie było. Kolejna próba za jakiś czas... i kupiłam. Niestety po miesiącu oczekiwań na buty, gdy skontaktowałam się ze sklepem okazało się, że w tym samym czasie 2 osoby kupiły buty w tym samym rozmiarze i ja byłam druga, dlatego też transakcja została anulowana. W końcu zmęczona niepowiedzeniem postanowiłam... zakupić czarne buty :) Stwierdziłam: dlaczego nie? Idealnie będą pasowały do czarnej wstążki w talii, czarnych dodatków i całości wesela w czerni i bieli. A to był właśnie jedyny kolor tego modelu, który był dostępny. Panny młode na całym świecie kupowały białe, kremowe lub pudrowe Randalle, a czarne nie cieszyły się takim powodzeniem, bo zdecydowanie nie jest to "ślubny" kolor . Natomiast na naszym weselu jest to właśnie kolor przewodni więc z perspektywy czasu jestem bardzo zadowolona z tego wyboru. Czarne buty były mocnym akcentem i dodały charakteru całej stylizacji. Perfumy także były od Badgley Mischka - zapach Fleurs de Nuit, miałam więc duet Badgley Mischka ;)

Początkowo planowałam mieć jasne buty, ale biżuterię z czarnym onyksem i czarny manicure. Jednak kiedy zakupiłam czarne buty stwierdziłam, że nie chce już przesadzić z czarnymi akcentami i zdecydowałam się na klasyczną, delikatną, jasną biżuterię i subtelny manicure w kolorze nude z kryształkami. Miałam wiszące kryształowe kolczyki i dużą bransoletkę. Czarne zaproszenia i karty informacyjne, wesele w czerni, czarne buty i pas do sukni ślubnej... Nie, stwierdziłam, ze czerni może być za dużo jeśli do tego będę miała czarne manicure i biżuterię :) Zdecydowałam się na czerń, aby było elegancko a nie mrocznie.. Poza tym ślub odbiegał od tych tradycyjnych, z jednej strony czarny kolor, z drugiej brak welonu, oczepin, rzucania bukietu, brak wodzireja, tradycyjnych weselnych zabaw czy piosenek... Osoby starsze czy bardziej tradycyjne i tak były w szoku, nie chciałam aby stylizacja panny młodej była aż tak kontrowersyjna. Chciałam wyglądać subtelnie a mocne pojedyncze akcenty miały tylko dodać całej stylizacji charakteru i sprawić, że nie będzie to kolejna, nuda , banalna i przesłodzona ślubna stylizacja. Do tego zamiast welonu miałam jedwabny kwiat z biżuteryjnym środkiem z londyńskiego butiku The Weddie. Jeśli chodzi o bukiet to najpierw chciałam mieć anemony, które kolorystycznie idealnie by pasowały. Nie zdecydowałam się na nie z kilku powodów. Po pierwsze:  ślub brałam w sierpniu, a to nie okres na anemony. Po drugie: anemony są bardzo delikatne, jak maki. Lato było tak upalne, że było mało prawdopodobne, że anemony przetrwają całą ceremonię ślubną. Po trzecie: anemony są kwiatami trochę polnymi, pasują do stylu vintage czy boho, niezbyt natomiast do wesela w stylu glamour. Później chciałam mieć czarne kalie, ale zrezygnowałam z nich z tych samych powodów, z których zrezygnowałam z czarnej biżuterii i manicure ;) Ostatecznie wybór padł na klasyczny, okrągły bukiet z róż z biżuteryjnymi szpilkami w środku, przewiązany czarną aksamitną wstążką z kryształkami.

Z fryzurą miałam duży kłopot. Najpierw chciałam mieć rozpuszczone włosy ułożone w fale i zaczesane na bok. Później zaczęłam się obawiać, że moje naturalnie kręcone włosy pod koniec wesela zaczną się puszyć i nie będzie to wyglądało estetycznie, więc postanowiłam mieć elegancki i klasyczny niski kok upięty nad karkiem. Miesiąc przed ślubem zmieniłam ostateczną wizję i stwierdziłam, że najlepiej jednak czuję się we włosach rozpuszczonych, tak jak chodzę na co dzień, ale ponieważ lato było upalne, nadal obawiałam się o trwałość mojej fryzury. Postanowiłam połączyć te dwie fryzury i ostatecznie miałam luźny, romantyczny kok, upięty nad karkiem, natomiast kok był spięty bardzo luźno, z przodu wychodziło kilka pasm włosów, więc wyglądałam tak jak wyglądam w rozpuszczonych włosach. Wyglądało to tak jakbym z przodu, z jednej strony miałam rozpuszczone kilka pasm i z tyłu upięła je w delikatny, romantyczny koczek oraz wpięła we włosy kwiat.

