![]() |
| Mike Allebach. |
Na wstępie powinnam nas przedstawić. Oboje nie lubimy tańczyć, tańczymy średnio do 5 tańców na każdym weselu na którym jesteśmy. Dyskoteki widziały nas kilka razy w życiu, w większości były to te szkolne, gdzie ja podpierałam ściany i warczałam na każdego kto prosił mnie do tańca. Gdy tańczyliśmy jeden z pierwszych wspólnych razów na studniówce, to podbiliśmy koleżance oko (na szczęście dość delikatnie) ;) Obecnie staramy się więc tańczyć w kątach, z dala od ludzi. Ruszamy się niezgrabnie, stresujemy się zasadami i brak nam poczucia komfortu w tańcu.
Jak wspomniałam na początku na kurs poszliśmy, bo PM stwierdził, że trzeba i nie ma zmiłuj - musimy. I troszkę też z ciekawości jak to wygląda i czy rzeczywiście jesteśmy tak kiepscy jak nam się wydaje (sprawdzone, jesteśmy) :)
Nasze pierwsze zajęcia zaczęły się od "Dzień dobry, nie umiemy i nie lubimy tańczyć, za dwa tygodnie bierzemy ślub. Niech Pan z nami coś zrobi.". Po propozycji walca (angielskiego? nie pamiętam), na drugie zajęcia wróciliśmy już lepiej przygotowani - z listą pięciu piosenek z których instruktor miał wybrać tą do której najłatwiej będzie nam zatańczyć coś bardziej użytkowego (i to najprostszy sposób wyboru utworu na pierwszy taniec). I zaczęliśmy się uczyć.
Jak było na lekcjach?
Stresująco. PM nie stresował się ani przysięgą, ani pierwszym tańcem na sali tak bardzo jak tymi lekcjami! Nawet więcej: mniej stresował się nocami przed swoimi obronami, gdy jego stres i mnie nie pozwalał spać. W życiu nie widziałam go tak spiętego.
Za każdym razem idąc na zajęcia, i tu już oboje, czuliśmy się... specyficznie. PM jakby stał przy tablicy na matematyce, a ja jakbym szła do szkoły! kompletnie nieprzygotowana.
Deprymująco? PM ma straszną potrzebę robienia wszystkiego co robi perfekcyjnie. Mnie nasze nieudolne próby śmieszyły, on się irytował.
Pewnego razu przyszliśmy na zajęcia sporo przed czasem i mieliśmy okazję podejrzeć parę trenującą (bo to nie były nieudolne ćwiczenia) przed nami. Instruktor sypał im komplementami jak z rękawa, a chwalenie nas polegało na "lepiej, lepiej, jest lepiej". Mnie to odpowiadało (mam awersje do chwalenia, które uznaję je za nieuzasadnione), ale PM lekko to bolało ;)
Czy było warto?
Szczerze? Nie. Jeśli przeczytaliście mój wpis i pomyśleliście sobie "O, też tak mam, identycznie!", to musicie wiedzieć, że nauka tańca, zwłaszcza z presją nauczenia się czegoś ze względu na własne wesele, nie jest fajna. Męczy, irytuje i prawdopodobnie nie da satysfakcji (będzie lepiej, ale np. u nas lepiej nie oznaczało dobrze). Dużo lepiej, pewniej będziecie czuli się zwykłym bujaniu, przytulaniu i obracaniu (jeśli dacie radę). I będzie to lepiej wyglądało na zdjęciach/filmie ;)
Podsumowując chciałabym Wam zacytować Paulinę ze ŚWGW, która pisząc o wyborze piosenki na pierwszy taniec (ale pasuje to i do jego nauki tańca) stwierdziła: "Według mnie pierwszy taniec to niesamowicie magiczna chwila, gdzie tańcząc ze sobą odrywamy się na chwilkę od całego weselnego cyrku i dziękujemy sobie za sakrament, którego sobie udzieliliśmy. Ta piosenka ma być "nasza", a nie odpowiednia do tańca czy choćby ładna.". I tyle w temacie :)
P.S. Jeszcze jedno. Obecnie moim ulubionym tańcem w świecie internetu jest ten - kompletnie niewyuczony, a zachwycający.