Druga suknia, a raczej sukienka ślubna, którą przebrałam w trakcie wesela została uszyta według mojego projektu. Początkowo była to gorsetowa suknia, mocno rozkloszowana, z ukrytymi kieszeniami. Suknia asymetryczna, z przodu o długości przed kolano, a z tyłu sięgała aż do ziemi. Uszyłam ją ok. 10 miesięcy przed ślubem. Jednak 2 miesiące przed ślubem stwierdziłam, że sukienka na zabawę weselna powinna być przede wszystkim wygodna, więc zdecydowałam się ją całkowicie przerobić. Przede wszystkim wszyłam cieniutkie ramiączka, które sprawiły, że suknia cały czas trzymała się na miejscu i nie musiałam jej poprawiać. Dekolt miał kształt serca, a z tyłu zdecydowałam się na głębokie wycięcie na plecach w kształcie litery V, które sięgało aż do talii. Żeby jednak suknia się nie zsuwała, ramiączka zostały wszyte na krzyż. Całą suknie mocno skróciłam, jednak nadal była asymetryczna, z dłuższym tyłem. Do sukni chciałam mieć nowoczesne, tym razem złote dodatki (do pierwszej sukni były srebrne). Metalowy, złoty pas w talii, złota bransoletka i sandałki nude ze złotą blaszką wokół kostki. Ostatecznie postanowiłam jednak i do tej sukni przechwycić motyw czerni, zdecydować się na czarny pas, który korespondowałby z pierwszą stylizacją. Miałam więc czarny pas w talii, tym razem prosty, bez kokardki, z tyłu zapinany na haftki jak gorset, zamszowe nude szpilki open toe ze srebrnymi kryształkami, które były bardzo wygodne i świetnie nadawały się do tańca oraz wyrazistą biżuterię: dużą ciemną kolię na szyję, delikatną bransoletkę i małe, wiszące kolczyki. Cały zestaw dostałam od mojej mamy dzień przed ślubem :)

Pan młody był ubrany bardzo klasycznie, oczywiście także tylko w czerń i biel ;) Dominik zdecydował się na czarny smoking i białą koszulę. Zrezygnował z butonierki, miał tylko białą poszetkę oraz obowiązkowo: czarne lakierki ;) Początkowo Pan Młody miał mieć spinki "I love my wife", ale zostały one kupione do garnituru, a ponieważ ostatecznie pan młody był ubrany w smoking (spinki do mankietów musiały być okrągłe), to zdecydował się na czarne, okrągłe, spersonalizowane spinki z białymi monogramami. Ze względu na wieczorowy strój Pana Młodego ślub był dopiero o godz. 19.00. W końcu smoking zakłada się tylko po godz. 18.00 ;)

Obrączki, na które się zdecydowaliśmy były niemieckiej marki Saint Maurice. Są one nazywane najwygodniejszymi obrączkami na świecie. Obrączki posiadają wewnętrzne wyoblenie (soczewkowy przekrój) powstałe na podstawie wyników badań anatomii ludzkiego palca. Ponadto obrączki te posiadają dożywotnią gwarancję stopu oraz na wypadnie kamieni :) A ponieważ marzyła mi się ozdobna obrączka z 20 diamentami to dożywotnia gwarancja na wypadanie kamieni mnie przekonała :) Obrączki, które kupiliśmy są wykonane z palladu - metalu szlachetnego z grupy platynowców. Pallad jest bielszy od białego złota, a trwalszy i bardziej odporny na zarysowania od platyny. Obrączki są dość szerokie, z dwoma wygrawerowanymi paskami, w damskiej obrączce jest wprawione 20 brylantów. Po wewnętrznej stronie obrączek wygrawerowaliśmy napis "Amor omnia vincit 9.8.2014".

Samochód, którym pojechaliśmy do ślubu oczywiście musiał także być w czerni i bieli ;) Zdecydowaliśmy się na czarno-białego Citroena B11, wyprodukowanego w Paryżu w 1954 r.  W kościele chcieliśmy mieć surowy, nowoczesny wystrój, a jednocześnie klimatyczny. Świece w szklanych wazonach wzdłuż ławek, rozsypane płatki kwiatów, stojaki z kulami z gipsówki (która bardzo mi się podoba ze względu na swoją delikatność, a kościół to było jedyne miejsce, gdzie nieco rustykalna gipsówka pasowała) oraz skrzypce. Pomimo surowego wystroju było bardzo romantycznie. Po wyjściu z kościoła czekali na Nas szczudlarze w przebraniu aniołów, którzy sypali  płatkami kwiatów :)

Toast został wzniesiony przez Ojca panny młodej. W kieliszkach z szampanem były mrożone maliny, które pełniły funkcję kostki lodu :) Przed pierwszym tańcem gości otrzymali szklane buteleczki baniek mydlanych. Zadaniem goście było dmuchanie baniek mydlanych podczas pierwszego tańca, aby bańki można było uwiecznić na zdjęciach :) Nie ukrywam, że bańki mydlane miały pełnić dwie funkcje: z jednej strony pięknie wyglądają na zdjęciach, a z drugiej goście mieli się czym zająć podczas pierwszego tańca i nie patrzyli cały czas na Nas, a ponieważ bardzo się stresowaliśmy było to dla Nas zbawieniem ;) Podczas pierwszego tańca zaprezentowaliśmy prosty układ z kilkoma efektownymi figurami do piosenki "Something stupid" Franka Sinatry. 

Upominkami dla gości były migdały w białym lukrze, zapakowane w czarne pudełeczka z białą kokardą i naszymi inicjałami. Staraliśmy się, aby wszystko było spójne - począwszy od zaproszeń i kart informacyjnych, przez tablicę usadzenia gości, winietki, upominki, karty menu czy księgę gości. W każdym z tych papeteryjnych elementów w kółeczku wpisanym w ornament był nasz monogram.

Na podróż poślubną zdecydowaliśmy się na Karaiby i rajską Dominikanę. Oczekiwaliśmy słońca, białego piasku, turkusowej wody, palm i pysznych orzeźwiających drinków - Dominikana była idealnym wyborem :)

Zdjęcia: AMMCSTUDIO